Pamiętam za to wielkie tłumy w czasie drugiej pielgrzymki do Polski (1983). Widziałem wówczas rzekę ludzi płynącą po torach kolejowych (tak, po torach kolejowych – ruch pociągów został wstrzymany) przy klasztorze w Niepokalanowie na liturgię z udziałem papieża. Pamiętam tłum przyciskający młodego chłopca do drewnianych żerdzi, które wygradzały poszczególne sektory. Pamiętam też wielkiego, wyklejonego z ziaren zboża orła w koronie, który falował nad rozradowanym tłumem czekającym na słowa otuchy. I one tam padły. „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj” – wołał papież. Wciąż mam także przed oczami rozmodlonego Jana Pawła II prowadzącego procesję eucharystyczną ulicami Warszawy w 1987 r. W otaczającej nas szarości PRL-owskiej rzeczywistości ten papież dawał jakąś nadzieję na przyszłość.

Jan Paweł II w młodych widział przyszłość Polski

Kolejna pielgrzymka to rok 1991. Dwa lata po pamiętnym czerwcu 1989 r. Tłum witający papieża nie był już tak entuzjastyczny. Bo Jan Paweł II grzmiał, napominał. Wołał, że naród, który zabija własne dzieci, jest narodem bez przyszłości. W drugim etapie tej pielgrzymki – w sierpniu 1991 r. – na Jasnej Górze spotkał się z młodzieżą. Kilkadziesiąt tysięcy młodych ludzi – wśród nich także ja – wędrowało przez kilka dni z różnych zakątków Polski na spotkanie z Wikariuszem Chrystusa. Czekaliśmy na to spotkanie. On też czekał na nas. Bo w młodych widział przyszłość Polski. Potem – od pielgrzymki w 1997 r. – właściwie odchodził. Pod Wielką Krokwią w Zakopanem żegnał się z ukochanymi Tatrami, a w Krośnie – z Beskidem Niskim i Bieszczadami. Ale wtedy też wzywał do tego, by bronić krzyża „od Bałtyku aż po Tatry”.

Dwa lata później miałem okazję relacjonować papieską pielgrzymkę jako dziennikarz. Tu znów pożegnania: z mazurskimi jeziorami, ukochanymi Wadowicami. I ten pamiętny wtorek, 15 czerwca, gdy się okazało, że nie będzie celebrował mszy na krakowskich Błoniach, bo jest chory. Tłum pod oknem na Franciszkańskiej 3 gęstniał z minuty na minutę. Wszyscy spodziewali się najgorszego.

Czytaj więcej

Tłumy na Polach Elizejskich. Msza papieska na placu Zgody

I wreszcie rok 2002. Już wtedy bardzo słaby i schorowany poświęcał sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach. Trzy lata później – w kwietniu – w wigilię święta Miłosierdzia Bożego odszedł. Pojawiła się pustka. A potem – w to święto – został kanonizowany. Ale pustkę wypełniała nadzieja.

Przywołuję te obrazy z pamięci właśnie teraz – w czasie między rocznicą wyboru Jana Pawła II (16 października) a jego liturgicznym świętem (22 października). To zawsze jest czas na pewne podsumowania i oceny. Można się spierać o to, czy był bardziej głową Kościoła, czy politykiem. Można mu wypominać, że w tej lub innej sprawie mógł zrobić więcej. Można się na niego zżymać, że nie głaskał nas, Polaków, po głowach. Jakąś ocenę wystawi mu historia.

Dziś Jan Paweł II stał się dla młodych postacią memogenną

Niektórzy mówią, że kanonizacja Jana Pawła II była ostatnim wydarzeniem, gdy razem stanęliśmy i przypomnieliśmy sobie jego postać. Następnego dnia zaczęliśmy zapominać. Niestety, ale podzielam to zdanie. Amnezję widać np. u części naszych elit politycznych, które nie rozumieją lub po prostu nie chcą zrozumieć tego, że gdyby nie powiew Ducha Świętego w październiku 1978 r. w Kaplicy Sykstyńskiej, nie byłoby dzisiejszej Polski. Nie byłoby ich w sejmowych ławach, nie nosiliby ministerialnych teczek.

Czytaj więcej

Lefebryści mówią wprost: Watykan odkurzył arsenał atomowy. Ale papież to nie władca totalitarny

To dotyczy także zwykłych szarych obywateli, którzy z nauczania papieskiego wybierają tylko to, co im się podoba. Dziś słychać i widać, że dla najmłodszego pokolenia Jan Paweł II stał się postacią memogenną, że młodzi robią sobie z niego „szyderę”, że do ich słownika na stałe weszły już określenia „godzina papieska” i „odjaniepawlić”, etc. Starsi – ci, którzy pamiętają papieża Polaka – załamują ręce i dziwią się, jak to się stało. Bo przecież Kościół tak wiele zrobił, by o Janie Pawle II nie zapomnieć. Jego relikwie są prawie w każdej polskiej świątyni, a obrazy na pewno. W każdym polskim mieście jest albo pomnik, albo co najmniej ulica jego imienia. Szkół niezliczona ilość. Tablic pamiątkowych, które niejednokrotnie ocierają się o śmieszność, miliony. Księża na kazaniach ciągle odwołują się do jego słów, biskupi w listach też. Co zatem poszło nie tak?

Można byłoby powiedzieć, że wszystko. Ale bodaj najważniejsze, to wtłoczenie Jana Pawła II na spiżowe pomniki. Pomnik jednak nic nie załatwił. Bo pomnik jest martwy. Kamień, metal – bez życia. Bez życia jest też dziś nauczanie papieża Polaka, bo większość tego nauczania zakopaliśmy głęboko pod tymi pomnikami. A z tego, co zostawiliśmy, i tak nie potrafiliśmy zrobić należytego użytku.

Wydaje mi się, że powinniśmy się przestać oszukiwać. Dla młodych ludzi Jan Paweł II jest już wyłącznie postacią historyczną. Choć badania opinii publicznej pokazują, że dla większości Polaków nadal jest autorytetem, to jednak dla najmłodszego pokolenia nie jest i raczej nie będzie. Pozostanie papieżem od kremówek.

W tych dniach warto jednak sobie o Janie Pawle II przypominać. Może nie wszystko stracone, może jeszcze da się z jego przebogatego nauczania zaczerpnąć? A może właśnie winniśmy patrzeć na niego wyłącznie poprzez pryzmat historii, z której nic go nie wymaże, choć wielu by chciało. Z namysłu nad dziedzictwem Jana Pawła II trzeba nam jednak wyłączyć politykę i emocje.