Nierozwiązanym problemem branży czarterowych wycieczek zagranicznych pozostaje kwestia bezpieczeństwa wyjeżdżających. Co prawda po letniej fali bankructw biura podróży zwiększyły gwarancje ubezpieczeniowe. Ale przedstawiciele branży twierdzą, że wprowadzone dwa lata temu nowe wymogi ustalania kwot gwarancyjnych nie zapewniają turystom tego, czego oczekuje się od touroperatorów. – Ubiegły rok pokazał totalną klęskę nowych zasad – twierdzi ekspert rynku turystycznego Andrzej Betlej. Fala niedawnych upadłości pokazała, że nie tylko nie udaje się zapewnić klientom biur zwrotu pieniędzy za niewykorzystane wyjazdy. Okazało się, że brakuje nawet środków na ściągnięcie do kraju turystów pozostawionych za granicą przez niewypłacalnych organizatorów.

Przykładem jest poznańskie biuro Alba Tour: 200-tysięczna gwarancja była za niska nawet na transport do kraju jego klientów. W tym i innych przypadkach problem spadł więc na urzędy marszałkowskie: w ubiegłym sezonie do kraju trzeba było ściągać blisko 7 tys. osób, a 27 tys., mimo zapłacenia za imprezy, nawet nie wyjechało. Odzyskanie pieniędzy będzie niezwykle trudne. Gdyby doszło do fali pozwów, państwo mogłoby je przegrać – nie wypełniamy unijnych wymogów dotyczących bezpieczeństwa wyjeżdżających.

150 mln zł wynosi aktualna gwarancja ubezpieczeniowa największego polskiego touroperatora – Itaki

Zmiany w przepisach są przygotowywane, ale część budzi w branży kontrowersje. W planach jest m.in. podniesienie wysokości gwarancji dla podmiotów, które rozpoczynają działalność. To ważne, bo większość ubiegłorocznych bankrutów działała na rynku bardzo krótko. W dodatku nowych biur stale przybywa, choć kondycja tych mniejszych, już działających, systematycznie się osłabia.

Bardzo chłodno przyjęto natomiast propozycję powołania funduszu gwarancyjnego, do którego biura odprowadzałyby składkę od każdego wysłanego na wycieczkę turysty. Ale projekt jest mocno krytykowany przez branżę jako rozwiązanie, które niewiele zmieni. Wprowadzanie nowych obciążeń finansowych zaszkodzi praktycznie wszystkim: zmniejszy płynność touroperatorów i podniesie koszty działalności. Te zaś będą przerzucane na klientów.

Największym problemem okazują się liberalne przepisy pozwalające na działalność nierzetelnym firmom. To one powinny w pierwszej kolejności ulec zmianie, bo prowadzą do patologii. Częścią upadłych w ubiegłym sezonie biur zarządzały osoby pracujące wcześniej w firmach, które także splajtowały. Przykładowo właścicielem upadłego w lipcu ubiegłego roku poznańskiego biura Alba Tour jest Egipcjanin, który w 2010 roku doprowadził do upadłości biura podróży Top Tours w Estonii. Z kolei właścicielem innego lipcowego bankruta – Blue Rays – był dawny pracownik upadłego w połowie 2009 roku biura podróży Kopernik. Równie niepokojący jest fakt, że większością bankrutów zarządzali obcokrajowcy, głównie z państw północnoafrykańskich.