Liczby nie kłamią, a w tym wypadku stanowią one konkretną informację. W porównaniu z danymi obejmującymi pierwszą połowę roku 2015 nastąpiła wyraźna poprawa – jest więcej urodzeń i zawartych małżeństw, a mniej zgonów i rozwodów.
Od wielu lat słyszymy narzekania na spadek dzietności Polaków, więc z powyższego obrazu wyłania się sukces. A ten przypuszczalnie chętnie by sobie przypisało Prawo i Sprawiedliwość. Bądź co bądź doszło ono do władzy, między innymi kładąc nacisk na konieczność poprawy polityki prorodzinnej państwa, czego wyrazem jest sztandarowy program partii 500+.
Tyle że wystarczy chwila zastanowienia, by uprzytomnić sobie, że przecież ta dobra zmiana musiała się zacząć znacznie wcześniej. Mamy bowiem do czynienia z procesami długoterminowymi. Wyniki ubiegłorocznych wyborów prezydenckich i parlamentarnych nie są ich przyczyną, ale raczej skutkiem.
PiS nie jest trendsetterem. Partia Jarosława Kaczyńskiego po prostu dobrze odczytała to, co się dzieje w polskim społeczeństwie – tak jak to potrafił robić w drugiej połowie ubiegłej dekady Donald Tusk. Obecnie zmiany społeczne mają charakter bardziej kulturowy niż polityczny. Po prostu małżeństwo i rodzicielstwo okazują się wartościami trwałymi.
Napływające z Zachodu mody na bycie „singlem" czy bezdzietność z wyboru – miraże indywidualnego, pozbawionego zobowiązań wobec kogokolwiek, szczęścia – okazały się dla młodych Polaków nieatrakcyjne.
W środowym wystąpieniu papież Franciszek między innymi zwrócił się z apelem o politykę społeczną wspierającą najsłabsze i najuboższe rodziny i pomagającą im w odpowiedzialnym przyjęciu życia. I państwo polskie na ten apel stopniowo odpowiada, chociaż co do szczegółów można mieć rzecz jasna zastrzeżenia. Ale tej tendencji nie wolno zaprzepaścić. Nie chodzi bowiem o państwowe rozdawnictwo, lecz o rozwiązania, od których zależy być albo nie być narodu.