fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Media i internet

Kryzys to dla nas czas na inwestycje

Fotorzepa, Rob Robert Gardziński
Magdalena Lemańska
Świat będzie teraz przechodził bardzo długi okres powolnego wzrostu - mówi w rozmowie z "Rz" Peter T. Grauer, prezes Bloomberga, jednej z największych agencji informacyjnych na świecie, wyspecjalizowanej w dostarczaniu informacjach gospodarczych
Rz: Widzi Pan różnice, jeśli chodzi o nastrój rozmów na temat gospodarki w USA i w Polsce?
Peter T. Grauer: Stany przechodzą przez trudny gospodarczo okres. Do tego wciąż mają problem z bezrobociem, sektorem finansowym i nieruchomościowym, więc to odświeżające uczucie pojawić się w kraju, w którym może chcielibyście mieć wyższy wzrost gospodarczy, ale te 4 proc. PKB, których oczekujecie i tak jest wyższe od 2 proc., o które walczą USA. Powodem, dla którego jestem tutaj, jest to, że Polska kontynuuje swoje wzrosty i według mnie świat chce więcej wiedzieć o tym kraju, niż dotychczas. Jego znaczenie w Europie Środkowo-Wschodniej rośnie. Dlatego rozwijamy tu naszą obecność.
Kryzys gospodarczy mamy już za sobą?
Nie. Świat, zwłaszcza jego najbardziej rozwinięta część, będzie teraz przechodził bardzo długi okres powolnego wzrostu. Myślę, że jesteśmy w samym środku tego procesu, zarówno w USA jak i Europie Zachodniej. Tak długo, jak USA będą wypadały poniżej oczekiwań, będzie to miało wpływ na wszystkie rynki. Powinniśmy też być świadomi, jaki wpływ na cały rynek może mieć rosnąca inflacja w krajach rozwijających się.
Jestem natomiast ogromnym optymistą, jeśli chodzi w tym kontekście o nas, bo zapotrzebowanie na informacje o tych wszystkich procesach rośnie ogromnie szybko.
Jak USA radzą sobie z kryzysem?
Stany maja sporą tradycję wychodzenia z trudnych sytuacji i jakoś zawsze w końcu znajdowały dobre rozwiązania, które pozwalały im przeć przed siebie. Zaangażowanie w rozwiązanie problemów USA jest bardzo szerokie. Poziomem zadłużenia publicznego interesuje się prezydent i jego administracja, zwłaszcza Tim Geithner i Ben Bernanke. W Kongresie mamy grupę Paula Ryana, Komisję Simpsona-Bowlesa, Grupę Sześciu. Takich grup będzie więcej, zwłaszcza wśród republikanów, w miarę, jak będziemy się zbliżać do wyborów prezydenckich w listopadzie 2012 roku. Wszyscy są skupieni na długu strukturalnym, bo przywróceniu USA stabilności finansowej pozwoliłoby napędzać temu państwu globalne wzrosty gospodarcze.
W USA też mówi się tyle o Grecji? W Europie wszystkie oczy są teraz skierowane na ten kraj.
Myślę, że wszystkie kraje rozwinięte dopiero będą musiały się zmierzyć z dużym problemem. Bo problem Grecji, który teraz rozwiązują Europejski Bank Centralny i Komisja Europejska, nie jest jedynym. Te same problemy mają Irlandia, Portugalia, Hiszpania... Interesujące jest to, co dzieje się we Włoszech, gdzie rośnie brak zaufania do Berlusconiego. Kraje rozwijające się, jak Chiny czy Turcja, walczą z kolei z inflacją. To, co dzieje się w Grecji, będzie miało oczywiście wpływ na światowy rynek kapitałowy, ale Grecja jest relatywnie skromnym graczem. Jestem przekonany, że EBC i KE znajdą na Grecję jakiś sposób, ale wszystkie kraje muszą znaleźć lekarstwo, które pozwoli gospodarce powrócić na właściwe tory.
Czego spodziewa się Pan po nowym szefie MFW?
Nie mam tu skrystalizowanego poglądu, ale to ciekawe, że Stanley Fischer został zdyskwalifikowany w tym konkursie z powodu swojego wieku. Wiem od swojego znajomego, który w czasie rozmowy o pracę w MFW miał 66 lat, że nie zatrudnia się w MFW nikogo, kto ma więcej 65 lat. Uważam, że Christine Lagarde dostanie tę posadę. Jest bardzo zdolna i właściwie nie ma już żadnej konkurencji.
Co może się stać kolejnym wielkim zagrożeniem dla światowej gospodarki? Świat z niepokojem patrzy teraz na rozdmuchane wyceny spółek internetowych. Grozi nam kolejna bańka internetowa?
Historia lubi się powtarzać, wcale nie zdziwiłbym się, gdyby nagle wszystkie te wyceny dramatycznie spadły. Ludzie w końcu mogą zdać sobie sprawę z tego, jak bardzo zostały rozdmuchane w czasie publicznych ofert. Świat lubi procesy cykliczne, bo niespecjalnie przykładamy się do odrabiania takich lekcji.
To jaką lekcję wyciągnął dla siebie z kryzysu Bloomberg? Musieliście coś zmienić w swojej polityce?
Postanowiliśmy zrobić to samo, co w czasie poprzedniego spowolnienia gospodarczego: wdrożyliśmy szeroki program agresywnych inwestycji. 2008 rok zamknęliśmy z 10 tysiącami pracowników na całym świecie, 2009 już z  11,1 tys. ludzi, 2010 z 12,6 tys. osób na pokładzie, a ten rok zamierzamy zamknąć z załogą liczącą ok. 14 tys. ludzi. Dla nas spowolnienie na rynku jest punktem wyjścia do szerszych inwestycji i powalczenie z konkurencją o większy udział w rynku.
Jaka jest wasza relacja z Reuterem?
Mamy dla nich ogromny szacunek, to nasz największy konkurent, ale nie rozmawiamy o konkurencji.
Jakiego rzędu przychody ma Bloomberg?
W ubiegłym roku wyniosły ok. 7,2 mld dol., w tym roku spodziewamy się ich wzrostu do ok. 8 mld dol. W 2010 roku zwiększyliśmy je o ponad 12 proc. i w tym roku będzie podobnie. Firma jest dochodowa. Nigdy w historii nie odnotowaliśmy straty.
Wasza główna siedziba mieści się w USA. Myśli Pan, że kiedyś trzeba ją będzie w końcu przenieść do Azji?
Tak, to dobre pytanie. Główna siedziba mieści się w USA, bo nasz główny właściciel, Michael Bloomberg, który ma prawie 85 proc. udziałów w firmie, mieszka w Nowym Jorku. Jest merem tego miasta. Geograficznie nasze przychody w 42 proc. pochodzą dziś z obu Ameryk (głównie z Północnej), 39 proc. przychodów przynosi nam Europa, ale 17 proc. pochodzi już z Azji, a 3 proc. -  m.in. z Afryki i Bliskiego Wschodu. Spodziewam się, że za 5-7 lat te proporcje będą wyglądały zupełnie inaczej: po jednej trzeciej przychodów będzie pochodziło z Azji, Ameryk i Europy wraz z Afryką. Znajdzie to odzwierciedlenie w organizacji naszej kadry zarządzającej, która na pewno nie będzie już tak mocno skupiona w Nowym Jorku, jak dzisiaj.
A czy nowojorski parkiet ma jeszcze kiedyś szansę przebijać szanghajski?
Nie mam zdania na ten temat. Chciałbym, by wszystkim parkietom powodziło się jak najlepiej, warszawskiemu też.
Nasza giełda w światowym rankingu wypada dosyć daleko.
Tak, ale dużo się na niej dzieje, a to z kolei powoduje, że rynek potrzebuje informacji o firmach, które się na niej pojawiają i nie mówię tylko o polskich inwestorach, ale o ludziach zainteresowanych rynkiem na całym świecie.
Jak wygląda zachowywanie niezależności i etyki w Bloombergu? Dziennikarz może mieć rachunek maklerski i grać na giełdzie?
Nie. Mamy liczącą ponad 400 stron książkę zatytułowaną „The Bloomberg Way", która precyzyjnie opisuje priorytety, jakimi kierujemy się w naszej pracy. Szkolimy naszych ludzi, by rozumieli wszystkie przyświecające nam zasady. Nie handlujemy plotkami i insynuacjami. Nigdy nie mieliśmy problemów na tym polu. Bardzo wyraźnie jest też rozdzielona nasza komercyjna działalność od dziennikarstwa. Oczywiście zdarza się, że nasi klienci, o których przecież codziennie piszemy, przychodzą do mnie, by poskarżyć się na jakąś informację, z nadzieją, że coś z tym zrobię, ale to mi się jeszcze nigdy nie zdarzyło. Zawsze kiedy pojawia się z pretensjami ktoś taki, przekierowuję go do redaktorów.
Ile informacji produkujecie dziennie?
5-7 tys. i pracujemy bez przerwy. Nasz główny serwis sprzedajemy w 172 państwach na świecie. Nasi ludzie pracują w ponad 70 krajach świata, więc spędzam połowę swojego czasu na biznesowych podróżach poza Amerykę Północną. Oprócz agencji mamy kanał telewizyjny, odbiera go 300 mln gospodarstw domowych na całym świecie, radio nadawane w systemie satelitarnym, nasz „Bloomberg BusinessWeek" dociera do 900 tys. abonentów, a tygodniowo czyta go 5 mln ludzi, głównie w USA. Jest też „Bloomberg Markets Magazine", który co miesiąc dociera do 360 tys. abonentów,  mamy rozliczne strony internetowe i wiele innych usług. Produkujemy naprawdę ogromnie dużo treści.
Myśleliście kiedyś o przejmowaniu mniejszych agencji na lokalnych rynkach?
Nigdy nie byliśmy firmą nastawioną na przejęcia. Oprócz „BusinessWeeka" w naszej trzydziestoletniej historii kupiliśmy jeszcze tylko kiedyś agencję informacyjną wyspecjalizowaną w informacjach na temat energii odnawialnej, ale łącznie przeprowadziliśmy może ze trzy takie transakcje i żadna nie opiewała na sumę wyższą niż 100 mln dol. Jesteśmy firmą skupioną na wzroście organicznym - to bardziej zyskowny model działania niż ten zakładający akwizycje, po których trzeba martwić się o skutki integracji takiej firmy.
A myśleliście kiedyś o wchodzeniu w partnerstwa na lokalnych rynkach? TVN ma np. biznesowy kanał przygotowywany we współpracy z CNBC.
Na rzadko którym rynku chcemy się rozwijać akurat w taki sposób. Ale np. w Turcji mamy joint venture z lokalną telewizją, podobnie w Indiach. W innych państwach też nie wykluczamy podobnych możliwości.
Bloomberg może zmienić właściciela?
Nie. Czterej dżentelmeni, którzy założyli tę działalność w latach osiemdziesiątych, nadal mają w niej łącznie 99 proc. udziałów. Przez jakiś czas - od 1993 roku -  naszym mniejszościowym udziałowcem był Merrill Lynch, ale w 2002 roku potrzebował kapitału i odkupiliśmy od niego te udziały. Poza tym nic się nie zmieniało. Myślę, że Michael Bloomberg nie pozbędzie się w udziałów w stworzonej przez siebie agencji i że pozostanie ona firmą prywatną.
Michael Bloomberg z agencji przeniósł się do świata polityki. Myślał pan kiedyś o takiej zmianie?
Nie, mam najlepszą pracę na świecie, a poza tym jestem już dosyć zaawansowany wiekowo i myślę, że będzie to moje ostatnie zajęcie przed emeryturą.
 

CV

Peter T. Grauer szefuje Bloombergowi od 2001 r. Zastąpił w kierownictwie firmy Michaela Bloomberga, założyciela i głównego właściciela agencji. Bloomberg to jedna z największych na świecie agencji informacyjnych, specjalizuje się w informacjach gospodarczych. Zatrudnia 13,3 tys. ludzi w 70 krajach świata.
Zanim trafił do Bloomberga, Peter T. Grauer był m.in. dyrektorem zarządzającym banku inwestycyjnego Donaldson, Lufkin & Jenrette oraz dyrektorem zarządzającym i partnerem w funduszu CSFB Private Equity.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA