fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Esential Killing Jerzego Skolimowskiego zdobył Złote Lwy

Romę Gąsiorowską wyróżniono za najlepszą rolę kobiecą ("Ki")
Fotorzepa, Piotr Wittman Piotr Wittman
Złote Lwy 36. Festiwalu Polskich Filmów dla „Essential Killing", serca publiczności – dla „Róży"
Zakończony wczoraj festiwal od początku zapowiadał się  rewolucyjnie. Nowy dyrektor artystyczny Michał Chaciński podjął ryzykowną decyzję, stawiając na bardzo ostrą selekcję filmów. I wygrał. 12 tytułów, które trafiły do konkursu, stało się piękną wizytówką polskiego kina – różnorodnego, bogatego w indywidualności i obiecującego na przyszłość, bo promującego bardzo interesujących debiutantów.
Międzynarodowe jury najwyższymi laurami wyróżniło filmy uniwersalne, które już wcześniej odniosły sukces za granicą. "Essential Killing" Jerzego Skolimowskiego we wrześniu ubiegłego roku wyjechał z dwiema nagrodami z Wenecji, zdobywca Srebrnych Lwów "Sala samobójców" Jana Komasy została świetnie przyjęta w sekcji Panorama Special w Berlinie, a uhonorowany Nagrodą Specjalną Jury "Młyn i krzyż" jest wręcz rozrywany przez festiwale i muzea na całym świecie.
Największym przegranym festiwalu jest "Róża" Wojciecha Smarzowskiego, która w Gdyni była zdecydowanym faworytem. Zdobyła laury dziennikarzy, publiczności, dyskusyjnych klubów filmowych i festiwali  kina polskiego za granicą. Ten wstrząsający obraz o powojennych dziejach Mazur, nad którymi przetacza się historia, nie- łatwo jest jednak zrozumieć obcokrajowcom. Moi koledzy, krytycy z Wielkiej Brytanii czy Węgier, odbierali opowieść o miłości rodzącej się na zgliszczach, między ludźmi wypalonymi i przegranymi, ale rzeczywiście gubili się w kłębowisku losów Niemców, Sowietów, autochtonów, przesiedleńców zza Buga.
Jednak dla nas Polaków "Róża" jest ogromnie ważna. To przecież znakomita próba rozliczenia się z naszą przeszłością. Żal, że została pominięta w werdykcie. Rodzi się pytanie, czy jury międzynarodowe sprawdza się na krajowym festiwalu.

Piękne kreacje

Jedyna nagroda, jaką jury obdarowało "Różę", przypadła odtwórcy głównej roli męskiej Marcinowi Dorocińskiemu, który dostał najgorętsze brawa podczas całej gali zamykającej festiwal.
Nie dostrzeżono jednak kreacji, jaką stworzyła jego partnerka z "Róży" Agata Kulesza. Laur za najlepszą rolę kobiecą przypadł Romie Gąsiorowskiej. W filmie "Ki" zagrała dziewczynę szukającą swojego miejsca w  życiu, dorastającą do macierzyństwa i odpowiedzialności za dziecko. Świetna rola. Ale to, co zrobiła Kulesza, wymaga niebywałego wręcz szacunku. Taka kreacja – odważna, pisana bólem, sięgająca do najgłębszych warstw duszy, dotykająca istoty kobiecości i człowieczeństwa – zdarza się w polskim kinie raz na wiele lat.
To zresztą dobry czas dla aktorów. Robert Więckiewicz w "Wymyku" przejmująco zagrał człowieka, który musi zmierzyć się z wyrzutami sumienia, bo zachował się jak tchórz i czuje się odpowiedzialny za śmierć brata, skatowanego na jego oczach przez chuliganów. Doskonale partnerowała mu nagrodzona za rolę drugoplanową Gabriela Muskała. Poruszające kreacje stworzyli Marcin Dorociński (znów!) i Krzysztof Stroiński w "Lęku wysokości" Bartka Konopki. Świetny Marian Dziędziel otrzymał nagrodę za rolę drugoplanową w "Krecie".

Obiecujące kino

Ale aktorzy rozkwitają na ekranie dlatego, że mają co grać. Cieszy kondycja polskiego kina. W konkursowym zestawie były filmy rozliczające się z najnowszą historią Polski. Poza "Różą" i znakomitym opowiadającym o tragedii grudnia 1970 r. "Czarnym czwartkiem" Antoniego Krauzego ciekawą propozycją był "Kret" Rafaela Lewandowskiego, który w nieszablonowy sposób zmierzył się z polską lustracją, pokazując, jak zło kiedyś wyrządzone przechodzi na następne pokolenia.
Twórcy, zwłaszcza debiutanci, przyglądają się też współczesnej moralności Polaków. Jan Komasa w "Sali samobójców" sportretował zaniedbaną przez rodziców generację internetową, Bartosz Konopka zagłębił się w trudne relacje syna i psychicznie chorego ojca. Jednym z najlepszych obrazów festiwalu był "Wymyk" Grega Zglińskiego, Leszek Dawid bardzo wnikliwie spojrzał na świat młodej, zagubionej kobiety w "Ki". Ciekawe, że Lewandowski, Dawid czy Konopka doszli do pierwszej fabuły przez dokument – w ich filmach czuje się spojrzenie ludzi wyczulonych na prawdę rzeczywistości, umiejących obserwować drobne gesty, rejestrować nastroje.
Są też w naszym kinie próby eksperymentowania z formą i filmowym językiem, jak "Młyn i krzyż" czy "Italiani", a Adrian Panek wrócił w "Daas" do zapomnianego w czasie kryzysu kostiumu.
Czego brakuje? Odrobiny optymizmu: żaden z konkursowych filmów nie miał happy endu. Nie było też ambitnej, niegłupiej rozrywki. Stale czekamy na polskiego Woody'ego Allena. Ale jestem pewna, że i on kiedyś się pojawi.
A sam festiwal? Był w tym roku dużo skromniejszy, bez pompy i kosztownych gal. Za to przyciągał publiczność dobrymi, świetnie wyselekcjonowanymi filmami i interesującymi warsztatami. Myślę, że Gdynia idzie w dobrym kierunku.

Irina Rubanova, krytyk filmowy z Rosji

– Nie jestem entuzjastką międzynarodowego jury na krajowych festiwalach. Każdy naród ma swoje preferencje, gusty, własny charakter. Trzeba to szanować.
Tymczasem jurorzy z zagranicy najczęściej tej specyfiki nie potrafią zrozumieć. Potwierdziło się to w Gdyni, gdzie werdykt promował twórców o znanych na świecie nazwiskach, tworzących filmy o uniwersalnej tematyce. Takie jak "Essential Killing" czy "Młyn i krzyż". A ja myślę, że dla waszych rozliczeń ważniejsze od losu islamskiego fundamentalisty są losy bohaterów "Róży".
Rozmawiałam w Gdyni z Andrzejem Wajdą, Sylwestrem Chęcińskim, Januszem Zaorskim. Wszyscy oni popierają ideę międzynarodowego jury. Uważają, że polskie kino musi przestać być zaściankowe, by wyjść w świat. Ale przecież czasem właśnie w tej zaściankowości tkwi siła.
W Rosji też mówi się czasem o utworzeniu na naszym krajowym festiwalu w Soczi zagranicznego jury. Na szczęście na razie pozostaje to w sferze zapowiedzi.

Michał Chaciński, dyrektor artystyczny festiwalu

– Moim zdaniem koncepcja międzynarodowego jury się sprawdziła. W jego skład wchodziły cztery osoby z zagranicy i pięcioro Polaków. Wybrali film, ich zdaniem, najlepszy. Wygrał polski film, który odniósł duży sukces na świecie. Tyle że dziennikarze już go znali.
Wielu krytyków za faworyta uważało "Różę" Wojciecha Smarzowskiego. Ale choć film ten został dobrze odebrany i wywołał żywą dyskusję, nie osiągnięto w jego sprawie stuprocentowego konsensusu.
Pojawiły się głosy, że zagraniczni członkowie jury nie rozumieją polskich spraw i polskiej historii. Czy jednak nie potrafią ocenić poszczególnych elementów filmu? I czy werdykt byłby inny, gdyby konkurs oceniali rodzimi twórcy? Trzy lata temu, gdy "Mała Moskwa" wygrała  z "33 scenami z życia", też mówiono o błędzie. Wtedy pojawiły się uwagi, że jurorzy byli zbyt leciwi, by dostrzec wartość nowoczesnego, drapieżnego języka obrazu Małgorzaty Szumowskiej.
Nie ma jury przewidywalnego ani takiego, które podejmowałoby decyzje w zgodzie z opinią publiczności czy krytyki. Można tylko pytać, czy gremium to zostało dobrze dobrane i zbudowane? Ja osobiście błędu nie widzę.
Myślę natomiast, że "Essential Killing" każe nam zdać sobie sprawę z problemów, które będą w Gdyni występować coraz częściej. Film Jerzego Skolimowskiego powstał w angielskiej wersji językowej, w głównej roli męskiej wystąpił w nim Amerykanin Vincent Gallo, a żeńskiej – Francuzka Emmanuelle Seigner. Włączyliśmy ten obraz do konkursu, bo Polakiem jest reżyser. W "Młynie i krzyżu" Lecha Majewskiego też zagrali Rutger Hauer i Charlotte Rampling. Czy mogli kandydować do nagród aktorskich? I gdzie dziś przebiega granica narodowości filmu? Coraz częściej będziemy się musieli z takimi pytaniami mierzyć, bo koprodukcje będą się rozwijać. W przyszłym roku zapewne przyjdzie nam ocenić  "Sponsoring" Małgorzaty Szumowskiej z Juliette Binoche w roli głównej.
A co do tegorocznego werdyktu... Nie ma roku, w którym ktoś nie czułby się rozczarowany. Najważniejsze, że dyskutujemy o kinie.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA