Przymiotnik „nowy" w przypadku
byłby na wyrost. Wszystkie utwory pochodzą z sesji „Waiting for the Sirens' Call" sprzed ośmiu lat. W dodatku album nie był arcydziełem, więc powrót do tamtego okresu nie zapowiadał wielkiego wydawnictwa. Skok na kasę? Najwyraźniej.
Na ich usprawiedliwienie można dodać, że są w trudniejszej sytuacji finansowej niż choćby The Rolling Stones. I nie chodzi o to, że sprzedali mniej płyt. New Order jest wzorowym przykładem złego gospodarowania pieniędzmi. Do legendy przeszła opowieść o wydaniu „Blue Monday" – najlepiej sprzedającego się 12-calowego singla w historii. Bogato stylizowana oprawa sprawiła, że więcej stracili, niż zarobili na wydawnictwie. Podobnie chybioną inwestycją był klub Hacienda w Manchesterze. Miał służyć promocji muzyków zgromadzonych wokół wytwórni płytowej Factory, a faktycznie stał się finansową dziurą bez dna (goście, zamiast kupować alkohol w barze, zaopatrywali się w narkotyki u dilerów). Zanim klub zamknięto, dokładano do niego pieniądze głównie ze sprzedaży płyt New Order, najlepiej zarabiającej grupy w Factory Records. Tę historię fantastycznie opowiedział reżyser Michael Winterbottom w filmie „24 Hour Party People".
W dodatku ciągłe kłótnie w zespole, zwłaszcza na linii śpiewającego gitarzysty Bernarda Sumnera i Petera Hooka, który zreformował rolę basu w muzyce gitarowej, również nie przynosiły dochodów. Ostatecznie Hook odszedł z zespołu w 2007 r. New Order rozwiązano dwa lata później, jednak nie przeszkodziło im to rok temu pojechać w trasę (bez Hooka), podczas której zagrali na zamknięcie londyńskiej olimpiady, a także po raz pierwszy w Polsce. W ostatnich latach chętnie też wracają do nagrań Joy Division – zespołu współtworzonego z Ianem Curtisem, rozwiązanego po jego samobójczej śmierci w 1980 r. Pozostała trójka założyła wtedy New Order, zamieniając zimnofalową depresję na słodko-gorzkie popowe oblicze.
„Lost Sirens" można porównać do ich koncertu na ubiegłorocznym Open'erze. Z pozoru brzmi dobrze, ale brakuje pierwotnego ducha. Można dać się zwieść otwierającemu album „I'll Stay With You", który przywodzi na myśl „Crystal" ze znakomitego krążka „Get Ready" (2001). Są tu ich stałe punkty programu – młodzieńczy głos Sumnera podbity pulsującą gitarą i basowymi pasażami. Dalej słychać jednak więcej wad, z których najogólniejszą jest bezbarwność kompozycji. Prostota tekstów ociera się o infantylizm, a utwory stanowią stylistyczną zbieraninę bez koncepcji artystycznej. Cytując tekst „I've Got a Feeling", można powiedzieć: „Co poradzę? Coś się zmieniło. Mówię ci, to już nie to samo".