Kultura

Królowa siedmiu dekad

Nina Andrycz
Archiwum Teatru Polskiego
Na stulecie Teatru Polskiego w Warszawie Nina Andrycz wspomina 70 lat swojej pracy oraz 13 dyrektorów. Z aktorką rozmawia Jan Bończa-Szabłowski
Rz: Teatr Polski to dzieło Arnolda Szyfmana. Jakim był człowiekiem?
Nina Andrycz: Był rasowym menedżerem. Bardzo dbał o ten teatr. Jeździł po Polsce, wyszukiwał talenty. Zaangażował Józefa Węgrzyna, Juliusza Osterwę, Kazimierza Junoszę-Stępowskiego, stworzył fantastyczny zespół. Gdy z mojego rocznika Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej zaangażował tylko mnie, byłam niesłychanie dumna. Pamięta pani swoje z nim spotkanie?
Jakby to było wczoraj. Mój egzamin dyplomowy w PIST był otwarty dla publiczności, graliśmy na dużej scenie Teatru Polskiego, o której zawsze marzyłam. Występowałam w „Salome" Oskara Wilde'a. Już sam kostium wzbudzał sensację, rola wymagała sporego negliżu. Nosiłam malusieńkie napierśniki, które przykrywały tylko dolną połowę piersi. I miałam trochę tiulu wokół bioder. Jak wyszłam, sala zamarła, wtedy kobiety nie rozbierały się tak co chwila. A pani nie miała oporów? Nie. Byłam szczupła i ładna, głos też bez zarzutu. Kiedy skończył się występ, w drzwiach garderoby pojawił się reżyser i powiedział: – Dyrektor Szyfman prosi panią do siebie. Na to stojąca obok mnie ciocia Maniusia, matka legendarnego Bolesława Micińskiego, powiedziała wzburzona: – To niemożliwe, Nina jest zupełnie naga. Reżyser na to: – Narzucimy płaszczyk, dyrektor nie może czekać. Jak wyglądała rozmowa z Szyfmanem? Spojrzał i powiedział: – Pani się podobała Marii Przybyłko-Potockiej. Zrozumiałam, że to największy komplement. Mówi się, że to dla niej zbudował Teatr Polski. Adorował ją od szczenięcych lat i marzył, by się zbliżyć do tej Polki katoliczki. Kiedy się poskarżyła, że w Krakowie koleżanki aktorki jej dokuczają, odrzekł, by się nie martwiła, a on dla niej zbuduje teatr, pożyczy pieniądze od bogatej arystokracji, a potem odda co do grosza. Potwierdzam uroczyście, że rzeczywiście oddał. Teatr Polski powstał więc z miłości do sztuki i kobiety... Pani Maria wyszła potem za Szyfmana. Kiedy zapytał, czy ma się dla niej wychrzcić, powiedziała: – Swoją pracą ma pan u Pana Boga kolosalny plus, więc nie potrzeba tej komedii dla ludzi. Część katolików się nabzdyczyła, ale oni byli szczęśliwi. Była jedyna i największą miłością jego życia. A także bardzo dobrym duchem w teatrze. Nie miała z nią pani konfliktów? Skądże. Jako aktorka czuła się spełniona. Mnie polubiła, zobaczywszy w „Tessie", i oświadczyła Szyfmanowi, że będę grała z nią w sztuce, którą przysłał jej Jarosław Iwaszkiewicz, czyli w „Lecie w Nohant". Rola Solange stała się dla mnie przepustką do bardzo elitarnego kręgu Teatru Polskiego. Ile pani wtedy zarabiała? 250 złotych. To wcale nie było tak mało, skoro wynajęcie eleganckiego pokoju w Warszawie kosztowało mnie 75 złotych. Potem dostałam 100-procentową podwyżkę i zarabiałam jak pułkownik u Piłsudskiego. Bardzo dobry pułkownik. Wyspecjalizowała się pani w rolach królewskich. Pierwsza „koronacja" nastąpiła z inicjatywy Szyfmana? Oczywiście. W 1935 roku w „Królu Learze", grał go Józef Węgrzyn, a reżyserował Leon Schiller, dostałam dużą i trudną rolę królewskiej córki Regany. To był mój debiut na tej scenie. Włożyli mi na głowę rude kłaki i na nich umocowali diadem królewski ze sztucznych szkieł czeskich. Z daleka wyglądały jak najprawdziwsze brylanty. Jak przyjął 'Króla Leara' Józef Węgrzyn, który ponoć dość bezceremonialnie potrafił mówić o aktorach. Węgrzyn miał taki zwyczaj, że jeśli się mu partner nie podobał po kilku próbach mówił bezceremonialnie: Proszę TO zabrać. I TO zabierano, bo on się w swych ocenach nie mylił. Mnie nie kazał zabrać. Pochwalił moją Reganę, co było bardzo ważną sprawą, bo Szyfman liczył się z jego zdaniem „Król Lear" okazał się sukcesem? Był bardzo dobrym przedstawieniem. Niestety, nie miał dużego powodzenia, bo graliśmy go zaraz po śmierci marszałka Piłsudskiego. To nie był czas, by jeszcze w teatrze oglądać tragedie. Teatr Polski miał szczególne miejsce w historii Warszawy. Nie tylko Warszawy. Jego spektakle wzbudzały podziw w Polsce i na świecie. Artyści i widzowie, wchodząc tu, czuli się wyróżnieni, że znaleźli się w świątyni sztuki. Tak bardzo wyspecjalizowała się pani w rolach monarchiń, że chyba niektórzy reżyserzy się Pani bali. Nie wiem, dlaczego mieli się bać. Nigdy nie byłam wobec nich ani chamska, ani nachalna. Ale czuli respekt... przed panią premierową. Nawet kiedy przestałam nią być, nie zmienił się mój status w tym teatrze. A za czasów premierowej Krystyna Meissner obsadziła mnie w „Moralności pani Dulskiej". Moja bohaterka była niesamowicie krzykliwa, taka kobieta z charakterem. Nigdy w Teatrze Polskim nie zagrała pani w Gombrowiczu, chociaż ma pani wrodzone poczucie groteski. Gombrowiczem ten teatr się nie interesował. Mogę nad tym tylko ubolewać, bo Hrabinę Kotłubaj zagrałam z prawdziwą rozkoszą, gościnnie w Prezentacjach. Bardzo podobaliśmy się Ricie Gombrowicz. A z kolei rolę w „Tangu" Mrożka zaproponował pani dopiero Kazimierz Dejmek. Był zadowolony, ja mniej. Widziałam „Tango" wiele razy w dobrej inscenizacji. I choć nasza nie była zła, największe wrażenie zrobiła premiera Erwina Axera. Dejmek był w Teatrze Polskim kimś bardzo oczekiwanym. O jego energii krążyły legendy. Niestety, odcinał wówczas kupony od swej słynnej dyrekcji w Teatrze Narodowym. Myślę, że miał powodzenie w kilku pierwszych spektaklach, potem było kiepsko. Co do mnie, to miałam wrażenie, że obserwował mnie jak żyrafę, której długa szyja wystaje ponad ogrodzenie. Kiedy było najgorzej? - Za trzynastej dyrekcji. Tej po Andrzeju Łapickim. Nawet nie będę wspominała, kto ja sprawował. Wtedy w 2004 roku, kiedy uznałam, że dotykamy dna usiadłam i napisałam list, że kończę swoją pracę w tym teatrze. Zadzwonił do mnie ów trzynasty dyrektor i powiedział Pani Nino, czy Pani oszalała. Ten teatr, bez Pani nie może istnieć, a Pani bez niego. Pani umrze z tęsknoty". Odpowiedziałam: Być może, ale panem nie mogę wytrzymać. I po 70 latach pracy w tym teatrze przeszłam na emeryturę. Andrzej Seweryn zaprosił Panią do honorowego komitetu obchodów stulecia Teatru Polskiego. Odwiedza pani czasem ten teatr. Rzadko. Przeraziłam się, gdy usłyszałam, ze zdjęto w foyer portrety największych artystów tej sceny. Byłoby to dziwne nie tylko z racji jubileuszu, ale też z tego, że nie bardzo widzę obecnie ich godnych następców. Myśli pani czasem o swojej królewskiej garderobie? Była jak każda inna, tylko zawsze pełna kwiatów. Od początku ta sama, numer 15. Tam, gdzie posadził mnie Arnold Szyfman. Jak było mi smutno, zawsze mi się śniła. Nie mam wątpliwości, że mój mariaż z Teatrem Polskim to najbardziej udane małżeństwo w życiu, bo najdłuższe, bez zdrad wzajemnych, z szacunkiem i sentymentem. rozmawiał Jan Bończa-Szabłowski
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL