fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Banki

Światowe banki: stan alarmowy

Fotorzepa, Dariusz Majgier DM Dariusz Majgier
Gigantyczne straty bankowych potentatów mogą pociągnąć w dół całą światową gospodarkę. Z szafy wypadają kolejne trupy. Jeden z największych amerykańskich banków inwestycyjnych Merrill Lynch stracił 15 mld dolarów na nietrafionych inwestycjach w kredyty hipoteczne – poinformował “New York Times”.
Łączne straty banków w Europie Zachodniej i USA przekroczyły już 80 mld dolarów. To niemal tyle, ile w ubiegłym roku wyniosły dochody polskiego budżetu. Za taką sumę można sfinansować np. cztery miesiące operacji wojennych w Iraku. Analitycy są zgodni: straty mogą okazać się jeszcze przynajmniej dwukrotnie większe.
Skutki tego kryzysu odczuwalne są w każdym zakątku świata, także w Polsce. W Warszawie indeks mWiG40 znalazł się w piątek na najniższym poziomie od 12 miesięcy, a od połowy 2007 r. spadł aż o 25 proc. – Straty powodują, że banki zaostrzają kryteria przyznawania kredytów. Grozi to spowolnieniem wzrostu gospodarczego na świecie – mówi “Rz” ekonomista banku ING z Londynu James Knightley. Wprawdzie polskie banki nie ponoszą strat, ale jeżeli światowa gospodarka spowolni, to i w Polsce wzrost PKB może być niższy.
Wśród oszczędzających widać panikę. Jeden z czytelników napisał do “Rz”: “W bankach radzą czekać ze sprzedażą funduszy inwestycyjnych, ale ja nie chcę stracić oszczędności całego życia. Proszę doradzić mi coś sensownego”. Co można doradzić? Analitycy są zgodni, że to jeszcze nie koniec zamieszania. Choć pod żadnym pozorem nie wieszczą bessy. – Wydaje się, że minie jeszcze trochę czasu, zanim giełdy odbiją w górę. Ale nikt nie jest w stanie powiedzieć, ile jeszcze trzeba czekać – mówi główny ekonomista Raiffeisen Banku Jacek Wiśniewski.
Na świecie trwa poszukiwanie winnych kryzysu. U jego źródeł leży pogoń instytucji finansowych za zyskiem. W ostatnich latach w Stanach Zjednoczonych trwał boom kredytowy, pożyczki hipoteczne udzielane były nawet osobom niemającym pracy, dochodów i wkładu własnego. – Sektor bankowy stał się fabryką kredytów. A regulacje za tym nie nadążały. Kredyty mógł sprzedawać facet spod budki z piwem, bez odpowiedniego wykształcenia – tłumaczy prof. Leszek Pawłowicz, dyrektor Gdańskiej Akademii Bankowej.
Jednocześnie instytucje udzielające takich kredytów emitowały obligacje. Kupowały je banki inwestycyjne na całym świecie. Potem łączyły je z innymi, bezpieczniejszymi obligacjami i wypuszczały dalej na rynek. W ten sposób powiększał się łańcuszek podmiotów posiadających papiery finansowe związane z amerykańskim rynkiem nieruchomości.
Bonanza się skończyła, gdy setki tysięcy Amerykanów przestały spłacać kredyty w reakcji na wzrost stóp procentowych. Nagle wartość papierów opartych na kredytach zaczęła gwałtownie topnieć.
Czy nikt nie przewidywał, że tak to się może zakończyć? – Banki zdawały sobie sprawę z ryzyka kupna tych papierów. Ale, jak powiedział były prezes Citigroup Charles Prince, każdy musiał tańczyć tak jak inni – mówi Wiśniewski.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA