Kobieta była w wynajmowanym apartamencie na warszawskim Mokotowie razem z byłym szefem "Faktów", gdy właściciele lokalu wezwali policję.

Na zdjęciach z mieszkania, które zrobił  później właściciel, a które trafiły do mediów, widać było erotyczne gadżety, dmuchane lalki i biały proszek. Później okazało się, że były to narkotyki.

Po roku medialnej ciszy Elżbieta Wycech opowiedziała tygodnikowi „Newsweek" jak poradziła sobie z całą sytuacją, co straciła i dlaczego musiała wyjechać z Polski.

Wspominała, że zanim zobaczyła tygodnik „Wprost", ze słynnymi już zdjęciami, to już dzwonili do niej dziennikarze tabloidów.

- Pytali: czy handluję narkotykami, czy jestem kochanką Kamila albo prostytutką. Przestałam odbierać. W końcu zadzwonił przyjaciel, przeczytał mi ten artykuł, a ja słuchałam i płakałam. Nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę – opowiadała Wycech.

Tłumaczyła, że apartament w którym odwiedził ją były szef "Faktów" wynajmowała firma, w której pracowała - i to ona zalegała z czynszem. Kamil Durczok odwiedził ją, bo się znali.

Mieli pecha. Tamtego dnia  odwiedziła ją właścicielka lokalu, domagając się zaległego czynszu. Wycech tłumaczyła jej, że to nie ona wynajmuje apartament i odesłała kobietę do siedziby firmy.

Ta wyszła, ale niedługo potem wróciła. Choć w środku był Durczok, nikt nie otworzył jej drzwi. Dlatego właścicielka wezwała męża, a ten policję, która spisała Wycech i dziennikarza.

Przyjaciółka Durczoka musiała opuścić lokal. Nie mogła niczego zabrać. - Nie mam pojęcia, skąd tam się wziął biały proszek - relacjonowała tygodnikowi.

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Ogłoszenie wyników konkursu już 28 września

Dowiedz się więcej

Zdradziła, że kiedy policja była w mieszkaniu weszła do różnych pomieszczeń, obejrzała je i nie zauważyła niczego podejrzanego

Przyjaciółka Durczoka podkreśliła, że badania DNA, którym poddała się razem z Kamilem, jednoznacznie wykazały, że nie było tam ich śladów.

Wyjaśniła też, że gumowe lalki i inne erotyczne gadżety były w mieszkaniu od zabawy sylwestrowej. - Przynieśli je moi znajomi, dla żartu. Jedna lala siedziała w kącie, druga wisiała na suficie. Było zabawnie i to wszystko – tłumaczyła.

Wspominała, że właściciel mieszkania już po jej wyrzuceniu zagroził, że jeśli nie zapłaci zaległego czynszu, to „zrobi z niej gwiazdę wszystkich tabloidów". – Nie chciałam płacić za mieszkanie, bo nie ja byłam stroną – tłumaczyła Elżbieta Wycech.

Zdradziła, że po tej aferze odwróciła się od niej część rodziny i znajomych. Straciła też szansę na nową pracę. - Dyrektor firmy, do której przechodziłam, wezwał mnie na rozmowę. Powiedział, że nie możemy podpisać umowy do wyjaśnienia całej sprawy. Nie miałam złudzeń, co to oznacza – wspominała.

Zdradziła, że rok temu była wrakiem człowieka, straciła stabilność finansową, musiała prosić o pomoc rodziców. - Byłam na pograniczu załamania nerwowego. Dostałam propozycję wyjazdu do Niemiec. Uznałam, że nie chcę żyć w tym bałaganie, pojechałam – mówiła. Tam znalazła pracę i narzeczonego. - Z całego serca chciałabym wrócić do Polski. Na razie jeżdżę tam tylko na procesy sądowe - podsumowała.