Według organizacji Gas Infrastrukture Europe (GIE) polskie magazyny gazu są zapełnione praktycznie do pełna – na poziomie 99,1 proc. Jednocześnie GIE przelicza stan naszych magazynów na nieco ponad 36 TWh (36 tys. GWh) energii. Teraz weźmy sobie dzień ze szczytowym zapotrzebowaniem z nieco chłodniejszej niż ostatnia zimy 2020/2021, a konkretnie ze stycznia 2021 r. Polska zużyła tego dnia 911 GWh energii z gazu. Przy najprostszym dzieleniu oznacza to, że 40 dni z takim zużyciem skończy się całkowitym opróżnieniem kompletnie wypełnionych magazynów gazu.

I tu konieczne zastrzeżenia: po pierwsze, zużycie gazu w Polsce rośnie o kilka procent z roku na rok, więc statystyka szczytowego zapotrzebowania w czekającej nas zimie może być wyższa. Po drugie jednak, mowa o szczytowym zapotrzebowaniu – na co dzień w sezonie zimowym pobór gazu będzie niższy, więc powinno go starczyć na dłużej niż miesiąc.

Czytaj więcej

Unijne magazyny gazu szybko się zapełniają. Polskich zbiorników jest za mało

Tyle jeśli chodzi o nasze magazyny. Scenariusz, w którym Polska grzeje się i działa wyłącznie na paliwie z magazynów, to scenariusz surowcowej apokalipsy. Innymi słowy: mało prawdopodobny. Mieliśmy i mamy w zanadrzu własne wydobycie, sprowadzamy duże ilości gazu skroplonego LNG, a także liczymy na dostawy z Baltic Pipe, które docelowo miałyby zastąpić dostawy rosyjskie płynące przez gazociąg jamalski.

I tu pojawia się źródło obaw: ostatni z wymienionych kanałów dostaw miałby docelowo zapewniać przepustowość do 10 mld m sześc. Zatem przy pracy pełną parą poprzez Baltic Pipe Polska powinna dostawać niemalże połowę zużywanego na co dzień gazu. Zgodnie z zapewnieniami autorów koncepcji tego gazociągu, miał on ruszyć późną jesienią bieżącego roku – tymczasem, z uwagi na opóźnienia w budowie lądowego odcinka na terytorium Danii Baltic Pipe osiągnie pełną przepustowość dopiero na przełomie lat 2022 i 2023. Do końca grudnia będzie działał na jedną trzecią swojej przepustowości. Zresztą, i bez problemów technicznych, kontrakt PGNiG-Orsted zakłada, że dostawy owych 10 mld m sześc. ruszą dopiero 1 stycznia 2023 r.

Gospodarstw domowych te zawirowania nie dotkną: mają gwarancje pierwszeństwa w dostępie do zapasów i dla nich surowca starczy zapewne bez większych problemów

O co zatem toczy się gra? Zapewne o to, na ile zapewnimy sobie dostawy LNG do końca roku i w jakim stopniu opróżnimy magazyny przed 31 grudnia, gdy uderzą pierwsze mrozy. Drugi z mało optymistycznych wariantów zakłada, że do 31 grudnia gazu nie zabraknie, ale „wyprztykamy się” z zapasów zgromadzonych w magazynach, zasobów LNG i tego, co udaje się wydobyć w kraju. W takim scenariuszu gazu z Baltic Pipe może się okazać za mało w stosunku do potrzeb, zwłaszcza jeśli najchłodniejsze dni – tradycyjnie – przyjdą dopiero w styczniu. A weźmy jeszcze pod uwagę, że trudna zima na styku potrzeb i możliwości czeka całą Europę. Gdyby zatem trzeba było wesprzeć któregoś z naszych sąsiadów, nawet potencjalna rezerwa bezpieczeństwa może stopnieć w szybkim tempie.

Wydaje się być jasne, że gospodarstw domowych te zawirowania nie dotkną: mają gwarancje pierwszeństwa w dostępie do zapasów i dla nich surowca starczy zapewne bez większych problemów. Co innego jednak z energią dla biznesu, zwłaszcza przemysłu: tu deficyty mogą być już znacznie bardziej odczuwalne – i zmartwieniem energetyków będzie zapewne takie balansowanie na krawędzi przepaści, by któregoś dnia tej zimy nie doszło do przerwy w dostawach. Paniki zatem nie siejmy, ale czujność i zapobiegawczość zachowajmy.