Jak sobie radzi alpejski kurort bez gwiazd światowej gospodarki, polityki i kultury? Słabo.

To w Davos właśnie w styczniu 2020 świat usłyszał o COVID-19, bo w chińskim Wuhan pojawiła się „dziwna” choroba. Mało kto wówczas zdawał sobie sprawę, jak wielkim jest to zagrożeniem. Rok później, z powodu pandemii właśnie, konferencja w Davos została odwołana i przeniesiono ją na lato do Singapuru. Ale i to wydarzenie zostało odwołane przez gospodarzy. W tym roku ma być także latem, bo kiedy w listopadzie pojawił się Omikron, wiadomo było, że styczniowa impreza nie ma racji bytu. „Wszyscy mamy nadzieję, że w roku 2022 pandemia COVID-19 i kryzys, jaki wywołała, wreszcie się skończą” — napisał w oświadczeniu Klaus Schwab, założyciel WEF.

„Davos” nie było zwykłą konferencją, raczej światowym szczytem marketingu polityczno-gospodarczego, na który dopuszczano jedynie wybranych. To miejsce, gdzie najsławniejsi ludzie na świecie chcieli się pokazywać. Szwajcarski kurort na kilka dni stawał się centrum świata, przyjeżdżali tu prezydenci, premierzy, ministrowie, prezesi wielkich firm. Odbywało się tam mnóstwo zamkniętych mniejszych konferencji i spotkań, roboczych śniadań i kolacji, wszystko za zamkniętymi drzwiami, z rzadkim dostępem dla i tak starannie dobranych mediów. To w Davos właśnie w 2020 spotkali się ówczesna kanclerz Niemiec, Angela Merkel i również ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych, Donald Trump.

Sale kongresowe nie były w stanie pomieścić wszystkich chętnych, stawiano więc specjalne namioty. Jak wynika z opracowania przygotowanego przez Uniwersytet w St Gallen w 2020 roku WEF do szwajcarskiej gospodarki dołożyło 120 mln dolarów. Z tego 70 mln dolarów pozostało w samym Davos, miasteczku zamieszkałym przez 11 tysięcy osób, z których większość utrzymuje się z branży turystycznej. Na czas trwania forum do pracy dojeżdżało tam drugie tyle.

Brak „Davos” to dotkliwe straty dla hoteli, tradycyjnie już horrendalnie drogich podczas trwania konferencji. Ceny niezmiennie zaczynały rosnąć na kilka dni przed inauguracją. Najdrożej było w Steigenberger Grandhotel Belvédère, gdzie za najtańszy pokój trzeba było zapłacić przynajmniej tysiąc franków za noc, a apartament kosztował 10 tysięcy franków, mimo tego firmy zakładały tam rezerwacje na wiele miesięcy wcześniej. Mimo tych cen, w czasie konferencji nie było tam jakichkolwiek wolnych miejsc. Dzisiaj w Belvédère nadal jest drogo, ale można zamieszkać już za 300 franków. I nie ma problemu z rezerwacjami — wynika ze strony Booking.com.

Tłumów nie ma. I nikt nie narzeka, że konferencja jest niekorzystna dla ekologii. Nadal chodniki są śliskie, bo posypywanie ich solą byłoby srogo ukarane. Punkty wynajmu nart oferują stawki promocyjne, na przykład jeśli wynajmie się narty na pięć dni, to szósty dzień jest za darmo. Pusto jest w pizzeriach, gdzie też jest taniej, niż było podczas trwania forum.

— Jeszcze kilka lat temu martwiłem się o to, że konferencja ma niekorzystny wpływ na zmiany klimatu. Jeszcze wcześniej zdarzało mi się demonstrować razem z ekologami i społecznikami walczącymi o bardziej sprawiedliwą dystrybucję dochodu narodowego. Teraz robię wszystko, aby Światowe Forum Ekonomiczne wróciło do Davos — powiedział „The Guardian” Philipp Wilhelm, burmistrz kurortu.