W spółkach obronnych panuje obawa, że już wkrótce zaczną tracić wojskowe zamówienia na rzecz zagranicznych koncernów. W przyszłym roku MON ma wydać na sprzęt równowartość ok. 1,5 mld euro.

Otwarcie rynku zbrojeniowego wartego w całej UE ponad 40 mld euro rocznie i obowiązkowe międzynarodowe przetargi wprowadzi już w sierpniu dyrektywa nr 81 Unii Europejskiej. Szacunki resortu skarbu nie pozostawiają wątpliwości: wejście w życie dyrektywy może oznaczać spadek zamówień dla rodzimego przemysłu obronnego nawet o 40 proc.

Związkowcy od dawna żądali ochrony dla swoich firm. Jednym ze sposobów miało być zawieranie wieloletnich umów z krajowymi dostawcami. – Podpisywanie umów idzie jak po grudzie. Na wiele spółek, w których wygasły wcześniejsze umowy, padł strach – mówi Jerzy Szpecht, przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Przemysłu Elektromaszynowego.

Dlatego też decyzja o strajkach w fabrykach broni wydaje się przesądzona. Związkowcy liczą jeszcze na spotkanie z rządem zaplanowane na początek sierpnia, ale ono raczej nie sprawi cudu. – Nie zrobiono nic, by złagodzić nieuchronną konfrontację, którą słabszy rodzimy przemysł musi przegrać – mówi Stanisław Głowacki, szef branżowej „Solidarności".

MON nie zgadza się z zarzutami związkowców. Wiceminister obrony Marcin Idzik przekonuje, że Inspektorat Uzbrojenia zajmujący się zamawianiem sprzętu koncentruje się obecnie na zawieraniu umów na lata 2011 – 2015. Wojsko zamierza także wprowadzić możliwość wypłaty zaliczek producentom.

Tymczasem rząd zdecydował się w zeszłym tygodniu na wzmocnienie największej grupy zbrojeniowej – Bumaru. Holding, skupiający 25 spółek i osiągający roczne przychody przekraczające 2,5 mld zł, zostanie w w ciągu sześciu lat dokapitalizowany 378 mln zł.

– Pieniądze zasilą konkretne projekty, m.in. budowy pancernego pojazdu Anders, systemu ochrony baz Pilica, budowy rodziny modułowych karabinków MSBS i rozwoju nowoczesnej amunicji dużych kalibrów – mówi Aldona Wojtczak, wiceprezes Bumaru ds. finansowych.