fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Technika w podróży, czyli fantazja to rzeczywistość

Rzeczpospolita
Zabawny urok powieści awanturniczo-fantastycznych tkwi w tym, że to, co niedawno było fantazją techniczną, rychło staje się dobrem ogólnodostępnym. Wystarczy wspomnieć, jak w filmach sprzed ćwierć wieku uzbrojeni w najnowsze wynalazki gangsterzy czy detektywi, by przekazać jakąś wiadomość, muszą biec do najbliżej budki telefonicznej...
Znany nam dobrze Phileas Fogg wykorzystywał głównie siłę pary, a gdy jej brakło, musiał jechać na czym się dało, nawet na słoniu. Jednak jeszcze za jego żywota (choć informacji o sędziwym Phileasie Foggu próżno szukać u Verne’a) komunikacja parowa rozwinęła się niepomiernie, a Wielka Brytania opanowała niemal wszystkie najważniejsze punkty globu. Natomiast niezwykłe osiągnięcie Mr. Fogga – uzyskane, jak pamiętamy, tylko dzięki szczęśliwej manipulacji zegarem – wkrótce miało się stać niemal normalną, choć kosztowną, atrakcją turystyczną. Można to stwierdzić, przeglądając międzynarodowe rozkłady jazdy, które pod koniec XIX stulecia ukazywały się już systematycznie. Choć pojęcie „globalizacja” zostanie ukute dopiero po 100 z górą latach, przesłanki tego zjawiska już powstawały.
Wydany w roku 1903, a więc 30 lat po powieści Verne’a, pod auspicjami Kompanii Wschodnioindyjskiej i patronatem zmarłej królowej Wiktorii wykaz światowych tras turystycznych wśród pół setki szlaków oferował także podróż dookoła świata. Wydawca zaproponował kierunek zachodni, podając czas jazdy, środek transportu i dystanse w milach (angielskich lub morskich):
To dane orientacyjne, a trasa wyprawy mogła przecież ulec zmianie. Kto chciał bić rekordy (termin ten wówczas nie był znany), mógł łatwo pokonać Mr. Fogga. Tu wchodzimy jednak w świat nerwowego liczenia czasu, jaki przekazał nam Verne. „Możliwość podróży dokoła świata w sześćdziesiąt dni została udowodniona” – czytamy. Jeśli bowiem dopuścimy dziesięć dni na nieprzewidziane wypadki, to pięć dni wystarczy na oczekiwanie między odcinkami podróży, a 10 minut uważa się za wystarczający margines czasu dla przesiadki z pociągu rosyjskiego do niemieckiego, belgijskiego czy francuskiego i vice versa. „Obecnie pasażerowie w kierunku wschodnim tracą 22 godziny w Moskwie, całe dnie w Japonii i wiele godzin w Ameryce”. Najszybsze trasy to pięć dni i 12,5 godziny przez Atlantyk (zapewne z Liverpoolu do Nowego Jorku), cztery dni i 23,5 godziny z Montrealu do Vancouver, stamtąd do Jokohamy trzeba płynąć co najmniej dziesięć dni i 10,5 godziny. Na odcinek Irkuck – Moskwa (w przeciwnym kierunku jechał przebrany bohater Verne’a Michał Strogow; polski tytuł książki brzmi „Kurier carski”) trzeba osiem dni bez jednej godziny. Wreszcie z Moskwy do Londynu można się dostać wedle rozkładów jazdy w trzy dni bez 30 minut.
Londyn – Liverpool 5 godzin, kolej 200 mil
Liverpool – Nowy Jork 7 – 10 dni, statek 3000 mil
Nowy Jork – Chicago 29 godzin, kolej 912 mil
Chicago – Omaha 16 godzin, kolej 503 mile
Omaha – San Francisco 3 dni, kolej 1926 mil
San Francisco – Jokohama 17 dni, statek 4750 mil
Jokohama – Szanghaj 7 dni, statek 765 mil
Szanghaj – Hongkong 4 dni, statek 1200 mil
Hongkong – Kalkuta 18 dni, statek 4360 mil
Kalkuta – Bombaj 2 dni, kolej 1400 mil
Bombaj – Port Said 11 dni, statek 3016 mil
Port Said – Kair – Brindisi 3 dni, statek 825 mil
Brindisi – Londyn 14 dni, kolej 1200 mil
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA