Pandemia koronawirusa, która uderzyła we wszystkie dziedziny życia, mocno nadwerężyła także finanse Kościoła, począwszy od parafii, poprzez diecezje, Konferencję Episkopatu Polski, na Watykanie skończywszy.

– Wszystkie wydatki związane z funkcjonowaniem parafii pokrywam teraz właściwie z własnych oszczędności. Płynność finansową dam radę utrzymać jeszcze przez trzy miesiące i zastanawiam się, co będzie dalej – mówi „Rzeczpospolitej” proboszcz wiejskiej parafii z okolic Warki.

– Tak źle nie było nigdy. Na razie udaje mi się płacić wszystkie rachunki w miarę na bieżąco, ale pieniądze powoli się kończą – dodaje ks. Marek Typrowicz, proboszcz w Ustrzykach Górnych. – Oprócz kościoła parafialnego mam do utrzymania jeszcze trzy mniejsze kościoły filialne. Naprawdę jest trudno.

Kłopoty finansowe ma każda spośród ponad 10 tys. polskich parafii, kościoły rektorskie, zakonne, klasztory. Księża nie mają pieniędzy na pensje dla organistów, kościelnych. Brakuje na opłacenie rachunków.

– Taca to podstawa utrzymania każdej parafii. Tych pieniędzy księdzu nie wolno wziąć na żadne własne wydatki. Z tacy opłacamy wszystkie rachunki związane z utrzymaniem kościoła i pensje. Od sześciu niedziel odprawiamy do pustych ławek, więc pieniędzy nie ma – tłumaczy proboszcz spod Warki.

Duchowni nie ukrywają, że okres Wielkanocy i maj, gdy w parafiach odbywają się komunie, to spory zastrzyk finansowy. Ludzi w kościołach jest więcej, są też bardziej ofiarni. Z pieniędzy zebranych w tym czasie można coś odłożyć na trudniejsze czasy. Tymczasem w te święta ludzi w kościołach nie było, a komunie przekładane są na jesień.

– U nas więcej pieniędzy jest zawsze latem, gdy ludzie przyjeżdżają na wypoczynek w góry. Ale jak będzie w tym roku nie wiadomo – mówi ks. Typrowicz, który w Ustrzykach prowadzi także dom rekolekcyjny i z dochodów, które on przynosi, utrzymuje parafię. – Teraz dom stoi pusty. Rząd mówi wprawdzie, że turystyka ma ruszyć, ale na pewno nie w takim wymiarze jak przed pandemią – dodaje.

Utrzymanie parafii to tylko jedna strona medalu. Podstawowym dochodem dla księży, którzy nie uczą w szkołach, są ofiary składane przy okazji zamawiania mszy, ślubu, chrztu i pogrzebów. A te także się nie odbywają.

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Oznacza to straty finansowe nie tylko dla księdza, ale także dla personelu pomocniczego. Organiści otrzymują pensje z tego, co ksiądz zbierze na tacę, a to, co dostaną za ślub, chrzest czy pogrzeb, jest dla nich formą premii.

– Ja jestem jeszcze w całkiem niezłej sytuacji, bo uczę religii w szkole – mówi „Rzeczpospolitej” Jan Buczyński, organista z parafii pw. św. Kazimierza w Pruszkowie. – Wielu kolegów takich dochodów nie ma. Śluby się nie odbywają, pogrzeby ograniczone są tylko do cmentarza, więc organista potrzebny nie jest. Z tego co słyszę, wielu kolegów jest w zawieszeniu – dodaje.

Brak pieniędzy na tacach oznacza też, że mniejsze wpływy są w diecezjach. Każdy ksiądz część ofiar z tacy oraz intencji mszalnych odprowadza do kurii. Ta utrzymuje za nie seminaria, urzędy kurialne, sądy biskupie itd. Niektórzy biskupi tymczasowo zwolnili parafie z tych opat, niektórzy całkowicie, inni częściowo. Ze środków, które odprowadzają parafie, część idzie także na finansowanie KEP oraz odprowadzana jest do Watykanu.

– Finanse Kościoła to system naczyń połączonych. I trzeba pamiętać o tym, że tak naprawdę Kościół otrzymuje się tylko z ofiar tych, którzy do niego przychodzą. Z ostatnich danych wynika, że robi to co niedzielę ok. 40 proc. wiernych. A teraz nawet ich nie ma – konkluduje jeden z poznańskich duchownych.