Komisja Europejska zagroziła, że skieruje skargę przeciwko Wielkiej Brytanii do unijnego Trybunału Sprawiedliwości, jeśli Londyn nie odzyska 2,7 mld należnych ceł. KE już w marcu rozpoczęła procedurę o naruszenie unijnego prawa, apelując do Wielkiej Brytanii, żeby ta spróbowała odzyskać pieniądze należne z tytułu wprowadzenia na unijny rynek ubrań i obuwia z Chin. Zdaniem KE w latach 2011–2016 w brytyjskich portach były one rejestrowane po zaniżonych cenach, co skutkowało ubytkiem ceł. Londyn nic w tej sprawie nie zrobił, dlatego teraz Bruksela wyliczyła należność na 2,7 mld euro i żąda dostarczenia tych pieniędzy pod groźbą wysłania skargi do unijnego sądu. Wielka Brytania dostała dwa miesiące na odpowiedź.

Wniosek KE jest efektem śledztwa przeprowadzonego przez unijne biuro antykorupcyjne, które wskazało na gigantyczne nieprawidłowości na brytyjskiej granicy. Importerzy wystawiali fałszywe faktury i zaniżali wartość wwożonych towarów. Skala jest ogromna: 2,7 mld euro to około 2/3 kwoty przekazywanej co roku przez Wielką Brytanię do unijnego budżetu z tytułu ceł.

Na wspólnym unijnym rynku kraje pilnujące granic zewnętrznych UE są zobowiązane pobierać cła w imieniu i na rachunek całej UE. Dostają za to spore wynagrodzenie: mogą pozostawić w swoim budżecie narodowym aż 20 proc. tych wpływów, reszta musi jednak zostać przekazana do unijnej kasy. Bo dotyczy towarów, które będą potem sprzedawane na całym unijnym rynku, a nie tylko w Wielkiej Brytanii.

Londyn jednak kwestionuje wyliczenia Komisji i nie zgadza się z oskarżeniem, że nie zrobił nic w tej sprawie. Groźba wysłania sprawy do unijnego sądu będzie miała konsekwencje nie tylko finansowe, ale też polityczne, bo Bruksela pokazuje, że Wielka Brytania nie radzi sobie z cleniem towarów na zewnętrznych granicach UE. A przecież elementem brytyjskiej propozycji ułożenia wzajemnych relacji po brexicie miałoby być zobowiązanie się Londynu do clenia w imieniu UE towarów w portach Irlandii Północnej.

Niezależnie od trwającego sporu z Wielką Brytanią Komisja Europejska chce zmniejszenia tzw. kosztów pobierania ceł, czyli proporcji zebranych w imieniu całej UE ceł, które państwo członkowskie może zostawić w swoim budżecie. Obecnie jest to 20 proc., KE chce powrotu do stosowanej w przeszłości stawki na poziomie 10 proc. i zaproponowała to w projekcie nowego wieloletniego budżetu UE na lata 2021–2027.

Bruksela argumentuje, że stawka na poziomie 20 proc. nie ma uzasadnienia, bo koszty zbierania ceł są niższe. Na tym stracą wszystkie budżety narodowe, ale proporcjonalnie najwięcej takie państwa jak Holandia czy Belgia, które mają wielkie porty obsługujące europejski handel (Rotterdam i Antwerpia). W wypadku Polski oznaczałoby to konieczność przekazywania do unijnego budżetu dodatkowo niespełna 100 mln euro rocznie, gdyby szacować te wpływy na podstawie obecnych dochodów z ceł.