Literatura

Franciszek Walicki obwieścił śmierć rock'n'rolla

materiały prasowe
Franciszek Walicki to człowiek, który stworzył Czerwono-Czarnych i Niebiesko-Czarnych, wprowadził na estrady Wojciecha Kordę, Adę Rusowicz, a przede wszystkim Czesława Niemena. Ma prawo więc zostać również autorem „Epitafium na śmierć rock'n'rolla". Tak też zatytułował wydane właśnie wspomnienia – pisze Jacek Marczyński
Wieszcząc zgon ulubionej muzyki powołuje się na słowa Zbigniewa Hołdysa: „Rock wymiera jak miś panda i tylko kilka pięknych misiów szwenda się jeszcze po świecie". Ale Walickiemu, który miał wspaniały dar rozpoznawania talentów, dzisiejsze czasy nie mogą się podobać. On cenił indywidualności, a te trudno znaleźć w muzyce naszych czasów. Jego ulubiony piosenkarz to przecież Elvis Presley, piosenkarka ? Janis Joplin, muzyk ? Jimi Hendrix. Kto może z nimi się równać?
Trzonem opowieści są wspomnienia o koszmarnych, ale i wspaniałych latach 50. i 60., w których niejednokrotnie tragedia splatała się z zabawą. Gdy nastał czas odwilży, Walicki, zachęcony przez Leopolda Tyrmanda, przystąpił do organizowania w Sopocie happeningowych festiwali muzyki jazzowej. I niemal w tym samym czasie opublikował artykuł „Miecz i prawo"", w którym domagał się rehabilitacji niesłusznie skazanych na śmierć przez stalinowskie sądy dowódców polskiej Marynarki Wojennej. W tej książce jest Franciszek Walicki znany i nieznany. Ten pierwszy to autor tekstów przebojów dla Niemena („Czy mnie jeszcze pamiętasz"), Breakoutu („Poszłabym za tobą") lub Wojciecha Kordy („Niedziela będzie dla nas"). Drugi opisuje litewskie dzieciństwo, naukę w elitarnym liceum w Rydzynie i w Państwowej Szkole Morskiej w Gdyni, wojenną gehennę (jego pierwsza żona była Żydówką) i służbę w Marynarce Wojennej.
Był pierwszym człowiekiem w PRL, który stał się zawodowym impresariem. Załatwiał trasy koncertowe i nagrania, ale i wpływał na oblicze artystyczne swoich podopiecznych. Stwierdzenie to dotyczy zespołów mocnego uderzenia połowy lat 60., Breakoutu, SBB czy Urszuli Sipińskiej, która za jego sprawą zmieniła estradowy image. Franciszek Walicki wyznaje, że on jest autorem terminu: big beat. Zaczerpnął go z pewnego francuskiego tygodnika, w którym tak zatytułowano artykuł o nowych zjawiskach w muzyce. Dla PRL-owskich notabli amerykańskie określenie: rock and roll było nie do zaakceptowania ze względów ideologicznych. Big beat nie miał tak jednoznacznie negatywnych konotacji, a dla Walickiego znaczył dokładnie to samo. Dlatego teraz protestuje przeciwko używaniu go w stosunku do takich piosenek jak „Rudy rydz" lub „O mnie się nie martw", działalności Czerwonych Gitar czy Skaldów. Te zespoły z rock'n'rollem nie miały nic wspólnego. Zwierzenia ojca polskiego big beatu uzupełniają wypowiedzi artystów i kolegów, którzy z nim pracowali. I smutne biogramy tych, których już nie ma. Zadziwiająco długa jest bowiem lista wokalistów i muzyków debiutujących na przełomie lat 50. i 60., których żywot - nie tylko estradowy - okazał się zdecydowanie za krótki. Franciszek Walicki Epitafium na śmierć rock'n'rolla Fundacja Sopockie Korzenie, 2012
Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL