fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Terminal Hjatalín - nowa płyta

Hjatalín Terminal CD Isound Records 2011
Archiwum
Muzyczny potencjał Islandii nie kończy się na Björk i Sigur Ros. Album „Terminal” grupy Hjatalín jest skarbem nie do przegapienia
Można powiedzieć, że „Terminal" to alternatywny pop inspirowany kompozycjami filmowymi, ale stricte muzyczne terminy nie oddadzą bogactwa tego albumu.
Siedmioro muzyków z Islandii stworzyło płytę, na której spotykają się dźwięki z całego świata. To kosmopolityczny krążek, choć nie ma nic wspólnego z etnicznymi brzmieniami. Jest globalny, bo jego autorzy to erudyci obeznani z dźwiękowym dorobkiem ludzkości, a jednocześnie kameralny, bo instrumentalny i pełen emocji. Brzmi nowocześnie, dynamicznie, choć tempo i energię zawdzięcza nie elektronicznym bitom, a orkiestrze symfonicznej.
Wbrew stereotypom towarzyszącym islandzkiej muzyce nie zaczyna się melancholijnie. „Suitcase Man" jest niepokojąca, przypomina ścieżkę filmu sensacyjnego. Jednak z czasem niepokój znika, a utwór zmienia się w taneczną, pogodną kompozycję.
„Sweet Impressions" to opowieść o ukojeniu czerpanym z natury: pejzaże gór, łąk i rzek są niezawodnym lekiem na ludzkie frustracje. Subtelny utwór przypomina szkic piórkiem – żadnych mocnych akcentów, tylko słodycz skrzypiec i śpiewanych falsetem refrenów. Za to „Feels Like Sugar" jest eksplozją witalności – bębny i gitary pulsują, smyczki unoszą się nad nimi, a wokaliści śpiewają o uwalnianiu się od grawitacji, wyzwoleniu od bólu i upływu czasu. Świetny utwór z dramatycznymi zmianami tempa i narastającym napięciem.
W „Song from Incidental Music" nastrój jest skrajnie odmienny: temperatura nagle spada, panuje nostalgia i mrok. Dalej czeka jeszcze „Sonnet for Matt" – ballada o pożegnaniu z młodym chłopcem. W utworze wręcz słychać pustkę, jaką po sobie zostawił.
Ale „7 years" to fiesta po latach samotności. Wysublimowane, instrumentalnee disco, z którego łatwo skoczyć w przyszłość, by w „Water Poured in Wine" cieszyć się miksem brzmień tanecznych i gitarowego indie. Finał niemal operowy – w „Vanity Music" przy akompaniamencie smyczków ona i on śpiewają romantyczny duet, po czym trąby grzmią jak potężna burza. I nagle wszystko cichnie.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA