Inne polskie partie też głosowały za. Ale one, w przeciwieństwie do PiS, należą do koalicji, która rozdziela główne stanowiska w Brukseli, a PO i PSL na dodatek do tej samej frakcji co partia Ursuli von der Leyen. Pani kanclerz nie musiała odprawiać specjalnych wysłanników do Grzegorza Schetyny czy Władysława Kosiniaka-Kamysza.

PiS tym razem nie uniosło się honorem i nie ukarało Angeli Merkel za to, że partie, na które nie ma ona wystarczającego wpływu, dwukrotnie upokorzyły byłą premier Beatę Szydło w czasie głosowania w Parlamencie Europejskim. Zachowało się racjonalnie i pragmatycznie, nawet strategicznie.

Szybko zapomniało też, że przemówienie programowe von der Leyen nazywało czerwonym i skrajnie lewicowym. Nie było takie. Kandydatka starała się dogodzić wszystkim. Najlepiej charakter jej wystąpienia przed PE oddaje opowieść o nastoletnim uchodźcy z Syrii, którego Ursula von der Leyen przyjęła pod swój dach (co jest godne pochwały). Świetnie opanował niemiecki i angielski, stał się wzorem integracji. Ale, dodała, on kiedyś chce wrócić do Syrii. Empatia wobec ofiar tragedii i obrona granic Europy w jednym.

Trudno teraz spekulować, co PiS uzyska za parę miesięcy, gdy nowa Komisja Europejska będzie już gotowa. Ile euro może dodatkowo załatwić Ursula von der Leyen na ważne projekty dla polskiego rządu? Już trochę odważniej można stwierdzić, że nowa szefowa KE odwdzięczy się teką ważnego komisarza.

Ale to wszystko zależy jednak nie tylko od von der Leyen czy Merkel. Inaczej jest z tym, co PiS uzyska od samych Niemiec: status normalnej partii. A nie żadnej polskiej wersji ugrupowania Le Pen czy tym bardziej polskiego AfD. Nie stało się to zupełnie nagle i nieoczekiwanie. Przecież ambasador Rolf Nikel już w opublikowanym dziesięć dni temu wywiadzie dla „Rzeczpospolitej" mówił, że Niemcom równie dobrze się współpracuje z PiS jak dawniej z PO.

Takie podejście dla rządu PiS jest warte dużej ceny – znaczną część energii na arenie międzynarodowej musiał on bowiem zużywać na walkę z konsekwencjami braku statusu normalnej partii. Oczywiście nie jest to podejście całej sceny politycznej, lecz CDU, ale jest to dominujący aktor.

Lewicowe media zachodnioeuropejskie przestrzegały, by von der Leyen i Merkel nie uwiarygodniały takiego strasznego polityka jak Kaczyński, zawierając z nim tajne porozumienia. Ale okazało się, że ten straszak nie podziałał na partie lewicowe w Parlamencie Europejskim i ich europosłowie nie poparli von der Leyen, w każdym razie nie w takiej liczbie, by głosy PiS okazały się zbędne. W tym sensie także im PiS zawdzięcza zrzucenie szaty trędowatego.