fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Kryzys gospodarczy nie zabije Donalda Tuska

Eryk Mistewicz
Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
Problemy strefy euro nie dość, że wzmocnią premiera, to jeszcze mogą wspomóc niemrawą kampanię PO – twierdzi konsultant polityczny
W ciągu ostatnich kilkunastu lat tylko jedna formacja umacniała wizerunek ugrupowania pokazującego, że gospodarka jest jej bliska. To z niej wywodzili się wszyscy najznamienitsi ekonomiści. To do głosowania na nią wzywali eksperci, przedsiębiorcy, bankierzy i menedżerowie. To jej reprezentanci zaludniali programy ekonomiczne od TOK FM po TVN CNBC i zielone, a obecnie łososiowe, strony ekonomiczne "Rzeczpospolitej". To bez jej przedstawicieli trudno wyobrazić sobie Forum Ekonomiczne w Krynicy, polskie Davos.
Przez kilkanaście lat ugrupowanie pracowało na ten wizerunek. I jeśli każda z partii opisywana jest jednym słowem, to znakiem firmowym Platformy Obywatelskiej – co pokazują badania postrzegania partii – jest najgłębsza wiedza o mechanizmach gospodarki. PO w powszechnej świadomości to najsilniejszy z polskich ekonomicznych trustów mózgów – pod kierownictwem Donalda Tuska. Jeśli więc ktoś spośród polityków może opanować kryzys ekonomiczny, a przynajmniej ograniczyć jego skutki dla portfeli przeciętnych Polaków, to tylko obecny premier.

Zero wiedzy

Opozycja zaś nie ma nie tylko Tuska. Nie ma Lewandowskiego, Bieleckiego, Buzka, Szejnfelda, Bochniarz, Bauca, Kiljana (a gdy będzie trzeba, to i Olechowskiego, i Balcerowicza), najpopularniejszych komentatorów ekonomicznych, prezesów banków. Wygląda wręcz na to, że każdy, kto rozumie mechanizmy ekonomiczne, albo jest w PO, albo w obszarze jej wpływów, albo z tą partią sympatyzuje. I nie ma choćby jednego posła czy senatora opozycji, który mógłby godnie stawić im czoło.
Pierwsza partia opozycyjna, Prawo i Sprawiedliwość, może rzecz jasna oddelegować któregokolwiek z posłów czy senatorów do debaty na temat ekonomii i gospodarki. Żaden nie będzie jednak wiarygodny. Nawet jeśli będą mówili składnie, rozważnie, spokojnie i mądrze.
Na zbudowanie "twarzy ekonomicznej PiS" (co nie znaczy, że bez tej twarzy PiS nie poradzi sobie w wyborach) jest już za późno. Profesor Zyta Gilowska, minister finansów w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, nie spełnia zaś warunku bycia przekonującą w czasach demokracji telewizyjnej.
Druga partia opozycyjna, Sojusz Lewicy Demokratycznej, z trudem punktuje rządy Platformy. A jeśli już, to woli skupiać się na konserwatywnych ministrach, rywalach Grzegorza Schetyny w podziale władzy po jesiennych wyborach (Cezary Grabarczyk, Radosław Sikorski, Ewa Kopacz, ostatecznie także Donald Tusk). Co jest całkowicie zrozumiałe. Także SLD nie wypracował "twarzy gospodarczej", a osoby, które mogłyby firmować linię gospodarczą partii (choćby Jacek Piechota czy Wiesław Kaczmarek), dalekie są od Grzegorza Napieralskiego. Z młodych, wiernych szefowi SLD działaczy nie ma zaś nikogo, kto sprawdziłby się w tej roli.
Inne ugrupowania opozycyjne, rozpatrywane łącznie: Polska Jest Najważniejsza, Ruch Janusza Palikota i Obywatele do Senatu, dysponuje zaś co najwyżej – wciąż wspólnie – Krzysztofem Rybińskim. Jednak z wizerunkowego punktu widzenia popełnia on największy grzech, jaki może popełnić działacz opozycji: jest odbierany jako ten, który najbardziej przeszkadza rządowi w ratowaniu finansów państwa. Rybiński nie jest politykiem i najwidoczniej nie rozumie podstawowych mechanizmów komunikowania społecznego.

Wszystkie ręce  na pokład

W teatrze gestów liczą się komunikaty pokazujące siłę i kontrolę nad coraz bardziej skomplikowaną sytuacją, z koniecznością podejmowania decyzji na podstawie informacji dostępnych nielicznym. Decyzje, choćby tylko w warstwie komunikacyjnej. A więc: wezwanie do Pałacu Elizejskiego przez Nicolasa Sarkozy'ego premiera Francois'a Fillona i ministrów odpowiadających za sferę budżetową; odwołanie z urlopu przez Donalda Tuska Jacka Rostowskiego, ministra finansów. A więc: wszystkie ręce na pokład.
Takie podejście już skutkuje pierwszym poważnym wzrostem (o 3 proc., do najwyższego w ostatnim roku poziomu  36 proc.; badania IPSOS) popularności Sarkozy'ego. Nie zdziwiłbym się też, gdyby badania postrzegania Donalda Tuska także pokazały wzrost.
Opozycja zapomina o istotnym elemencie komunikacji: o postrzeganiu przez wyborców państwa jako wspólnoty. W takim ujęciu stojący na jej czele politycy są odpowiedzialni za jej pomyślność i podejmowanie wszelkich działań wymaganych okolicznościami. Lud – tak w przypadku Sarkozy'ego, jak i Tuska – chce lidera, człowieka, któremu wierzy. I którego rozliczy. Ale dopiero po kryzysie, po akcji ratunkowej.
 
Opozycja, która w trakcie akcji ratunkowej – choćby i (jak chcą jej politycy) na "Titanicu" – szabruje walizki (porównanie użyte przez Jacka Rostowskiego i Donalda Tuska w jednej z debat sejmowych), która rzuca kłody pod nogi rządzącym, utrudniając im walkę z kryzysem, nie zasługuje ani na szacunek, ani na głos w wyborach.
Twarde badania pokazują: wyborcy nie akceptują gry kwestiami gospodarczymi (a więc de facto zawartością portfeli wyborców) w trakcie kampanii. Lud nie chce czarnowidztwa. I nie akceptuje tych, którzy dewastują gospodarkę dla osiągnięcia własnych przyziemnych wokółwyborczych celów.
Jeśli więc nawet z punktu widzenia strategów PiS i SLD byłoby najlepiej, gdyby benzyna kosztowała ponad 10 zł, a cena franka przekroczyła granicę 5 zł, co pięknie wyglądałoby na oskarżycielskich, wycelowanych w rząd Tuska billboardach i spotach z opustoszałą lodówką, to gra taka nie zostanie zaakceptowana przez wyborców środka. Tych wyborców, których w strategiach marketingowych nazywa się wyborcami zdezorientowanymi, niechętnymi udziałowi w wyborach. A nie jest wielkim sekretem stwierdzenie, że to właśnie mobilizacja tych wyborców będzie decydująca dla wyniku wyborów.

Kto przeszkadza  Platformie

Dotychczas elektorat PO należy do najbardziej zdemobilizowanych. Nie ma powodu, aby poszedł do wyborów. Elektorat, który wyniósł Platformę do władzy, nie widzi zagrożenia czarną nocą totalitaryzmu. Lider głównej partii opozycyjnej przestał dla tegoż elektoratu utożsamiać zło wcielone (w badaniach pojawia się nawet współczucie dla niego po stracie najbliższych).
Akcja wymierzona w rząd Tuska prowadzona przed kilkoma miesiącami, gdy zdecydował się on na naruszenie aktywów menedżerów OFE, wciąż rezonuje zniechęceniem elektoratu Platformy i do swojej partii, i do polityki. Miesiąc krótkiej kampanii niewiele zmieni.
W tej sytuacji nie jest ważne, co PO zrealizowała i co jeszcze ciekawego deklaruje zrealizować w następnej kadencji, ale kto jej w tym przeszkadza. Takie ustawienie sceny należy do klasyki marketingu narracyjnego. Jeśli akcji ratowniczej Donalda Tuska i Jacka Rostowskiego, której celem jest trzymanie Polski z dala od kryzysu Europy, sprzeciwiać się będą siły ciemności, jeśli ich nierozważne działania zagrożą zasobności Polaków, ich sile nabywczej, kursowi franka, cenie paliw etc. – to może jest to powód (być może jedyny), aby udać się 9 października do urn i wspomóc tych, którzy znają się na gospodarce i są w stanie wydostać Polaków z opałów.
W strategii komunikacji masowej liczy się precyzja komunikatu. I PiS, i SLD są dziś na najlepszej drodze, aby nieudolnie atakując rząd w sprawie kryzysu, zmobilizować jego zwolenników. W takim wypadku kryzys strefy euro nie tylko nie osłabi rządu Donalda Tuska, ale wręcz przeciwnie: wzmocni premiera i wspomoże niemrawą kampanię PO.
Autor jest konsultantem politycznym, twórcą strategii marketingu narracyjnego, współautorem wydanej ostatnio "Anatomii władzy"
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA