fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Zwołajmy "polski szczyt"

Fotorzepa
Tak jak kaczyzm uwodzi prostymi receptami w postaci lustracji, dekomunizacji i walki z korupcją, tak neoliberalizm uwodzi iluzją pożytku z prywatyzacji i urynkowienia wszystkiego – pisze publicysta
Przez blisko 20 lat najważniejsze decyzje podejmowano zwykle z zaskoczenia. Najpierw ważono projekty w ciszy gabinetów, a potem bach! Uchwalano ustawę i wprowadzano ją w życie, często stosując rozmaite fortele. Na przykład projekty rządowe zgłaszano jako poselskie, żeby uniknąć wymaganych przez prawo konsultacji. Politycy wierzący w „wiedzę” Tak zapadały także decyzje w sprawach, o których kandydaci nie zająknęli się przed wyborami. Za rządów PiS, ale z udziałem PO, zniesiono w ten sposób podatek od spadków i darowizn oraz zmniejszono składkę na ubezpieczenie rentowe.
Kosztuje to nas ponad 20 mld zł rocznie, co z naddatkiem wystarczyłoby na spełnienie roszczeń oświaty (2 – 4 mld), służby zdrowia (ok. 10 mld) i całej buntującej się budżetówki. Nie było jednak nawet próby publicznej debaty o tym, jak podzielić owoce wzrostu. Politycy woleli rozdać pieniądze na ślepo, uprzywilejowując osoby lepiej sytuowane niż – za czym jest większość z Polaków – dać budżetówce upośledzonej w procesie transformacji i zbierającej się do walki o swoje.
Na tle polskiej praktyki nie było w tym nic nadzwyczajnego. Od lat, jeśli politycy nie mieli przed oczami widma bliskich wyborów lub brutalnej siły zorganizowanych mniejszości, urządzali świat, jak im się podobało. Uważali, że mają do tego prawo. Nawet na przekór wyraźnej większości. Tak zapadła np. decyzja o wysłaniu wojska do Iraku.
Polityk musi czasem wejść w konflikt z wyborcami. Jednak w ostatnich kilkunastu latach rozbieżności między politykami a większością wyborców nie tylko w Polsce urosły do niebezpiecznego poziomu. Większość wyborców dążyła zwykle do modyfikowania status quo, a władza wolała (co nie znaczy: realizowała) radykalne zmiany zgodne z tezami hegemonii neoliberalnej przebranej w kostium naukowej prawdy.
To, co w demokratycznej tradycji było przedmiotem politycznego sporu, politycy uznali za przedmiot eksperckiej „wiedzy”. Wierzący w „wiedzę” polityk czuł obowiązek, by zderzać się z „nieracjonalnymi” (np. roszczeniowymi albo wspólnotowymi) oczekiwaniami wyborców. Może była to uzurpacja, ale miała ona pozornie solidne podłoże racjonalne.
Nawet populiści, jak Jarosław Kaczyński, demonstrowali twardość wobec „rujnujących budżet” roszczeń pielęgniarek (2 – 3 mld zł), jednocześnie wysyłając w kosmos 20 mld. Realizowali „naukowo potwierdzoną konieczność”, choć ich decyzje były sprzeczne z obietnicami.
Dziś „racjonalna” pewność, która przez blisko trzy dekady napędzała nie tylko polską politykę i gospodarkę, właśnie spektakularnie pęka. Najwyraźniej tam, gdzie się narodziła, czyli w Ameryce. Komentując zmagania Fedu „New York Times” pisze wielkimi literami, że „30 lat wiedzy okazuje się nie pasować do rzeczywistości”, a Paul Samuelson, noblista i autor najpopularniejszego w historii podręcznika ekonomii, z którego od pół wieku uczą się nie tylko amerykańscy studenci, ogłasza w „Chicago Tribune”, że obecne załamanie to wynik cięć podatkowych i deregulacji dokonanych przez prezydenta George’a Busha. „Współczujący konserwatyzm” Busha to – zdaniem Samuelsona – w istocie (podobnie jak w przypadku PiS) „plutokratyczny kapitalizm”.
Obniżanie podatków i deregulacja należały do neoliberalnej pewności. Podobnie prywatyzacja usług publicznych i wycofywanie państwa z zabezpieczeń społecznych. Teraz ortodoksyjni wyznawcy ogłaszają, że ta recepta nie działa. Nawet MFW przestrzega Polskę przed pochopnym obniżaniem podatków i apeluje do krajów mających silniejsze gospodarki, by zwiększyły wydatki. MFW nie dostał się w ręce lewaków. Po prostu opinia ekonomistów przesuwa się w kierunku uznania, że świat jest bardziej złożony, niż wierzono w latach 90.
Radykalne podniesienie płacy minimalnej w USA też nie wynikało ze zwycięstwa lewicy, ale ze wzrostu kosztów opieki społecznej, gdy rosła rzesza pracowników, którym płaca nie wystarczała na utrzymanie, i z osłabienia przez tanią pracę bodźców do modernizowania gospodarki. Teraz Amerykę poruszyła ogłoszona przez rząd informacja, że na ochronę zdrowia przeciętnego obywatela wydaje się już ponad 7 tys. dolarów rocznie (w Polsce 558), chociaż znaczna część społeczeństwa nie ma żadnej opieki medycznej.
Kryzys amerykański – od lat zapowiadany przez ekonomiczne sławy, jak George Soros, Jeffrey Sachs, Joseph Stiglitz, Jeremy Rifkin czy Lester Thurow, a bagatelizowany przez większość ekonomistów – to więcej niż lokalny kłopot. Ameryka jest matecznikiem neoliberalizmu. Dotykające jej wstrząsy są też wstrząsami tej ideologii. Zwłaszcza że – o tym pisze m.in. kolejny ekonomiczny guru Paul Krugman – na tle Ameryki oazą stabilności są nie tylko Chiny, ale też kontynentalna Europa, która neoliberalizm przefiltrowała przez solidarystyczne tradycje.
Czy w polskiej służbie zdrowia mamy do czynienia z kryzysem czy może z cudem? Przecież otrzymujemy dość nowoczesny system, płacąc kilkakrotnie mniej niż inni mieszkańcy Unii
Przez 20 lat Europa była pod presją sukcesów Ameryki. Teraz jednak amerykańska i europejska prawica szuka innej drogi. To, że prezydent Nicolas Sarkozy zwraca się o pomoc do Josepha Stiglitza i Amartyi Sena – amerykańskich ekonomicznych noblistów, którzy najgłośniej krytykowali sztywność neoliberalnej doktryny i neoliberalny wariant globalizacji – jest miarą zwrotu w myśleniu o polityce gospodarczej.
W Europie kontynentalnej Polska była od roku 1989 krajem najbardziej zapatrzonym w Amerykę i jej wizję świata. Nie możemy skopiować Ameryki, ilekroć jednak polscy politycy i popularni eksperci zabierają się do rozwiązywania zasadniczych problemów, większość z nich optuje za zbliżeniem do niej. W czasie białego szczytu objawy tej fascynacji były widoczne w poszukiwaniu rynkowej odpowiedzi na wyzwania społeczne. Gdy pęka mit Ameryki i neoliberalna pewność, warto się zastanowić, czy jest to dobry kierunek.
Sęk w tym, że jak kaczyzm uwodzi prostymi receptami w postaci totalnej lustracji, dekomunizacji i walki z korupcją, tak neoliberalizm uwodzi prostymi receptami w postaci prywatyzacji, deregulacji i urynkowienia wszystkiego. To zwalniało z myślenia. Teraz trzeba przerwać drzemkę i sprawdzić, na ile recepty są trafne – np. w jakim stopniu, skali i formie racjonalna jest wiara Jarosława Bauca i Witolda Gadomskiego w uniwersalną zbawienność prywatyzacji służby zdrowia, skoro najbardziej sprywatyzowany system jest najdroższy i najmniej efektywny. Można powiedzieć, że ta nieefektywność to amerykański fenomen. Ale można też zbadać efektywność sektora prywatnego w Polsce.
Ubezpieczenie Falck daje np. prawo do domowych wizyt internisty i ambulatoryjnych u specjalistów oraz do części tańszych badań, zniżki na dentystę i rehabilitację oraz na część droższych badań. Kosztuje to ok. 1000 złotych rocznie. Gdyby wszyscy Polacy wykupili takie ubezpieczenie, wydaliby ponad 38 mld. Jest to astronomiczna kwota, skoro całe roczne wydatki NFZ wynoszą 49 mld! To, co daje Falck, w NFZ nazywa się: podstawowa opieka zdrowotna, ambulatoryjna opieka specjalistyczna oraz ratownictwo. NFZ przeznacza na te pozycje zaledwie 10 mld złotych.
Odpowiedź na pytanie, skąd się bierze czterokrotna różnica (10 mld w NFZ i prawie 40 mld potencjalnie w systemie prywatnym) składa się z dwóch części. Pierwsza to jakość. W NFZ miesiącami czeka się na wizytę u specjalisty, a w Falcku najwyżej parę tygodni. Ale ubezpieczenie Falck nie ma np. drogich badań oferowanych przez NFZ ani kosztownych oddziałów intensywnej opieki. A poza tym jest tam mniej osób chorych, bo chorzy zwykle nie mają pieniędzy na luksusy. Trudno więc różnicę cen tłumaczyć inaczej niż przy użyciu tych argumentów, którymi wyjaśnia się nieefektywność systemu amerykańskiego w porównaniu z mniej sprywatyzowanymi systemami europejskimi.
Warto się też zastanowić, czy mówiąc o polskiej służbie zdrowia na tle innych krajów, powinniśmy mówić o kryzysie czy o cudzie. Mimo bolączek otrzymujemy przecież jakoś działający, dość nowoczesny system, płacąc kilkakrotnie mniej niż inni mieszkańcy Unii, 12 razy mniej niż w USA i dużo mniej niż sąsiedzi (90 dol. mniej niż Słowacy, 230 mniej niż Węgrzy i 414 mniej niż Czesi). Narzekając, zachowujemy się więc trochę, jak byśmy kupując volkswagena za cenę poloneza zrzędzili, że nie jest to jaguar. Polonez daje się ulepszyć, ale nadzieja, że w cenie poloneza można mieć jaguara, przynosi tylko frustrację.
Także przy wszystkich zastrzeżeniach do oświaty – jak na podatkowe pieniądze, które wydajemy, kupujemy dzieciom niezłą szkołę. Dzieje się to kosztem niedopłaconych pracowników, ale jak na tę cenę ich praca jest dobra. Co więcej, rankingi i tu nie potwierdzają lepszej efektywności sektora prywatnego. Przyczyn jest wiele (tradycja, rekrutacja, zasoby intelektualne), ale nawet prywatne licea, których przewaga konkurencyjna wydaje się oczywista – wyższe płace, mniejsze klasy, a infrastruktura nie gra dużej roli – nie wyparły publicznych szkół z czołówki.
Słabość białego szczytu wynika nie tylko z kryzysu neoliberalnej pewności forsującej totalną prywatyzację konsumpcji i życiowego ryzyka. Równie ważną słabością jest próba wyjęcia ochrony zdrowia z kontekstu. Jak nie da się rozmawiać o ochronie zdrowia, nie pytając o skutki dla budżetu, tak nie da się, nie uwzględniając procesów, jakie zmiany w służbie zdrowia wywołają gdzie indziej.
Ochrona zdrowia, bezpieczeństwo i edukacja w największym stopniu kształtują i są kształtowane przez system wartości. Im większą rolę grają tu pieniądze, tym większa jest ich rola w całym życiu społecznym. Jest to istotne nie tylko dla idealistów, ale też dla budżetu i funkcjonowania państwa. Im większa będzie skala prywatnego finansowania w oświacie i służbie zdrowia, tym większa będzie presja płacowa gdzie indziej.
Żołnierze, nauczyciele, pielęgniarki, policjanci i urzędnicy też przecież chorują i muszą kształcić dzieci. Warto zbadać, czy współpłacenie lub płatne ubezpieczenia nie spowodują presji płacowej, której koszty okażą się większe od dodatkowych dochodów.
Jeszcze groźniejsze są długookresowe zmiany w hierarchii wartości. Państwo demokratyczne zawsze kiepsko płaci. Wiele prac, które oferuje, ma jednak pozamaterialne powaby. Nauczycielem, pielęgniarką, policjantem, żołnierzem, lekarzem, prokuratorem, strażakiem czy sędzią często jest się z pobudek niematerialnych. Dlatego możemy mieć nauczyciela za 1000 złotych miesięcznie, a pielęgniarkę nawet za 800.
Ta skłonność ma jednak granice. Niewiele osób wybierze taki zawód, jeśli ceną będzie niemożliwość leczenia lub kształcenia dzieci. Im bardziej obciążymy prywatne budżety kosztami leczenia i edukacji, tym bardziej będziemy ryzykowali zastąpienie „powołania” przez dobór negatywny w sektorze budżetowym, gdzie już ten problem istnieje. Trzeba naprawdę dużej determinacji, żeby po studiach pójść za 800 złotych do szkoły zamiast za 1800 do biura albo sklepu.
W edukacji przybiera to tragikomiczne formy, gdy nauczyciel po lekcjach biegnie do sklepu albo na budowę, by zarobić na życie. Każde wzmocnienie postaw materialistycznych spowoduje, że tej determinacji trzeba będzie więcej. A każde silniejsze powiązanie zaspokojenia potrzeb zdrowotnych z możliwościami prywatnych budżetów wzmocni motywacje materialistyczne. Model ochrony zdrowia w istotnym stopniu określi więc także przyszłość polskiej oświaty i całego aparatu państwa. A one określą przyszłość polskiej gospodarki.
Interes polityczny i interes publiczny
Tu widać sprzeczność między interesem politycznym – krótkookresowym, a publicznym – długookresowym. W skali społecznej i perspektywie długookresowej nie ma np. inwestycji lepszej niż edukacja. Ale dla rządu jest to tylko koszt. Obecni ministrowie będą na emeryturze lub na tamtym świecie, gdy dzisiejsze inwestycje w oświatę przyniosą efekty gospodarcze. Wydatki zaś natychmiast wymuszą cięcia w innych pozycjach lub zwiększenie podatków. Żaden rząd nie ma więc interesu w tym, by inwestować w oświatę, choć jest to interes każdego społeczeństwa. Jeśli nasze dzieci zostaną lepiej wykształcone i za 20 lat będą miały lepsze szanse w globalnej konkurencji, skorzystają również dzisiejsi ministrowie, ówcześni emeryci.
Biały szczyt to dobry pomysł. Ale trzeba tą drogą pójść dalej
Reformy służby zdrowia nie da się oderwać nie tylko od planów wobec edukacji, ale też od wymiaru sprawiedliwości, armii i emerytur. Absurd resortowego partykularyzmu jest tu oczywisty. Nie jest to jednak słabość nieprzezwyciężalna. Trzeba zrobić tylko jeden duży krok dalej. Przejść od białego szczytu do budowania generalnego kompromisu społecznego.
Musi to być kompromis, bo potrzeby są we wszystkich grupach wyższe niż możliwości systemu. Musi on być generalny, bo dominacja jakiejkolwiek grupy zniweczy sens zmiany (pielęgniarka straci, co zyskała, jeśli skutkiem podwyżki będzie obniżenie poziomu oświaty dla jej dzieci, wzrost ceny lekarstw, które bierze, czy skok przestępczości). Musi on być społeczny, bo polityczny horyzont jednej czy dwóch kadencji nie wystarczy, żeby rozwiązać jakikolwiek istotny problem społeczny, a zwłaszcza by otrzymać owoce zmiany.
Najważniejsze argumenty za są jednak inne. Skoro tracimy złudzenie pewności i proste recepty, to – jak wyraził się filozof Slavoj Żiżek – „znów mamy prawo myśleć”. To zaś, co w filozofii jest prawem, w polityce staje się obowiązkiem. Skoro jednak powraca świadomość niepewnego wyniku każdej naszej decyzji oraz skutków wykraczających poza polityczny mandat, fundamentalne decyzje powinny być podejmowane w warunkach szerokiej zgody. Gdy już wiemy, że skutki każdej decyzji będą w jakimś okresie lub stopniu rozczarowujące, trzeba stworzyć bariery dla działającego od lat mechanizmu, który konieczne adaptacje systemu zamienia w rewolucje budujące od zera.
Idealny parlament byłby zdolny do osiągnięcia takiego porozumienia. Ale sejmowi daleko do ideału. Mediatyzacja i dzika konkurencja zniszczyły zdolność do merytorycznej debaty i kooperacji. Poza sytuacjami zupełnie wyjątkowymi teatralizacja zachowań obliczona jest na uzyskanie efektów medialnych, a nie na rozwiązanie problemu. Nie unieważnia to parlamentaryzmu jako najlepszego ustroju, ale zachęca do szukania mechanizmów pomocnych w szczególnych sytuacjach.
W obliczu kryzysu pewności, rosnącej współzależności, narastania sprzeczności między interesem publicznym i politycznym kryzys w służbie zdrowia tworzy sytuację szczególną. Zwłaszcza że nigdzie nie zbudowano systemu trwale zadowalającego większość. Musimy więc wybrać wariant niezadowolenia, który nam kulturowo najmniej nie odpowiada.
By ten wybór był trwały, musimy dokonać go wspólnie. Skoro w parlamencie jest to niemożliwe ze względu na jego konfrontacyjną kulturę, musimy użyć mechanizmu, który konfrontację zamieni w kooperację. Komisja Trójstronna takim mechanizmem nie jest, bo w proces negocjacji nie włącza opozycji, więc jej decyzje skazane są na nietrwałość. Co gorsza wytworzyła też konfrontacyjny model działania, w którym pracodawcy bronią się przed żądaniami związków lub na odwrót. Obie strony dążą do jednostronnych korzyści i w rezultacie rząd sam podejmuje decyzje. Żeby konfrontację choć częściowo zastąpić kooperacją, trzeba się odwołać do mechanizmu, który sprawdził się w wielu krajach, także w Polsce. Jest to mechanizm okrągłostołowy, w którym podzieleni na grupy robocze oponenci za zamkniętymi drzwiami wypracowują rozwiązania, a potem bronią ich w swoich środowiskach. W odteatralizowanej rzeczywistości grupy zadaniowej mechanizmy konfrontacyjne stopniowo zamieniają się w mechanizm kooperacyjny.
Sukcesy jednych grup popychają do porozumienia inne. Stworzone wspólnie rozwiązania angażują tych, którzy je współtworzyli. Uczestnicy coraz lepiej czują, że sukces procesu będzie ich sukcesem, a jego porażka będzie ich porażką. Z przeciwników stopniowo zmieniają się więc w rycerzy wspólnej sprawy. By taki proces miał sens, trzeba do niego włączyć nie tylko środowiska tworzące Komisję Trójstronną (rząd, pracodawców i związki), lecz także opozycję parlamentarną i pozaparlamentarną, samorządy, trzeci sektor, świat akademicki. Biały szczyt jest tak skonstruowany. Komitet sterujący pod kierunkiem prof. Marka Safjana z udziałem min. Anny Fotygi, min. Ewy Kopacz, min. Michała Boniego, min. Zbigniewa Religi, to w polskim systemie politycznym ważny eksperyment. Skoro różne strony zgodziły się wziąć w nim udział, może zgodzą się go rozszerzyć i zacząć budowanie kultury konsensu. Dopiero gdy on powstanie, będzie sens przedstawiać go parlamentowi.
Moment jest idealny, bo wszyscy są zmęczeni chaosem. Każdy rozumie, że nie warto uchwalać reformy na trzy lata, by po wyborach zmiótł ją nowy parlament. Wszyscy wiemy, że jeśli po każdych wyborach będziemy na nowo organizowali służbę zdrowia, oświatę, media publiczne, prokuraturę, służby specjalne itp., nigdy nie zbudujemy niczego sensownego.
Zwołajmy „polski szczyt”. Innego wyjścia nie ma.
Autor jest publicystą tygodnika „Polityka”
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA