Literatura

Olgierd Terlecki czyli Lachowicz

ROL
Ryszard Terlecki: Od chwili upadku PRL należałem do zwolenników ujawnienia wszystkich tajnych dokumentów wyprodukowanych w ciągu półwiecza władzy komunistycznego reżimu. Nie przypuszczałem, że tym samym domagam się ujawnienia rodzinnej tajemnicy
90 lat temu, 18 października 1922 roku, urodził się Olgierd Terlecki (zm. w 1986 roku). Tekst z archiwum tygodnika Plus Minus
Po trzech latach mojej pracy w Instytucie Pamięci Narodowej, po siedemnastu latach od śmierci mojego Ojca, w lipcu 2003 roku otworzyłem teczkę tajnego współpracownika Służby Bezpieczeństwa, używającego pseudonimu "Lachowicz". Dowiedziałem się z niej, że mój Ojciec przez ponad trzydzieści lat współpracował z UB i SB, dostarczając zamówione raporty i donosy oraz - przez większą część tego okresu - pobierając za to wynagrodzenie. Nie zmieniłem zdania: tajne dokumenty muszą zostać ujawnione. Systemu zbrodni i kłamstwa dziś nie można już rozliczyć wyrokami sądów. Nie żyje większość jego twórców i nie wiemy, na ile metamorfozy, którym ulegli ich uczniowie, są tylko cyniczną grą pozorów. Wszystko, co można jeszcze zrobić, to zapobiec narodowej amnezji.
Postanowiłem napisać o moim Ojcu nie tylko dlatego, aby pozostać wiernym przekonaniu, że należy rozjaśniać mroczne zakamarki naszej niedawnej przeszłości. Jestem mu to winien także dlatego, że być może sam miałem udział w historii jego zdrady. A także nie chcę, by ktoś, kogo nie obchodzą zawiłości tamtych czasów, wydał łatwy wyrok. Dokumenty wskazują, że mój Ojciec był jednym z trybów maszynerii zła. Mam nadzieję, że równocześnie był jej ofiarą.

Andersowiec

Olgierd Terlecki urodził się w 1922 roku w Oleszycach, w województwie lwowskim. Jego matka była nauczycielką, ojciec - urzędnik kolejowy i literat amator - porzucił ich wkrótce po jego urodzeniu. W 1939 roku Olgierd ukończył gimnazjum w Jaworowie i miał rozpocząć naukę w tamtejszym liceum. Przez pierwsze wojenne tygodnie odbywał służbę w ramach Przysposobienia Wojskowego, zakończoną 15 września pod Lwowem. Pod sowiecką okupacją należał do szkolnej konspiracji i w lutym 1940 roku uciekł z domu, aby przeprawić się przez rumuńską granicę. W Załuczu koło Śniatynia wpadł w kocioł NKWD i został skazany na trzy lata obozu pracy. Wyrok odbywał w łagrze w Kandałakszy w obwodzie murmańskim, gdzie pracował przy wykopach i wyrębie lasów. Niechętnie o tym wspominał, ale powiedział mi kiedyś, że w takich warunkach nie przeżyłby jeszcze jednej zimy. Zwolniony w sierpniu 1941 roku po amnestii, wynegocjowanej przez rząd generała Władysława Sikorskiego, we wrześniu dotarł do Tockoje, do tworzącego się wojska polskiego. Ukończył podchorążówkę w Szachrisjabs, a w sierpniu 1942 roku wraz z częścią armii generała Władysława Andersa dotarł do Persji. Przydzielony do 7 pułku artylerii przeciwlotniczej, przez Irak, Palestynę i Egipt wyruszył na front włoski, gdzie walczył pod Monte Cassino i Anconą. Ukończył kurs maturalny w Alessano, pracował w Neapolu w redakcji "Gazety Żołnierza", a w sierpniu 1946 roku wraz z 2 Korpusem wyjechał do Anglii, gdzie - w trosce o pozostawioną w kraju matkę - podjął decyzję o repatriacji. Do Gdyni przypłynął 25 października 1947 roku, po drodze mijając się z uciekającym z Polski Stanisławem Mikołajczykiem. Była to ostatnia okazja do powrotu z emigracji: żelazna kurtyna zatrzasnęła się także nad Polską. Po krótkim pobycie w Jarosławiu, gdzie po wyjeździe z Jaworowa zamieszkała jego matka, przyjechał do Krakowa. Od lutego 1948 roku pracował jako aplikant w "Dzienniku Polskim", wtedy też zapisał się do PPR, ale jeszcze w tym samym roku, jak napisano w ubeckich dokumentach, "z powodu niepłacenia składek członkowskich oraz biernego ustosunkowania się do PPR z partii został usunięty". W następnych latach m.in. redagował w "Dzienniku" dodatek literacki "Od A do Z", gdzie - znów według UB - "uprawiał szkodliwą działalność, co zostało stwierdzone przez kolektyw redakcyjny". Po zwolnieniu z pracy utrzymywał rodzinę (urodziłem się w 1949 roku) z dorywczych honorariów, m.in. współpracował z wydawnictwem Ministerstwa Obrony Narodowej, a także z Polskim Radiem. Bezpieka pisała o nim: "Jest stałym bywalcem kawiarnianym, otacza się krakowską kołtunerią, która jest kuźnią wrogiej szeptanej propagandy".

Werbunek

"Zobowiązanie. Ja, Terlecki Olgierd, syn Mieczysława, zamieszkały w Krakowie, zobowiązuję się dobrowolnie współpracować z organami Bezpieczeństwa Publicznego nad wykrywaniem wrogich elementów, które działają lub nawet będą usiłowały działać na szkodę obecnego ustroju Polski Ludowej. Jako wrogów uważał będę wszystkich tych, którzy w jakikolwiek sposób czy to w formie szkodliwej propagandy szeptanej, czy działalności dywersyjno-sabotażowej usiłowaliby godzić w podstawy socjalizmu i podrywać autorytet władzy ludowej. Współpracę swą z organami Bezpieczeństwa Publicznego zachowam w ścisłej tajemnicy nawet przed najbliższą rodziną. Dla lepszej konspiracji dostarczane informacje pisemne będę podpisywał pseudonimem Rudnicki. Wiem, że w razie niedotrzymania powyższego zobowiązania zostanę pociągnięty do odpowiedzialności przed sądem wojskowym". Plan werbunku tajnego agenta przygotował Julian Lipka, starszy referent Wydziału V, zajmującego się organizacjami wyznaniowymi, politycznymi i społecznymi. Podstawą zatrzymania kandydata na agenta miała być podsłuchana w kawiarni jego opowieść o bijatyce polskich żołnierzy z żydowskimi cywilami w Tel Awiwie jesienią 1943 roku. Jak informuje trzystronicowy "Raport o dokonanym werbunku", 29 grudnia 1951 roku Ojciec został wezwany do Biura Ewidencji Ruchu Ludności, a gdy po załatwieniu drobnych formalności wyszedł na korytarz, podeszli do niego dwaj cywilni funkcjonariusze UB i doprowadzili do czekającego na ulicy samochodu. O tym, co wydarzyło się po przewiezieniu do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, objaśnia funkcjonariusz Lipka we wspomnianym "Raporcie": " [...] Kazano mu pisać szczegółowy życiorys z uwzględnieniem jego przeszłości w Armii Andersa oraz ekscesów antyżydowskich w Palestynie w mieście Tel Aviv, w których to brał udział, dając mu odczuć, że my o wszystkim wiemy i daremnym byłoby z jego strony pisać inaczej. W pisaniu życiorysu mimo to kandydat okazał się nieszczery, co skłoniło mnie do intensywnego przesłuchania go. W zeznaniach swoich okazał się również oporny i na każdym słowie starał się wybielić swoją osobę, mianowicie że on żadnego udziału w pogromie żydów nie brał, a tylko był świadkiem powyższego zajścia. Tok przesłuchania skierowałem na tory jego uprawianej szeptanej propagandy w gronie inteligencji krakowskiej w kawiarniach, do powyższego zarzutu również się nie przyznał. Na skutek tych oporności w zeznaniach prawdy ze strony kandydata około godz. 21.00 poleciłem mu wyłożyć wszystkie dokumenty i cokolwiek ma przy sobie na biurko, jak też wyjąć z butów sznurówki i odpiąć od spodni pasek, oświadczając mu, że kariera jego jest skończona i że będzie siedział dotąd, dopóki nie przyzna się do stawianych mu udowodnionych zarzutów". Nie wiem, co znaczą słowa "intensywne przesłuchanie"; nie wiem, czy go bili. W każdym razie groźba aresztu okazała się skuteczna, czego efektem stało się cytowane "Zobowiązanie", które podpisał 29 grudnia 1951 roku. Miał 29 lat, za sobą obóz i wojnę, przed sobą całe życie.

"Rudnicki"

Z dokumentów bezpieki wynika, że celem werbunku było pozyskanie informatora, który mógłby dostarczyć wiadomości o jednym z obserwowanych przez UB "figurantów" (tak w dokumentach określano osobę śledzoną). Prawdopodobnie był to członek PZPR, ponieważ "Rudnicki" był przez następne dwa lata wykorzystywany przez Wydział X, zajmujący się "rozpracowywaniem" członków partii komunistycznej. Zachował się jednak także jego donos o reakcjach środowiska literackiego na tzw. proces kurii krakowskiej w styczniu 1953 roku. W listopadzie 1952 roku otrzymał pierwsze 200 zł "za współpracę", w czerwcu 1954 roku, w związku z likwidacją Wydziału X, został "przejęty" przez Wydział XI, zajmujący się walką z Kościołem. Nowe zaszeregowanie "Rudnickiego" łączyło się z jego znajomością, jeszcze z wojska, z ks. Mieczysławem Bednarzem, jezuitą. Bezpieka zleciła mu więc zebranie wiadomości o władzach zakonu. W rok później sprawami Kościoła zajmował się już Wydział VI, a porucznik Zbigniew Faryna, kierownik jednej z sekcji tego wydziału, sporządził latem 1955 roku "Charakterystykę pracy informatora ps. Rudnicki", w której napisał m.in. "Do współpracy chętny. Przedsiębiorczy. Sprytny. Umie zawiązywać nowe znajomości. Doniesienia pisze sam. Na spotkania przychodzi punktualnie z gotowym materiałem. Bierze wynagrodzenie za współpracę, a zwłaszcza na pokrycie kosztów związanych z wykonywaniem otrzymanego zadania - dlatego, że znajduje się w dość ciężkich warunkach materialnych. Jak dotychczas materiały od niego uzyskane potwierdzały się w całości".

Nowe zadania

W lipcu 1955 roku "Rudnicki" został wysłany na Targi Poznańskie, skąd dostarczał informacje o jednym z włoskich dostawców. W roku następnym znów wysłano go na targi, jednak wrócił do Krakowa przed wybuchem robotniczego powstania. W końcu 1956 roku, w czasie kampanii przedwyborczej, podjął się przeprowadzić dla "Gazety Krakowskiej" korespondencyjne wywiady z Jerzym Giedroyciem i Juliuszem Mieroszewskim. Na druk wywiadów nie zgodziła się cenzura, jednak kontakt nawiązany z paryskim Instytutem Literackim zaowocował korespondencją z Zygmuntem Hertzem, bliskim współpracownikiem Giedroycia. W 1957 roku wyjechał do Włoch, gdzie poznał m.in. Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. W tym samym roku, po opublikowaniu wcześniej kilku socrealistycznych opowiadań, ukazała się jego autobiograficzna powieść "Kierunek Cassino", dobrze oceniona zarówno w kraju, jak i na emigracji. Na prośbę Hertza ekspediował do Paryża krajowe książki i roczniki gazet, zaczął również otrzymywać książki z emigracji. Pisząc kolejne tomy autobiografii ("Pokonani" i "Przystanek Londyn"), podjął starania o wyjazd do Londynu i Paryża. Wówczas bezpieka postanowiła wykorzystać go jako swojego informatora w środowisku emigracji. Od 1957 roku podlegał funkcjonariuszom Wydziału III, zajmującego się zwalczaniem "działalności antypaństwowej"; kolejno "prowadzili" go: Józef Chojnacki, Leon Nowak, Józef Grabowski, Jan Bill i Piotr Kościelniak. Niemal co roku wyjeżdżał na Zachód, co w latach 60. było czymś wyjątkowym. Z każdego wyjazdu przywoził kartonowe pudła wydanych na emigracji, a zakazanych w kraju książek, na granicy posługiwał się zaświadczeniem z redakcji "Życia Literackiego", stwierdzającym, że są mu one potrzebne w pracy zawodowej. Czasem taki dokument robił wrażenie na celnikach, czasem jednak zatrzymywali wiezione książki, wówczas odzyskiwał je dzięki interwencjom SB. Zgromadził zbiór emigracyjnych wydawnictw, jakiego nie posiadały biblioteki uniwersyteckie. Od 1955 roku pracował w redakcji krakowskiego tygodnika "Życie Literackie". Wydawał powieści i opowiadania, jednak coraz częściej zajmował się historią. Przywiezione książki, czasopisma i materiały pozwoliły mu na napisanie pierwszej w kraju monografii o generale Sikorskim, ale cenzura wstrzymywała jej druk przez ponad dziesięć lat. W tym czasie zdołał wydać "Najkrótszą historię drugiej wojny światowej" i kilka mniejszych opracowań historycznych m.in. o kampanii włoskiej 2 Korpusu oraz o Józefie Retingerze. Po ukazaniu się "Generała Sikorskiego" w 1981 roku opublikował obszerną biografię pułkownika Józefa Becka oraz szkice "Z dziejów Drugiej Rzeczypospolitej". Książki te przyniosły mu nie tylko popularność, ale i opinię autora rzetelnego, niepoddającego się ideologicznym naciskom, starającego się - wbrew tezom oficjalnej historiografii - przedstawić prawdziwy obraz najnowszej historii Polski. Ta opinia pozwoliła mu pozyskać zaufanie emigrantów, a tym samym dostarczać bezpiece interesujące ją wiadomości. W 1981 roku w "Charakterystyce tajnego współpracownika" ppłk Bill napisał: "Był wykorzystywany do kombinacji i rozpracowywania pracowników ośrodków dywersji (?KulturaČ paryska, ?Wolna EuropaČ) Giedroycia, Mieroszewskiego, Nowaka, Zaręby, Czyżowskiego, Hertza i innych. Otrzymane zadania realizował zgodnie ze wskazówkami, a relacje z ich wykonania były obiektywne i rzeczowe".

Świąteczny upominek

Od 1961 roku używał nowego pseudonimu: "Rudnickiego" zastąpił "Lachowicz". W tym czasie otrzymywał pieniądze na zagraniczne wyjazdy: po raz pierwszy 100 dolarów w 1959 roku, następnie po 50 dolarów w 1960, 1962 i 1965 roku, 60 dolarów w 1964 roku oraz 30 tys. lirów na wyjazd do Włoch w 1960 roku. 16 sierpnia 1968 roku dostał też 500 koron na wyjazd do Czechosłowacji, jednak pięć dni później rozpoczęła się inwazja wojsk Układu Warszawskiego i ostatecznie do Bratysławy wyjechał w styczniu 1969 roku. Te korony to ostatnia wypłata w obcej walucie, od tej pory wynagrodzenie (zwykle w trzech - czterech ratach w ciągu roku) wypłacane było wyłącznie w złotówkach. W latach 60. otrzymywał rocznie od jednej do dwóch średnich miesięcznych pensji, np. w 1967 było to 4500 zł, w 1969 - 1500 zł. Średnia płaca wynosiła w tym czasie 2600 zł miesięcznie, dolar na czarnym rynku kosztował około 70 zł. W kwietniu 1963 roku odnotowana została też kwota 180 zł "w postaci szynki jako upominek". Główną część odnalezionych do tej pory dokumentów stanowią raporty z wyjazdów na Zachód. Dotyczą dwudziestu podróży: trzynastu do Londynu (siedem z nich obejmowało również Paryż, a jedna Monachium), czterech do Włoch (Rzym, Neapol), dwóch do Wiednia, jednej do Bratysławy. Kilkunastostronicowe sprawozdania ze spotkań i rozmów, charakterystyki osób i instytucji, oceny nastrojów wśród emigrantów itp. to ciekawy materiał dla historyka czy socjologa, natomiast trudno ocenić ich wartość dla Wydziału III krakowskiej bezpieki, zajmującego się tropieniem miejscowej działalności opozycyjnej. Musiały być jednak do czegoś potrzebne, skoro gromadzono je przez lata, a w 1987 roku przekazano do zachowania w archiwum. Z całą pewnością SB szczególną uwagę zwracała na wszelkie informacje dotyczące osób, które wyjeżdżały za granicę i kontaktowały się z politycznymi emigrantami. Ojciec po raz pierwszy wyjechał na Zachód w 1957 roku, w latach 1959 - 1969 wyjeżdżał co roku (w 1960, 1966 i 1969 r. nawet dwukrotnie), później wyjazdy stały się rzadsze. Siedzibę Instytutu Literackiego w Maisons-Laffitte po raz ostatni odwiedził w 1969 roku, później jeszcze trzykrotnie był w Londynie (ostatni raz w 1984) i dwukrotnie w Wiedniu (w 1973 i 1974), gdzie odbierał wysyłane dla niego z Londynu i Paryża paczki z książkami, aby następnie przewieźć je do Polski. Nie wiem, dlaczego ograniczył wyjazdy. Być może w związku ze znacznie szerszym otwarciem granic w okresie Gierka, gdy na Zachód wyruszały już dziesiątki tysięcy osób, bezpieka uzyskała znacznie szersze możliwości infiltrowania emigracji.

Jan Nowak

W raportach pojawiają się dziesiątki nazwisk. Wśród rozmówców "Lachowicza" byli m.in. gen. Władysław Anders, Józef Czapski, Andrzej Czyżowski, Maria Danilewicz-Zielińska, Gustaw Herling-Grudziński, Juliusz Mieroszewski, Zofia i Kazimierz Romanowiczowie, Jan Rostworowski, Andrzej Stypułkowski, Kazimierz Wierzyński, Ryszard Zakrzewski, Wacław Zbyszewski. Dla SB najważniejsze były dwie emigracyjne instytucje: Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa i Instytut Literacki, czyli paryska "Kultura". "Lachowicz" tak relacjonował swoje pierwsze spotkanie z Janem Nowakiem: "W kilka dni później [Andrzej] Stypułkowski zadzwonił do mnie wcześnie rano i zapytał, czy nie zgodziłbym się na spotkanie z Janem Nowakiem, dyrektorem sekcji polskiej ?Wolnej EuropyČ, który właśnie przyjechał do Londynu i byłby rad mnie poznać. Po chwili wahania odpowiedziałem, że raczej tak. [...] 13 czerwca [1963] Stypułkowski czekał na mnie na stacji metra Leicester Square i poprowadził mnie piechotą na Soho, do znanej restauracji rybnej. [...] Nowak okazał się mężczyzną łysym, postawnym, o ujmujących manierach. Oświadczył, że czyta moje artykuły, zna moje książki i ceni moją samodzielność, aczkolwiek chętnie by ze mną czasem podyskutował. [...] W czasie rozmowy pytał mnie: [...] czy ?partyzanciČ rzeczywiście biorą górę w kraju? Odpowiedziałem, że dla mnie osobiście określenie ?partyzantČ ma sens dosłowny, nie polityczny; jestem znany odludek, dziwak i człowiek zupełnie odbity od nastrojów politycznych, a o zdarzeniach sensacyjnych politycznie dowiaduję się często wtedy, kiedy trąbi już o nich cała Polska. [...] Kolejne pytanie: co myślę o [Władysławie] Machejku. Odpowiedziałem, że bardzo go cenię i że obserwuję z przyjemnością jego dojrzewanie umysłowe, przede wszystkim jako prozaika. Pytanie: co myślę o likwidacji 'N [owej] Kultury' i 'Przeglądu Kulturalnego'. Odpowiedziałem, że choć mnie osobiście nie dotyczy to w żadnym stopniu, to jednak nie jest przyjemne skurczenie możliwości druku". Czy "Lachowicz" dokładnie relacjonował przebieg swojej rozmowy z Nowakiem? Czy rzeczywiście przed szefem RWE udawał idiotę, który nie ma pojęcia o bieżących wydarzeniach w kraju, a Machejka uważa za dobrze zapowiadającego się pisarza? A może przekazywał wiadomości z PRL, które były użyteczne dla pracy rozgłośni? Wydaje się świadczyć o tym fakt, opisany w donosie z 1968 roku. Podczas kolacji w Monachium, w której uczestniczyli m.in. Michał Gamarnikow, zastępca Jana Nowaka w RWE, Aleksandra Stypułkowska oraz Paweł Zaremba, zaproponowano mu wyjazd z Polski i pracę w RWE. "W pewnej chwili Zaremba powiedział: widzisz sam, jak tu jest u nas, [...] widzisz, jakie są nasze potrzeby i troski, nie namawiamy cię, broń Boże, żebyś zaraz wybierał wolność, ale wydaje się nam, że mógłbyś być dla nas człowiekiem bardzo pożytecznym, z twoją znajomością historii najnowszej większą w tej chwili niż u tych londyńskich ramoli, więc zastanów się nad tym i pomyśl, czy kiedyś nie byłoby warto zmienić klimatu. [...] Miałbyś w ciągu roku więcej niż w Polsce przez całe życie, syna już prawie odchowałeś, a zresztą sam zadecydujesz, co z rodziną".

Jerzy Giedroyc

W drodze powrotnej z Londynu "Lachowicz" zatrzymywał się w Paryżu. Celem tych wizyt był Maisons-Laffitte, a głównymi bohaterami raportów Jerzy Giedroyc i Zygmunt Hertz. O Giedroyciu pisał: "Niezwykle oczytany, zorientowany w sprawach polskich na podstawie uważnej, pilnej lektury, bardzo pracowity, siedzi do 2 w nocy w książkach i pismach, wstaje o 7 rano. Bardzo pewny siebie, bliski chyba poczucia własnej nieomylności. Mimo to w stosunkach ze swoimi współpracownikami serdeczny i przyjazny. Bardzo czuły na punkcie znaczenia swojego pisma. Prawdopodobnie, mimo bardzo koleżeńskich stosunków (wszyscy są na ?tyČ) ze swoimi współpracownikami, dyskusje z nimi uważa za stratę czasu". W 1959 roku w sprawozdaniu dla SB zanotował: "Od [Wacława] Zbyszewskiego usłyszałem, że ambicją Giedroycia jest zostać polskim ministrem kultury w rządzie choćby Gomułki, i zespół ČKultury? oraz jej sympatyków zalegalizować jako legalną, liberalną opozycję w Polsce. Giedroycia zapytałem wprost, jaki cel ma głównie na widoku. Odpowiedział mniej więcej tak: Cel jest pozytywistyczny: oświecanie. Przypominanie Polakom, że ich orientacja polityczna musi być liberalna, nie totalitarna. Wypełnianie luk; zdaję sobie sprawę, że polska racja stanu wymaga, aby pewne sprawy w Polsce były przemilczane, ale ja jestem od tego, aby tu mówić o sprawach przemilczanych tam. Walka - na forum już nie polsko-wewnętrznym - o taki status dla Polski, który dałby jej pozycję Austrii czy Finlandii i dobrodziejstwo pełnej neutralności". W 1960 roku znowu rozmawiał z Giedroyciem: "Pytał o stosunki w środowiskach literackich, czy daje się odczuć dalszy 'przymrozek', czy zaostrza się dalej cenzura, pytał, co sądzę o Władysławie Machejku, wspomniał o Marianie Eilem, który chodzi po Paryżu bardzo elegancki, i o [Włodzimierzu] Maciągu z Krakowa, który przyjechał do Maisons-Laffitte, aby oddać książkę (ode mnie), ale któremu widać zabrakło odwagi, żeby zostać, bo po pięciu minutach pożegnał się i odjechał. Wspomniał też, ale bez nazwisk, że ma w tej chwili w robocie trzy książki autorów krajowych". W kwietniu 1964 roku relacjonował reakcję na protest 34 pisarzy i uczonych: "W 'Kulturze'w Maisons-Laffitte zastałem niespodziewanie bardzo chłodny stosunek do 'sprawy 34'. Wspomniałem już, że zdawali się obrażeni pominięciem ich, jako pierwszych, w przesłaniu oświadczenia. Ponadto Giedroyc stwierdził, że protest jest w dużej mierze 'głosem z zaświatów' i że dodałaby mu życia obecność na liście podpisów ludzi partyjnych i ludzi młodszych".

Podwójne życie

Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, dlaczego w ciągu trzydziestu lat nie miał dość siły, by zerwać zaciśniętą pętlę. Kiedy zwerbowano go w 1951 roku, Urząd Bezpieczeństwa dysponował w całym kraju siecią ponad 80 tysięcy agentów. Ale już kilka lat później, po październiku 1956 roku, liczba donosicieli zmalała do niespełna 10 tysięcy. Być może Ojciec obawiał się, że utraci niedawno uzyskaną posadę w redakcji "Życia Literackiego". W każdym razie minęła najlepsza okazja: od końca lat 60. SB stopniowo odbudowywała swoje wpływy, a liczba jej agentów systematycznie rosła, aby w okresie reżimu Jaruzelskiego znów osiągnąć monstrualne rozmiary. W miarę upływu lat coraz trudniej było wywinąć się z ubeckiej matni. Książki wydane po 1956 roku przyniosły Ojcu spore uznanie i opinię autora niepiszącego pod cenzurę. Prawdziwą popularność zyskała mu "Najkrótsza historia drugiej wojny światowej", wydana w 1972 roku, ale wcześniej drukowana w odcinkach w "Życiu Literackim". Przetrzymywany przez cenzurę "Generał Sikorski" też niemal w całości ukazał się wcześniej w odcinkach, podobnie jak i następna książka o Józefie Becku. Znany autor mógł sobie pozwolić na zerwanie współpracy z SB, a znalezienie się na indeksie autorów zakazanych otwierało mu drogę do publikowania na Zachodzie. Jednak emigracyjne wydawnictwa miały ograniczony zasięg, a pierwsze wydanie książki o Sikorskim ukazało się w 1981 roku w 100 tysiącach egzemplarzy. Jednego jestem pewien: Ojciec nienawidził komunizmu. Nie krył swoich poglądów nie tylko w domu, ale także przed bliższymi znajomymi. O ile dziś mógłby ktoś podejrzewać, że wobec znajomych była to gra dla pozyskania ich zaufania, a tym samym zdobycia materiałów dla bezpieki, o tyle trudno zrozumieć, po co udawałby przede mną. Pamiętam awantury w domu, gdy jako smarkacz wyrażałem się z uznaniem o czymkolwiek, co miało związek z reżimem; pamiętam nasze kłótnie, gdy na początku 1968 roku chodziłem na nocne dyskusje w klubie ZMS "Nowy Żaczek". Od szkoły średniej czytałem roczniki "Kultury" i inne emigracyjne publikacje. Nigdy mnie nie odwodził od angażowania się w opozycyjne przedsięwzięcia, choć nigdy o nic nie wypytywał. Później role się odwróciły. Miałem do niego pretensje, gdy w końcu lat 70. nie dołączył do grona opozycyjnych pisarzy, dochodziło między nami do awantur, gdy po stanie wojennym przystąpił do "wroniego" Związku Literatów Polskich. Tłumaczył zawsze jednakowo: dzięki temu mogą ukazywać się jego książki, w których rzetelnie przedstawia historię. Przekonywał, że tę cenę warto zapłacić. Obawiam się, że to był klucz do jego zdrady. Podjął współpracę pod groźbą uwięzienia, ale kontynuował ją dla wyjazdów na Zachód, skąd przywoził książki i materiały niezbędne w pisarskiej pracy. Miał zawsze przekonanie, że swoimi książkami przeciwstawia się komunizmowi; wychowuje patriotów odpornych na podręcznikowe kłamstwa. Miał liczne grono czytelników i wielbicieli, którzy go o tym zapewniali. Być może zresztą w tym przekonaniu utrzymywali go również funkcjonariusze bezpieki, cyniczni i pozujący na "pragmatyków", sceptycznych wobec ideologicznego bełkotu propagandy.

SB nad grobem

Według dokumentów zachowanych w tzw. teczce pracy tajny współpracownik "Lachowicz" dostarczał informacji funkcjonariuszom pionu III, śledzącym działalność "antypaństwową", ale jak wynika z adnotacji na jego donosach, przesyłano je również do wiadomości pionu I, tropiącego emigrantów oraz obywateli PRL wyjeżdżających na Zachód (bezpieka chętnie nazywała ten pion "wywiadem"), a także pionu II, chroniącego tajemnice reżimu przed cudzoziemcami. W teczce, oprócz raportów z wyjazdów zagranicznych, zachowały się tylko dwie informacje krajowe: pierwsza z czerwca 1953 roku, dotycząca środowiska "Tygodnika Powszechnego" po likwidacji pisma oraz druga z września 1961 roku, opisująca nastroje wśród krakowskich literatów. Do tej pory nie udało mi się stwierdzić, czy w archiwach IPN ocalały inne materiały. Wiadomo tylko, że było ich wiele. Według notatki pochodzącej z 1987 roku z donosów "Lachowicza" korzystano do 1973 roku, a następnie w latach 1981 - 1986. Jednak "arkusz wypłat i świadczeń na rzecz t.w. zawiera kwoty wypłacane także w latach 1974 - 1978. W teczce jest również raport z wyjazdu do Londynu w 1977 roku. W tym samym roku "Lachowicz" otrzymał 3000 zł (w trzech ratach), w 1978 - 2000 zł. Nie było to zbyt wiele, skoro jako początkujący asystent w PAN zarabiałem w tym czasie 4000 zł miesięcznie. Wydaje się, że w latach 1978 - 1980 kontakty z SB zostały zawieszone; odtworzono je ponownie jesienią 1981 roku. Nie wiadomo, czego dotyczyły ostatnie donosy z lat 1981, 1982 i 1984 (za ostatnie dwa lata wynagrodzenia wyniosły razem 10 tys. zł, co wobec inflacji było wówczas kwotą raczej symboliczną). W 1983 roku pojawiły się pierwsze symptomy choroby Ojca, mimo to jeszcze we wrześniu 1984 roku na tydzień pojechał do Londynu. Sprawozdanie z tego wyjazdu to ostatni z zachowanych dokumentów. W teczce znajduje się też wiadomość o jego śmierci 31 grudnia 1986 roku oraz "Informacja operacyjna" oficera prowadzącego, który udając się na pogrzeb, kwitował wydatek 1100 zł na wiązankę kwiatów.

Najwyższa cena

W tej historii jest jeszcze wątek, dla mnie najtrudniejszy i najbardziej bolesny, którego wyjaśnienie nie jest już jednak możliwe. Wiosną 1968 roku po raz pierwszy zatrzymała mnie SB. Po Marcu, związany z ruchem hippies, przysporzyłem rodzicom wielu zgryzot, ale także kilku rewizji w ich mieszkaniu, strachu, gdy byłem zatrzymywany w areszcie, przerażenia w Grudniu 1970 roku, gdy na tydzień uwięziono mnie na Montelupich, a oni nie wiedzieli, co się ze mną stało. Później zaczęły się czasy opozycyjnej półkonspiracji i chociaż nie mieszkałem już z nimi, znów dowiadywali się o zatrzymaniach, rewizjach, przesłuchaniach. Czy dla mojego Ojca chęć chronienia mnie nie stała się jednym z motywów podtrzymywania współpracy z bezpieką? Czy jego zdrada nie stawała się ceną za moją edukację, bezpieczeństwo, wolność? Tak mało wiem... Nie żyje już większość osób, które występują w donosach, nie zadam im pytań, które pozwoliłyby więcej zrozumieć. Od lat nie żyje ks. Bednarz, który odwiedzał Ojca przez te wszystkie lata, przed śmiercią udzielał mu ostatniego namaszczenia, a na pogrzebie mówił o jego szczególnym darze samotnej modlitwy. Czy znał ponurą tajemnicę? Zamierzam nadal poszukiwać dotyczących Ojca dokumentów, może też odezwą się jeszcze ostatni świadkowie. Reszty - wierzę w to - dowiem się od niego, po Tamtej Stronie. Ryszard Terlecki Wrzesień 2003
Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL