fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Triumf Lisa, kompromitacja Urbańskiego

Kierownictwo TVP musiało uznać potęgę pozycji rynkowej Lisa i jego siłę przyciągania. Choć więc dziennikarz ten latami wymyślał im od partyjnych urzędników, oni dzisiaj pokornie z nim rozmawiają – twierdzi publicysta
Prezes TVP Andrzej Urbański, podobnie jak choćby rzecznik praw obywatelskich Janusz Kochanowski czy inne osoby, które otrzymały stanowiska z partyjnego rozdania, jest dzisiaj w nieco dziwnej – a nawet na swój sposób zabawnej – sytuacji. Okazuje się, że nagle, w ciągu zaledwie kilku tygodni, zniknęły wszystkie ograniczenia obowiązujące go w momencie obejmowania stanowiska. Odkąd PiS przeszło do opozycji, otrzymał wolność, której dotychczas nie miał. I tak szef publicznej telewizji nie musi być już propagandzistą partii rządzącej, lecz może krytycznie patrzeć rządzącym na ręce, z pożytkiem i dla samej telewizji, i dla widzów.
Pewnie wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że Andrzej Urbański doszczętnie się skompromitował i zawiódł na stanowisku prezesa TVP. Wszyscy pamiętamy, że przez ponad rok konsekwentnie dochowywał wierności Jarosławowi Kaczyńskiemu, a nie polskiej opinii publicznej i widzom. Jednym słowem, dał ciała w najważniejszym momencie.
Poza tym Andrzej Urbański ma jeszcze jeden problem – jako jedyny szef polskiej telewizji publicznej został skrytykowany przez OBWE za to, że w czasie kampanii wyborczej naruszył zasadę proporcjonalności w dostępie partii do czasu antenowego. Tym samym złamał najbardziej podstawową i świętą zasadę, za co jego nazwisko zostało w środowisku dziennikarskim okryte hańbą na wiele lat. Dla mnie to wystarczający powód, aby odwołać go z pełnionej funkcji bez poszukiwania dalszych pretekstów, bez zmiany ustawy medialnej czy jeszcze innych dziwnych chwytów, jakie stosuje teraz Platforma.
Andrzej Urbański próbuje się bronić, pokazując, że ściąga do telewizji gwiazdy
To, że w tej chwili w pożyczonym czasie, jaki mu jeszcze pozostał, obecny szef TVP próbuje zatrzeć wrażenie po swoim kompromitującym zachowaniu poprzez głośne podkreślanie tego, jakim jest profesjonalnym i obiektywnym prezesem, bo zatrudnił takiego czy innego dziennikarza, jest już bez znaczenia. Wszystko to dzieje się za późno.
Ponadto zupełnie nie rozumiem reakcji środowiska dziennikarskiego na wieść o tym, że to właśnie Tomasz Lis będzie pracował w telewizji publicznej. Ludzie chyba nieco wspak interpretują dosyć jasne zachowania wszystkich zainteresowanych. Po pierwsze, oczywiste jest, że Andrzej Urbański próbuje się bronić, pokazując, iż ściąga do telewizji gwiazdy i buduje ponadpartyjną telewizję, pluralistyczną, na zasadzie: trochę ognia, trochę wody. Po drugie, jednakowo oczywiste powinno być to, że więcej na tym transferze zyska sam Lis niż TVP.
Tomasz Lis w tym samym czasie negocjował kontrakty z dwiema stacjami telewizyjnymi. Telewizja publiczna, będąc potężną, jedną z największych telewizji publicznych w Europie, złożyła mu atrakcyjną finansowo ofertę gwiazdorską, która na rynkach zachodniej Europy nie jest niczym specjalnym. I w tym, że kolega Lis ją przyjął, nie ma absolutnie nic nadzwyczajnego. W końcu jest przecież gwiazdą telewizyjną – nie tylko dobrym newsmanem, ale także komentatorem politycznym, menedżerem i człowiekiem potrafiącym robić dobry show. Przy czym nie sądzę, aby zanim przyjął tę ofertę, spędził nie wiadomo ile czasu, zastanawiając się nad politycznymi aspektami swojej decyzji.
Zarzuty, że Lis przez dwa lata nie szczędził telewizji publicznej słów krytyki, a dzisiaj sam będzie w niej pracował, także są w moim odczuciu niezbyt trafione. Nie wydaje mi się, by Lis odszczekał cokolwiek z tego, co mówi na temat telewizji publicznej pod rządami Andrzeja Urbańskiego, albo automatycznie wycofał się z któregokolwiek punktu krytyki jej funkcjonowania przez ostatni rok. Co więcej, to telewizja publiczna uznała potęgę jego pozycji rynkowej i jego siłę przyciągania widzów, ponieważ pomimo to, że Lis latami wymyślał jej władzom od partyjnych urzędników, oni dzisiaj pokornie z nim rozmawiają i oferują mu niemałe pieniądze. Z tego punktu widzenia jest to raczej wielki triumf Tomasza Lisa aniżeli jego porażka, jak niektórzy chcieliby to postrzegać.
Mariusz Ziomecki jest redaktorem naczelnym Superstacji, wcześniej był szefem „Przekroju” oraz „Super Expressu”.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA