fbTrack

Film

Pewnego razu w Anatolii - recenzja

"Pewnego razu w Anatolii"
Stowarzyszenie Nowe Horyzonty
Od piątku na ekranach fascynująca opowieść "Pewnego razu w Anatolii" - Barbara Hollender
W tym filmie nic nie jest łatwe. Nuri Bilge Ceylan zabiera widzów w podróż przez noc. Dosłownie i w przenośni. Zobacz fotosy z filmu
W ciemnościach tylko reflektory samochodów rzucają odrobinę światła na drogę wijącą się wśród pagórków Anatolii. Kawalkada co jakiś czas zatrzymuje się, z aut wysypują się mężczyźni. Policjanci, komisarz, lekarz sądowy, podobny do Clarka Gable'a prokurator ze stolicy, który rano musi wrócić do Ankary. Jest też mężczyzna, który przyznał się do zabójstwa dokonanego podczas libacji. Szukają ciała, które zakopał gdzieś wśród pól. Był zbyt pijany, żeby zapamiętać miejsce. Dlatego teraz próbują je odnaleźć, niemal po omacku.

Skrywane traumy

O morderstwie i jego przyczynach wiemy jednak niewiele. "Pewnego razu w Anatolii" to film o współczesnej prowincji tureckiej. Całkowicie realistyczny. Mężczyźni w samochodzie prowadzą takie rozmowy, jakie zdarzają się o drugiej nad razem, kiedy wszyscy chcą, żeby nużąca eskapada wreszcie się skończyła i można było wrócić do domów. Prawdziwe są sceny wizyty "notabli z miasta" u wiejskiego sołtysa, który mówi: "Trzeba morderstwa, żebyście do nas zawitali". Kiedy kilku rosłych policjantów usiłuje wpakować odnalezione ciało denata do bagażnika pełnego łopat i kanistrów – ciarki przechodzą po plecach.
A przecież przez te naturalistyczne obrazy przebija coś ulotnego i nieoczywistego. Prokurator opowiada o kobiecie, która zapowiedziała dzień swojej śmierci i umarła tuż po przebiegającym bez żadnych komplikacji porodzie. Komisarz po dodatkowym przesłuchaniu częstuje podejrzanego papierosem. Przedtem mówił, że na taki dar "trzeba zasłużyć", co więc usłyszał? Lekarz w pustym domu przegląda w laptopie stare zdjęcia, z których uśmiecha się do niego młoda żona. Domniemany morderca ma na twarzy wypisaną wielką życiową przegraną. Wdowa po ofierze patrzy na prowadzonego przez policję zabójcę, ale w jej spojrzeniu nie ma nienawiści. "Pewnego razu w Anatolii" jest też subtelną, pozbawioną sentymentów, uniwersalną opowieścią o współczesnej moralności. Każdy tutaj ma swoje tajemnice. Tragedie skrywane pod rutyną codzienności. W czasie rozmów, w mimochodem rzucanych uwagach i pozornie nieważnych pytaniach wychodzą one na jaw. Podobnie jak marzenia obudzone przez córkę sołtysa – pięknego anioła, który przy blasku świec, bez słów, daleki i nieosiągalny, podaje mężczyznom gorącą herbatę.

Jak Kieślowski

Twórczość Nuri Bilge Ceylana przywodzi na myśl dzieła Krzysztofa Kieślowskiego. Polski artysta na Krakowskim Przedmieściu i w blokach na Ursynowie nakręcił "Dekalog", który przemówił do widzów w Europie, Ameryce, Azji. Filmy Ceylana tkwią w obyczajowości i tradycji Turcji zawieszonej między Wschodem a Zachodem, między przeszłością a teraźniejszością. A jednocześnie są zrozumiałe pod każdą szerokością geograficzną, opowiadają o samotności, zagubieniu, mijaniu się ludzi.

Klimaty świata

W "Uzaku" dwaj mężczyźni – znany fotografik i jego bezrobotny kuzyn z prowincji – są takimi samymi życiowymi wrakami. W "Klimatach" dojrzały mężczyzna, profesor uniwersytetu, i jego studentka, kochają się i nawzajem potrzebują, a jednak nawet przed sobą nie potrafią się do tego przyznać. Prosty kierowca z "Trzech małp" na własnej skórze przekonuje się, że w świecie pełnym brudu amoralność może się opłacać i zaakceptuje zło. Bohaterowie "Pewnego razu w Anatolii" – zagubieni wśród nieprzystających do rzeczywistości prawnych procedur i skrywający własne traumy – mogą z tamtymi ludźmi stanąć w jednym szeregu. Ceylan, chłopak z niezamożnej rodziny, który wyrwał się z małego miasteczka, by studiować elektronikę, zadebiutował w kinie, mając 36 lat. Pierwsze filmy "Miasteczko" i "Majowa chandra" były całkowicie autobiograficzne. Następne też wyrastają z jego doświadczeń i przemyśleń. Ceylan sam pisze scenariusze, reżyseruje, przygotowuje scenografię, montuje, w "Klimatach" zagrał też, obok swojej żony, główną rolę. Jego obrazy mają powolny rytm. Długie ujęcia pozwalają przyjrzeć się światu, w którym nie wszystko ma swój sens. W "Dawno temu..." jest piękna scena: z drzewa spada jabłko, toczy się po ziemi, wpada do strumienia, płynie z jego biegiem. Widz oczekuje, że zgodnie z filmowymi schematami powinno pokazać miejsce ukrycia ciała. Ale nie. Ono po prostu zatrzymuje się przy kamieniach. Tak, jak to bywa w życiu. Ceylan przypomina, że nie wszystko jest logiczne, nie wszystko czemuś służy. Są zdarzenia i uczucia, których nie da się zdefiniować i skategoryzować. I życie człowieka też czasem toczy się jak to jabłko z Anatolii... – Nie chcę nikogo przekonywać ani niczego wyjaśniać – mówi mistrz budowania nastrojów Nuri Bilge Ceylan. – Ja tylko obserwuję życie. Jak ktoś, kto rozgląda się w kawiarni i zastanawia się, kim są ludzie siedzący przy stoliku obok, co ich łączy, jakie mają problemy. Takie jest właśnie jego kino. Pozbawione dydaktyzmu, pełne tolerancji, uważnie rejestrujące kondycję współczesnej Turcji i współczesnego świata.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL