Zgodnie z przydomkiem Maczeta (Danny Trejo, jeden z ulubionych aktorów Rodrigueza) ścina bandziorom głowy i wypruwa flaki.
Spiętrzenie groteskowej przemocy wywołuje śmiech. Reżyser puszcza do widza oko: jesteś w świecie kina klasy C. Tu nie ma tabu, a wszystkie – nawet najbardziej parszywe – pomysły są dozwolone.
Dlatego w filmie Rodrigueza Maczeta skoczy z okna, wykorzystując ludzkie jelita jako linę asekuracyjną.
Ksiądz będzie się bronił przed oprychami, strzelając z dwururki. A puszczalska, uzależniona od prochów córka biznesmena zostanie zakonnicą i będzie wymierzać sprawiedliwość za pomocą magnum.
Jednak siła rażenia tego typu rozrywki jest ograniczona. Schemat, w którym bohater patroszy wrogów na rozmaite sposoby, szybko nuży, a reżyser oferuje niewiele ponadto.
Kinomani docenią zapewne eklektyczną obsadę. W filmie znalazło się miejsce dla Roberta De Niro, a także nieco zapomnianych: Dona Johnsona i Stevena Seagala. Ten ostatni zdobył się na niebywały w swojej karierze krok. Znany z zadufania gwiazdor kina akcji grał dotychczas tylko postaci pozytywne. Teraz jest czarnym charakterem z tandetną opalenizną. Rodriguez efektownie filmuje też dwie seksbomby: Michelle Rodriguez i Jessicę Albę.
Kuleją natomiast dialogi. Owszem, Maczeta miewa zabawne odzywki („Maczeta nie esemesuje. Maczeta improwizuje”). Ale to nie to co pełne popkulturowej erudycji rozmowy w filmach Quentina Tarantino.