- To bezpośrednia odpowiedź na bezprecedensowe ataki Hutich przeciwko międzynarodowym okrętom na Morzu Czerwonym, w tym po raz pierwszy w historii z użyciem przeciwokrętowych pocisków balistycznych — oświadczył prezydent USA Joe Biden. Biden dodał, że ataki zagroziły amerykańskim, i nie tylko amerykańskim, marynarzom i cywilnym załogom. Do najpoważniejszego uderzenia, i to w amerykańskie okręty na Morzu Czerwonym, doszło 9 stycznia.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Nad Morzem Czerwonym zestrzelono 21 dronów i rakiet

Joe Biden po zbombardowaniu celów w Jemenie: Możliwe są następne ataki

Biden podkreślił, że Huti przeprowadzili dotychczas także 27 ataków na statki handlowe, w których ucierpieli obywatele 50 krajów, a przedstawiciele załóg z ponad 20 państw doświadczyli pirackich działań Hutich, w tym brania zakładników.

Prezydent USA zagroził, że to możliwe są następne ataki, jeżeli trzeba będzie chronić „naszych ludzi” i swobody korzystania z tras światowego handlu.

Operację przeprowadziły siły zbrojne USA i Wielkiej Brytanii, ale, jak powiedział amerykański prezydent, wsparcia („nieoperacyjnego” jak to potem określił premier Wielkiej Brytanii Rishi Sunak) udzieliły także Kanada, Holandia, Australia i Bahrajn. Nad ranem na listę trafiły następne kraje: Dania, Niemcy, Korea Południowa i Nowa Zelandia. Państwa te opublikowały wspólne oświadczenie.

Rosja po ataku na Jemen mówi o naruszeniu Karty Narodów Zjednoczonych

Rosja traktuje atak jako naruszenie Karty Narodów Zjednoczonych i domaga się przeprowadzenia nadzwyczajnego posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ, jeszcze w piątek - dowiedziała się katarska telewizja Al-Dżazira.

Huti, których przedstawiciela cytowała agencja Reuters, nazwali bombardowania „agresją amerykańsko-brytyjsko-syjonistyczną”.

Rebelianci z Jemenu zapowiedzieli srogi odwet. - Jesteśmy gotowi na każdą bitwę, na każdą konfrontację. Agresorzy odczują skutki odpowiedzi - oświadczył Fadl Abu-Talib z komitetu politycznego ruchu Hutich, cytowany przez arabskie media.

Huti już od tygodni podkreślają, że nie przerwą ataków na Morzu Czerwonym dopóty, dopóki nie skończy się „zbrodnicza” wojna Izraela w Strefie Gazy.

Dziś Huti kontrolują znaczną część najbardziej zaludnionych ziem jemeńskich na północy i zachodzie, nie mając uznania międzynarodowego

Państwa regionu obawiają się eskalacji konfliktu. Saudyjski MSZ wspominał o „wielkim zaniepokojeniu” rozwojem sytuacji i wezwał do powściągliwości.

Bomby spadły na stolicę Jemenu Sanę i kilka innych miast kontrolowanych przez Hutich, w tym Saadę, skąd wywodzi się ruch proirańskich rebeliantów. Przez wiele lat wydawało się, że nie mają szans na opanowanie większego terytorium poza swoją macierzystą prowincją położoną przy granicy z Arabią Saudyjską i okolicami. W 2014 r. rozpoczęli jednak podbój: zdobyli Sanę i dotarli do Morza Czerwonego. Dziś Huti kontrolują znaczną część najbardziej zaludnionych ziem jemeńskich na północy i zachodzie, nie mając uznania międzynarodowego. Miał je rząd prezydenta Abd-Rabbuha Mansura Hadiego, rezydującego zazwyczaj w saudyjskiej Dżuddzie, a od 2023 ma je Rada Prezydenckiego Przywództwa, kontrolująca jak on wcześniej, jedynie południe, w tym główny port Aden, i wschód. W Radzie jest ośmiu polityków reprezentujących różne grupy, często ze sobą rywalizujące, w tym separatystów z południa.

W 2015 r. wojnę Hutim wypowiedziała koalicja państw arabskich pod wodzą Arabii Saudyjskiej. Do dzisiaj wojna ta formalnie nie skończyła i nie zmieniła układu sił w Jemenie, choć, jak się szacuje, życie straciło — w wyniku działań wojennych, chorób i głodu — ponad 370 tysięcy ludzi.