Reklama

Zuzanna Dąbrowska z granicy: Przejść przez ten szlaban

W Dołhobyczowie wszystko działa sprawnie. Nie czeka się na przejście. Ale wojnę czuje się wszędzie.
Wielu uciekających z Ukrainy zabiera ze sobą zwierzęta

Wielu uciekających z Ukrainy zabiera ze sobą zwierzęta

Foto: Zuzanna Dąbrowska

W punkcie recepcyjnym koło Centrum Kultury w Dołhobyczowie wielu wolontariuszy to Ukraińcy, przede wszystkim studenci, którzy przyjechali tu, żeby pomagać – z Warszawy i innych większych polskich miast. Przy stoliku, gdzie dokonuje się rejestracji napływających osób, stoją Irina i Ksenia. Maja pełne ręce roboty. – Nie da się policzyć ludzi, busy przyjeżdżają co 15 minut. Teraz brakuje nam ładowarek i skarpetek dziecięcych – informują w telegraficznym skrócie.

Pełno ludzi kłębi się w kilku pomieszczeniach zastawionych bagażami. Uciekinierzy czekają najpierw na wypełnienie papierowej deklaracji, potem mają szansę się ogrzać i coś zjeść. W największej sali stoi długi stół. Jest pełen jedzenia i picia. Ale ustawione wokół krzesełka nie są zaprojektowane do siedzenia przez kilka godzin. Trzeba więc wstać i trochę się przejść. Ale strach, bo może ktoś zajmie miejsce. Ruch jednak jest spory.

W punkcie recepcyjnym na uchodźców czeka też jedzenie

W punkcie recepcyjnym na uchodźców czeka też jedzenie

Foto: Zuzanna Dąbrowska

Z przejścia granicznego podjeżdżają wozy strażackie pełne ludzi, a od strony Hrubieszowa autokary i prywatne samochody, które po zgłoszeniu do wolontariuszy zabierają ludzi w konkretne miejsca. Więc trzeba czekać, w końcu ktoś z wolontariuszy wywoła numerek i rozpocznie się kolejny etap podróży.

Keksik i Pierniczek

Kiedy wnoszę do punktu karton z pieluchami i powerbankami, w rękę trąca mnie mokry nos. To Keksik. Przyjechał ze swoją panią i jej dwoma synkami spod Odessy. W transporterku pod krzesłem jest jeszcze kotek Pierniczek. Bardzo przestraszony w odróżnieniu od merdającego energicznie ogonem spaniela. Jeden z chłopców poważnie tłumaczy, że kot się zmęczył, bo ciągle siedzi w pudełku, a pies może chodzić wszędzie, to się cieszy. Mama nie ma siły rozmawiać. – Jestem bardzo zmęczona. Pojedziemy wszędzie, gdzie można, byle ruszyć – mówi, a właściwie szepcze.

Reklama
Reklama

Za to Swietłana, która siedzi już w samochodzie mającym zabrać ja do hotelu koło Mszczonowa, mówi dużo i od razu dokonuje autoanalizy: – Jestem psychologiem i trenerką z dwudziestoletnim doświadczeniem. Muszę dużo mówić, żeby odreagować, w trakcie drogi nie chciałam denerwować synków, więc bardziej milczałam – przyznaje.

Rodziny z dziećmi to codzienność na granicy

Rodziny z dziećmi to codzienność na granicy

Foto: Zuzanna Dąbrowska

Jej mąż jest wojskowym i na tym chęć do analizy sytuacji się kończy. Swietłana milknie. Ale już za chwilę podejmuje opowieść. – Najbardziej się denerwuję, że nie pojechał dziadek. Wzruszył ramionami i stwierdził, że nie jest jeszcze taki do niczego, żeby uciekać. A on ma 72 lata! Czas, by odpocząć – martwi się psycholożka. Za nią i jej synami 1000 km podróży i nieudana próba przekroczenia granicy przez Mołdawię. – Czy ja mogłabym od jutra już jakoś pomagać, ludzie po takiej drodze, w czasie wojny mają traumę, ja się specjalizuję w pomaganiu terapeutycznym dzieciom, znam język, myślicie, że mogłabym zacząć jutro? – pyta.

Zdziwienie strażnika

Podpułkownik Mariusz Kuczyński, komendant placówki Dołhobyczów, dopóki relacjonuje dane i opisuje, jak sprawnie działa przejście graniczne, które mu podlega, nie wychodzi z roli. Opowiada o odprawieniu kilkudziesięciorga niepełnosprawnych dzieci, które za szlabanami zostały odebrane we wtorek przez polskie organizacje. – Mamy informacje, że w czwartek przyjedzie kilka następnych autokarów z dziećmi w wieku od roku do pięciu lat – mówi. – Takie osoby nie czekają, staramy się, żeby odprawa przebiegła szybko – dodaje.

W ciągu ostatniej doby przejście odprawiło 14 tys. osób w ruchu pieszym i 1000 pojazdów – samochodów i autokarów. Tożsamość jest sprawdzana, ale honoruje się, jeśli jest brak ważnego paszportu, także inne dokumenty – legitymacje czy nawet meldunek.

Na pytanie, czy przy takiej pracy ma czas na to, by się martwić i myśleć o tym, co się dzieje, podpułkownik wydaje się trochę zdziwiony.

Reklama
Reklama

– Pomagamy, więc to serce w nas musi być, prawda? Inaczej nic by się nie udało – stwierdza.

Policja
Nietykalna sierżant „Doris”. Drugie życie tajnej policjantki
Materiał Promocyjny
Bezpieczeństwo to nie dodatek. To fundament systemu płatności
Materiał Promocyjny
Dane zamiast deklaracji. ESG oparte na faktach
wystawa
Fotografie burmistrzów za 23 tys. zł. „To autopromocja jednego samorządowca”
Kraj
Weekend pod znakiem słońca. Czy po nim wrócą dwucyfrowe mrozy?
Materiał Partnera
O magii spełniania marzeń
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama