fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

W demokracji warto głosować

Janusz Czapiński
Fotorzepa, Danuta Matloch Danuta Matloch
Kiedy ludzie, którzy tworzyli nasz system polityczny, jak Jan Maria Rokita lub Ryszard Bugaj, publicznie mówią, że nie pójdą na wybory, to się we mnie gotuje. Moim zdaniem to tak, jakby sami sobie pluli w twarz – uważa psycholog społeczny
Jeżeli mielibyśmy zakładać, tak jak to zrobił Ryszard Bugaj, że pójście na wybory jest równoznaczne z akceptowaniem patologii w polskiej polityce, to przynajmniej 90 proc. obywateli nie powinno wziąć udziału w wyborach. Gdybyśmy mieli się zgodzić z takimi argumentami, na wybory poszliby tylko ci, którzy w nich kandydują na posłów i senatorów, idąc tym tokiem myślenia, dochodzimy do parodii systemu demokratycznego.

Niech się pali

Politycy nie mogą podważać istoty systemu demokratycznego, zwłaszcza ci, którzy go współtworzyli, a do nich należy Ryszard Bugaj. Tekst, w którym twierdzi, że nie pójdzie na wybory, jest jak protest trzyletniego dziecka, które wie, że coś mu się nie podoba, ale nie potrafi powiedzieć, co by mu odpowiadało. Dorośli ludzie, w dodatku aktywni politycznie i od lat zaangażowani w tworzenie demokracji, nie mogą wygłaszać takich poglądów, bo dają zły przykład potencjalnym wyborcom, w dodatku tym ukształtowanym i mającym wiedzę oraz własne preferencje w stosunku do konkretnych partii. Jak mój sąsiad powie, że nie pójdzie na wybory, to pomyślę: Dobrze, nie idź, skoro jesteś wkurzony. Ale jak to mówią publicznie ci, którzy tworzyli ten system, tak jak Jan Maria Rokita albo Ryszard Bugaj, to się we mnie gotuje. Moim zdaniem to tak, jakby sami sobie pluli w twarz. Można nie widzieć w zestawie kandydujących swojego idealnego przedstawiciela, jednak z tego nie można wyciągać wniosku: Niech się pali, niech się wali, niech się system załamie! A do kraju niech wejdą Chińczycy i wprowadzą totalitaryzm. Polityk, jakim jest Bugaj, nie może ujawniać swoich emocji.
Na razie nie wymyślono lepszego systemu niż demokratyczny i to już jest powód, by głosować. Ci, którzy kandydują, są z tego ludu. Jeśli wśród kandydujących nie ma tych, którzy w pełni odpowiadali naszym wyobrażeniom, to nie znaczy, że nie ma też takich, którzy reprezentowaliby nasz antyinteres.

Za i przeciw

Wybory zawsze mają charakter pozytywny i negatywny. Jedni chcą utrącić jakichś kandydatów, nie chcą dopuścić ich do władzy, ale są też tacy – chociaż w Polsce w mniejszości – wybierający kandydata, który reprezentuje najbliższy im światopogląd. Takimi wyborcami byli ci, którzy głosowali na Ruch Palikota. Podobały im się hasła, tj. legalizacja marihuany czy wyrażenie chęci walki z Kościołem (nie twierdzę, że ten sposób wybierania jest równoznaczny z byciem wyrobionym, ukształtowanym, dojrzałym wyborcą, który się zastanawia, jak powinien wyglądać system w Polsce, jak powinna wyglądać Polska). Natomiast wyborcy PiS głosowali w głównej mierze przeciwko Platformie Obywatelskiej, a wyborcy Platformy głosowali, by nie wygrał PiS. Jednak oni spośród 30 mln mających czynne prawo wyborcze stanowią mniejszość. Nie jestem zwolennikiem obowiązkowego głosowania sankcjonowanego finansowo, jak dzieje się to np. w Belgii. Uważam, że na wybory powinni chodzić tylko ci, którzy się orientują, co dzieje się w polityce. Po pierwsze rozróżniają poszczególne partie, po drugie mają chociaż jakąś wiedzę o kandydatach, wyróżniają się orientacją polityczną, potrafią dostrzec powiązania między własnym życiem a tym, co reprezentują poszczególne ugrupowania.

Ruchome piaski

Nie przeraża mnie niska frekwencja w Polsce, ponieważ wiem, że świadomie głosujących jest niewielu i nie miałbym nic przeciwko, gdyby była jeszcze niższa, gdyż wiedziałbym wtedy, że na wybory nie idą ludzie, którzy głosują rytualnie – bez zastanowienia, bez wiedzy o własnym państwie. I to jedyny punkt, w jakim zgadzam się z Ryszardem Bugajem. Jednak taka argumentacja nie pozwala mu mówić, że on nie pójdzie na wybory, ponieważ nie jest takim bezmyślnym wyborcą. I w jego przypadku mówienie o zostaniu w domu w dzień wyborów jest formą perswazji wywieranej również na tych, którzy jakieś poglądy mają i powinni głosować. Znają funkcjonowanie mechanizmu wyborczego, ale są zachęceni do bierności przykładem Bugaja i Rokity. W Polsce scena polityczna nie jest zabetonowana, jak twierdzą niektórzy, to scena ruchomych piasków. Ci sami wyborcy, którzy głosowali na AWS, w kolejnych wyborach zagłosowali na SLD, to pokazuje ich niedojrzałość polityczną i chwiejność poglądów. Później ci sami zagłosowali na Prawo i Sprawiedliwość. To świadczy, że na wybory w naszym kraju chodzą ludzie o bardzo małej orientacji politycznej. Podejmują decyzje na podstawie haseł wyborczych. Wyrobiony wyborca nie zwraca uwagi na slogany, ale ocenia wiarygodność poszczególnych ugrupowań oraz to, co reprezentowały sobą w przeszłości, kładzie programy wyborcze i hasła partii na szali wraz z odważnikiem prawdziwości tego, co mówili politycy wcześniej, sprawdza, czy dotrzymali poprzednich obietnic.

Kalejdoskop

Moim zdaniem w Polsce ludzi, którzy potrafią dokonać takiej oceny, jest mniej niż 48 proc. – a tyle wyniosła frekwencja w ostatnich wyborach do Sejmu i Senatu. Chciałbym, by do wyborów w naszym kraju szli ci, którzy mają ugruntowane, wyrobione zdanie na temat wszystkich partii i ich polityków. Grupa wyrobionych wyborców powiększyłaby się, gdyby nastąpiła stabilizacja na scenie politycznej, bo jak dotąd wypełniona jest partiami efemerydami. Jedyna partia, która istnieje dłużej, to PSL. Gdzie dziesięć lat temu były Platforma Obywatelska i Prawo i Sprawiedliwość? Przeciętnemu Polakowi trudno sobie wyrobić zdanie, gdy ugrupowania zmieniają się jak w kalejdoskopie. To jest proces historyczny. By nastąpiła stabilizacja, konieczny jest upływ lat. Wtedy też zwiększy się liczba świadomych wyborców, a z nią frekwencja. Janusz Czapiński jest profesorem psychologii na Uniwersytecie Warszawskim,  w 2001 roku bez sukcesu kandydował w  wyborach do Senatu z ramienia SLD – UP
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA