fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Telewizja

Nie będę zaliczać festiwali

AKPA
Polski pop stał się niebezpiecznie zachowawczy. Muzycy starają się sprostać wymaganiom rozgłośni radiowych, chcą, żeby piosenka była „okrągła”, żeby dobrze się jej słuchało, żeby nie przeszkadzała w pracy... W zbliżeniu Natalia Kukulska
Poprzednim albumem składała pani hołd mamie, a nowa płyta brzmi nowocześnie i światowo. To znaczy, że pożegnała się pani z mamą jako muzyczną patronką?
Album „Po tamtej stronie” wydawał mi się godnym zamknięciem pewnego etapu. Zawierał kilka piosenek w moim wykonaniu i kompilację moich ulubionych utworów z repertuaru mamy. To subiektywna pamiątka, ale chyba ciekawa dla fanów. Nigdy nie czułam, że mama jest moją patronką muzyczną, ale trzeba było trochę czasu, żeby niektórzy zobaczyli we mnie samodzielną artystkę. Myślę, że to udało się już przy albumie „Puls”. Ale „Sexi Flexi” jest płytą naprawdę wyzwoloną. I wyznaczającą puls współczesności. Tymczasem ostatnio mieliśmy w Polsce serię płyt odwołujących się do lat 60., akustycznych brzmień, tradycyjnego bluesa. Takie albumy wydali Tomasz Makowiecki, Ania Dąbrowska, Katarzyna Nosowska.
Na mojej płycie znajdują się wszystkie te elementy. Jest kilka utworów częściowo akustycznych. „Sexi Flexi” to nie „Seksmisja” ani wizja przyszłości. Jest nowoczesna w sferze brzmień, ale nieraz nawiązuje do moich inspiracji, przede wszystkim Michaela Jacksona, Prince’a i Steviego Wondera. Interesuje mnie zestawianie tego, co było, z nowymi technicznymi możliwościami. Tak robi brytyjska grupa Groove Armada, którą bardzo cenię. Sentyment do ikon lat 80. i 90. jest dość powszechny wśród dzisiejszych trzydziestolatków. Czy naprawdę po Jacksonie i Wonderze nie pojawił się nikt genialny? A skąd, było mnóstwo talentów! Ale tak jak mój tata uważa za swe najważniejsze inspiracje twórczość The Beatles i muzykę lat 60., tak ja — lata 80. Wtedy po raz pierwszy słuchałam muzyki na własny rachunek. Nie trafiałam na nią przypadkowo, mówiłam: „Tato, kup mi płytę Michaela. Tego Michaela, który wisi u mnie na ścianie”. Wracam do mojej tapety w pokoju przy ulicy Reymonta na warszawskim Żoliborzu. Od wydania poprzedniej płyty minęły cztery lata. W tym czasie pojawił się fenomen internetowych serwisów muzycznych, dramatycznie zmniejszyła się sprzedaż płyt i rola wytwórni. Podoba się pani ta rewolucja? I tak, i nie. Kiedy wydawałam album „Puls”, tytuł Złotej Płyty przyznawano za 50 tysięcy sprzedanych egzemplarzy, teraz wystarczy 15. Szkoda, że ludzie nie kupują płyt. Natomiast nowe sposoby zarabiania — na rozpowszechnianiu muzyki w Internecie — już się kształtują. To tylko kwestia przeniesienia punktu ciężkości. Jako słuchaczka jestem podbudowana tym, co oferuje Internet. Dał mi niezależność. Odbiorcy muzyki dzielą się na dwie grupy. Większość jest bierna, czyli przyjmuje to, co do niej dociera przypadkiem przez radio albo jest wystawione na pierwszej półce w sklepie. Ja należę do drugiej grupy, która szpera i szuka. I uważam portale MySpace i YouTube za coś cudownego, znalazłam tam fantastycznych artystów. Zyskałam dostęp do muzyków, których nigdy bym nie poznała, bo kto ma czas, żeby objeżdżać świat i odwiedzać undergroundowe kluby? Czy na naszym podwórku też dużo się zmieniło? Kiedy Jennifer Lopez wydaje płytę po kilkuletniej przerwie, musi się mierzyć z nowymi, młodszymi konkurentkami. A pani? Przybyło wielu dobrych wykonawców, takich jak Ania Dąbrowska. Nie wszyscy odnieśli sukces komercyjny, ale zaznaczyli swoją osobowość. Zauważyłam jednak, że polski pop stał się niebezpiecznie zachowawczy. Muzycy starają się sprostać wymaganiom rozgłośni radiowych, chcą, żeby piosenka była „okrągła”, żeby dobrze się jej słuchało, żeby nie przeszkadzała w pracy... I szybko wpadała w ucho. Piosenki z mojej nowej płyty też szybko wpadają w ucho, ale dla niektórych stacji radiowych okazały się wręcz awangardowe. Grają je tylko nieliczne rozgłośnie. Nie wpraszam się i nie narzekam. Liczę, że płyta obroni się sama. Ale ta hermetyczna postawa radiowców mnie dziwi. Wynika z uprzedzeń i rozczarowuje mnie nie tylko jako wokalistkę, ale i jako słuchacza. Nie rozumiem, dlaczego u nas powstało tak mało niezależnych rozgłośni radiowych. W Hiszpanii samych stacji jazzowych jest dużo. W Polsce, choć jesteśmy jednym z największych krajów w Europie, panuje monotonia. Brakuje poczucia, że radio może kreować gusty. Doszłam do wniosku, że albo będę w to grała, zaliczała wszystkie festiwale w długich sukniach, chodziła na salony i prowadziła programy telewizyjne, albo postawię na swoim. Już tytułowy utwór „Sexi Flexi” pokazuje mnie z innej strony, a to dopiero pierwszy singiel. Ale czy naprawdę stawia pani na swoim? Powierzyła pani płytę dwóm młodym producentom, byłym członkom Sistars — Bartkowi Królikowi i Markowi Piotrowskiemu. Ile na tym krążku jest z pani? Jest jak w tytule jednej z piosenek, czyli „Pół na pół”. Wzajemnie się inspirowaliśmy, każda piosenka to efekt pracy trzyosobowego zespołu. W Polsce mówienie o producentach muzycznych jest czymś nowym, poza tym ich rola stała się ostatnio większa, bo zmieniła się technologia powstawania muzyki. Przychodziłam do studia jak równy zawodnik, korzystałam z dużej wiedzy Bartka i Marka, ale przynosiłam własne pomysły. Byliśmy otwarci i po prostu muzykowaliśmy. Chcieliśmy nagrać pop, który rodzi się z przyjemności żonglowania dźwiękami, w którym jest luz i zabawa. Postanowiliśmy, że nie będzie przeładowany dźwiękami. W wielu piosenkach w warstwie wokalnej jest wręcz minimalistyczny. Nie za daleko poszła pani na kompromis? Ma pani duże możliwości wokalne, ale na płycie to tricki producenckie są na pierwszym planie. Nie, na pierwszym planie jest pomysł na piosenkę, dlatego mój głos bywa używany jak jeden z instrumentów. Ale są i takie utwory, w których pokazuję, co potrafię. Tyle że ja już się w przeszłości naśpiewałam. A później czasem męczyłam się, słuchając tych nagrań. Tutaj działa nie tylko głos, ale też muzyka i rytm. Nie sztuką jest odsłanianie wszystkiego, co się ma. Lubię słuchać płyt, w których dostrzegam zamysł i inteligencję muzyczną. A nie było konfliktów? Ktoś musi mieć ostatnie słowo.Był taki moment, kiedy usiedliśmy do poważnej rozmowy, bo chłopcy uznali, że przestałam im ufać. Coraz bardziej walczyłam o własne pomysły, a oni uważali, że jako producenci powinni decydować. Zaufałam im, bo bardzo podobało mi się to, co robili wcześniej z Sistars. Naradzaliśmy się wspólnie, ale to oni stawiali kropkę nad i. Mimo to „Sexi Flexi” jest najbardziej autorską z moich płyt, nie tylko śpiewam, mam swój wkład w kompozycje i teksty. Na poprzednich albumach słychać było, że traktuje pani muzykę bardzo poważnie. Tutaj się nią pani bawi. Skąd ta zmiana? Po ostatniej płycie solowej czułam się niespełniona. Wydawało mi się, że zrobiłam świetny album, ale nikt go nie docenił. Pomyślałam, że nigdzie mi się nie spieszy. Koncertowałam, urodziłam dziecko, nie chciałam podpisywać kontraktu płytowego. Czekałam na spokojny czas, kiedy z planem B skupimy się na muzyce. I nabrałam dystansu. Doszłam do wniosku, że traktowałam śpiewanie zbyt serio, sama sobie podcinając skrzydła. Na tej płycie nie jestem już artystką poszukującą, wybrałam muzykę oddającą moment, w którym się znajduję. Nie śpiewa tu pani intymnych tekstów. Nie, ale napisałam je i nietrudno z nich wyczytać mój nastrój. Bije z nich afirmacja życia i radość z prostych rzeczy. Opowiadam o ważnych drobiazgach, bo nie mam dziś wielkich oczekiwań i wymagań. W warstwie emocjonalnej ta płyta jest bardzo szczera, pokazuje, skąd czerpię siłę. Podstawą mojego szczęścia jest rodzina. Gdyby nie to, że mam dwoje cudownych dzieci i fantastycznego męża, nie mogłabym nagrać takiego albumu. Jak pani reaguje na swoje stare nagrania? Różnie. Zauważyłam, że część fanów była urażona, gdy skrytykowałam dawne piosenki. Nie odcinam się od przeszłości, ale tamte płyty są jak legitymacja szkolna. Mogę się do nich tylko uśmiechać z sentymentem. Myślę, że mam w repertuarze kilka piosenek ponadczasowych, ale są i takie, które się zestarzały i mogę je opisać tylko jednym słowem — obciach. Nie biczuję się za to, co robiłam, myślę o tym, co jeszcze przede mną. Jak wyobraża pani sobie przyszłość muzyki? Jestem jej bardzo ciekawa, ale nie mam złudzeń. Historia kołem się toczy. W popie nie można tak wiele wymyślić. Przykładem jest nowa płyta Alicii Keys, która stosuje wręcz dosłowne cytaty z czyjejś twórczości i nie boi się zestawień z tak ważnymi utworami jak „No Woman, No Cry” Marleya. Używa bardzo ryzykownych brzmień, nawet z pogranicza kiczu. Ale jednocześnie tworzy nową muzykę, jej prawdziwa wartość objawi się najwcześniej za kilka lat. Faktyczne umiejętności artysty najlepiej weryfikuje występ na żywo. Albo muzyk wychodzi na scenę i pociąga publiczność swą charyzmą, albo go po prostu nie ma. Natalia Kukulska w Sylwestrze z Dwójką (TVP 2, poniedziałek, godz. 20.55, 22.00, 22.55, 0.35)
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA