fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Igor Janke o PJN Pawła Kowala

Igor Janke
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
PJN sprawiał wrażenie, jakby jego liderzy budzili się o 10 rano i niespiesznie rozjeżdżali do kilku stojących przed nimi otworem stołecznych studiów radiowych czy telewizyjnych – pisze publicysta "Rzeczpospolitej"
Kiedy grupa dysydentów opuszczała Prawo i Sprawiedliwość, wielu komentatorom – także i mnie – wydawało się, że PJN to największa szansa na stworzenie nowej siły politycznej od czasu założenia PiS i PO. Znaczna część wyborców zmęczona była polityką prowadzoną przez Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego. Obaj przywódcy trzymają swoje partie w żelaznym uścisku, nie inspirując działaczy do kreatywnej działalności. Podstawowym celem liderów nie była polityczna efektywność, ale utrzymanie sterowności i porządku wewnątrz partii. A podstawowym celem na zewnątrz – eliminacja wroga, jakim jest konkurencyjne ugrupowanie.
W PiS i PO jest coraz mniej miejsca dla indywidualistów, silne osobowości, osoby o wyrazistych poglądach i samodzielnie myślące są albo odsuwane na bok, albo eliminowane z partii w ogóle. Obie partie skupiają się na sprawach, które coraz mniej wspólnego mają z rozwojem państwa. Rzecz jasna ten zarzut w większym stopniu obciąża Platformę jako partię rządzącą.

W roli lidera

PJN miał więc – wydawałoby się – dobre warunki do rozwoju. Nowej partii od początku brakowało wyrazistego lidera, ale doświadczenie polskiej polityki pokazuje, że taki lider niekoniecznie musi być atutem partii. Czasem bywa czynnikiem blokującym rozwój. Wystarczy przyjrzeć się Jarosławowi Kaczyńskiemu – bez wątpienia wybitnemu przywódcy i politycznemu wizjonerowi – który jednak uniemożliwia swojemu ugrupowaniu rozwinięcie skrzydeł. Ale też i Donaldowi Tuskowi, ogromnie popularnemu politykowi, który swoje ugrupowanie przekształcił w bezwolną maszynkę do głosowania.
Partia, która chciałaby dziś się różnić od PiS oraz PO, powinna być zgranym zespołem ludzi, twórczych osobowości, których potencjał będzie wykorzystany w jak najlepszy sposób. Tymczasem PJN poszła od razu w ślady swoich potężnych konkurentów.
Joanna Kluzik-Rostkowska jest osobą utalentowaną i pracowitą, ale tego typu liderem jeszcze nie jest. Mimo to błyskawicznie ustawiła się w takiej roli. Nie wyglądało to poważnie.
Gołym okiem widać było dysproporcje między osobowościami i charyzmą przywódców PiS i PO a szefową PJN. Ustawienie jej na czele partii natychmiast wywołało też niesnaski wewnątrz partii – pozostali politycy, nieustępujący Kluzik-Rostkowskiej w wielu sprawach, zostali zepchnięci na dalszy plan. PJN zrezygnował z promowania tego, co miał najcenniejsze: swojej wielobarwności i różnorodności.
Nowa szefowa odrzucała także pomysły, które mogły nadać jej partii świeże oblicze: choćby lansowany przez Adam Bielana pomysł, by przywódcę partii wybrać w głosowaniu powszechnym wśród wszystkich członków PJN. Byłoby to coś zupełnie odmiennego od tego, co robią PiS i PO, a zarazem spektakularne wydarzenie przyciągające uwagę opinii publicznej. Jednak nie zdecydowano się na to.

Wrogowie Kaczyńskiego

PJN od początku miało też inny wielki problem: jak odnosić się do Jarosława Kaczyńskiego. Można zrozumieć osobiste urazy, jakie miało kilku czołowych polityków tej partii wobec byłego szefa, który po ciężkiej kampanii prezydenckiej potraktował ich dość brutalnie. Ale przecież nie było to ich pierwsze zderzenie z osobowością i metodami Kaczyńskiego. O tym, że jest to silny przywódca gotów do użycia każdego środka, gdy jego zdaniem służy to utrzymaniu jedności partii, wiedzieli wszyscy.
Nietrudno zrozumieć, dlaczego liderzy PJN zdecydowali się wybrać samodzielną drogę polityczną. Jednak tak manifestacyjna krytyka i odcinanie się od prezesa PiS, u boku którego stali przez wiele lat, musiała być dla ich potencjalnych zwolenników irytująca i mało zrozumiała.
Słowa Joanny Kluzik-Rostkowskiej – wypowiedziane w sobotę, podczas zjazdu – że PJN powstał głównie po to, by atakować Jarosława Kaczyńskiego, zabrzmiały absurdalnie. Jeśli partia powstała tylko w tym celu, to czy rzeczywiście warto było ją zakładać? A jeśli Kluzik-Rostkowska uważa, że PiS to samo zło, to jak mogła tyle lat działać u boku Kaczyńskiego?
Wyborcy mogli mieć nadzieję, że tworzy nową partię po to, aby przygotować nową propozycję polityczną. Mogli podejrzewać, że to nowe ugrupowanie w przyszłości będzie chciało współpracować w jakiejś koalicji także z PiS. Zawiedli się.
Tym bardziej że PJN-owcy potrafili zachowywać się dziecinnie i niepoważnie. Już parę miesięcy temu Adam Bielan zablokował stronę internetową swojej partii. W odpowiedzi na to panie Kluzik i Jakubiak zaczęły wypłakiwać się przed kamerami, że im "Adam zabrał kody". Z kolei Marek Migalski obrażał swoich krytyków w blogu, a przede wszystkim usiłował każdemu udowodnić, że jest od niego mądrzejszy.
Jeszcze mniej zrozumiałe były występy unoszącego się honorem i opowiadającego przed telewizyjnymi kamerami komunały o moralności w polityce Michała Kamińskiego. Europoseł chętnie używał wielkich słów, ale kiedy pojawiły się pierwsze poważne kłopoty, zabrakło mu determinacji i zamiast umacniać PJN na warszawskim zjeździe partii, postanowił wspierać ją duchowo z... Peru. Natomiast Jan Filip Libicki w dniu zjazdu ogłosił, że odcina się od swojej partii.

Zabiera zabawki

I wreszcie Joanna Kluzik-Rostkowska podczas sobotniego kongresu, rezygnując z szefowania PJN, oświadczyła, że rezygnuje z wszelkich funkcji i jedzie na urlop. Zabiera zabawki i idzie do domu. A może i do większego sąsiada...
Trudno oprzeć się wrażeniu, że czołowi politycy PJN zajmowali się wszystkim, tylko nie budowaniem struktur swojej partii. Najwyraźniej nie spędzali dni i nocy na prowincji, walcząc o elektorat i zakładając koła swojego ugrupowania. Nie przybiegali o świcie do biur i nie pracowali do północy z wielkim zapałem.
Jeśli chce się podgryźć takich gigantów jak PO i PiS, trzeba walczyć przez 24 godziny na dobę w terenie. Tymczasem PJN sprawiał wrażenie, jakby jego liderzy budzili się o 10 rano i niespiesznie rozjeżdżali się do kilku stojących przed nimi otworem stołecznych studiów radiowych czy telewizyjnych.
Z opowieści działaczy nowej partii wynika, że w pierwszych tygodniach istnienia PJN na jego skrzynki mejlowe przychodziły tysiące zgłoszeń od ludzi z całej Polski. Ale wielu z tych ludzi nie otrzymało żadnej odpowiedzi. Bo ktoś zamknął dostęp do strony, a ktoś inny nie miał czasu.
Jak to możliwe, ze siła polityczna, w skład której wchodzą byli członkowie rządu, ludzie tworzący w przeszłości ciekawe inicjatywy i instytucje w Polsce, nie była w stanie przez kilka miesięcy stworzyć sprawnie działającej strony internetowej? Nie była w stanie wykorzystać najtańszego, a zrazem najbardziej efektywnego narzędzia do komunikacji z członkami i sympatykami. Jeśli partia polityczna nie jest w stanie uporać się z tak prostą sprawą, to dlaczego wyborcy mieliby zaufać jej, że będzie w stanie rozwiązać naprawdę poważne problemy?
Politycy PJN pracowali nad programem i przedstawili kilka ciekawych propozycji. To ważne i niezbędne. Ale to we współczesnej polityce zdecydowanie za mało. Dobry program trzeba jeszcze skutecznie przekazać odbiorcom. I być w tym przekonującym i wiarygodnym. Trzeba umieć pokazać siłę. Trzeba wyglądać poważnie. A nie przypominać gromadę fajnych dzieciaków biegających w krótkich spodenkach po podwórku.
Wiem, że ten obraz jest trochę niesprawiedliwy i przerysowany. Ale chyba nie aż tak bardzo, skoro wyborcy w sondażach mówią o PJN to, co mówią. Tę partię popiera dziś czasem 2 procent wyborców, a czasem... zero.
Czy to oznacza, że powinniśmy ostatecznie przekreślić szanse tego ugrupowania? W polskiej polityce trudno jest cokolwiek przewidzieć. Ale dziś wygląda na to, ze przed nowym liderem partii Pawłem Kowalem stoi zadanie niezwykle trudne.
Na szacunek zasługuje fakt, że Kowal podjął się straceńczego zadania, choć zapewne mógłby liczyć na bezpieczną i wygodną przyszłość, gdyby zwrócił się w stronę Platformy. Zapewne mógłby też wrócić do PiS. Postanowił jednak walczyć dalej.
Trudno dziś o Pawle Kowalu powiedzieć, że to wielki przywódca z charyzmą. Jest jednak powszechnie szanowany, od lewa do prawa. Nie atakował wściekle Jarosława Kaczyńskiego, nie skupiał się na wojnie z PiS, nie twierdził też, że za całe zło tego świata odpowiada Platforma. Spokojnie i metodycznie pracował nad kwestiami, na których się zna. Budował swoją pozycję. Dziś, w wieku 36 lat, jest jednym z najlepszych w Polsce ekspertów w dziedzinie polityki wschodniej.
Czy zdoła zbudować sobie samodzielną pozycję? Czy przywództwo PJN będzie znaczącym punktem na jego drodze, czy porażką, po której będzie musiał rozpoczynać polityczną wspinaczkę od początku? Dowiemy się najpóźniej za pół roku, w dniu wyborów.

Biegać i pracować

Jeśli Kowal chce mieć choć cień szansy, musi dziś znaleźć sposób na obudzenie swoich działaczy, na zmobilizowanie ich do działania i obudzenie entuzjazmu. Musi czym prędzej przebrać swoją partię – zamienić jej krótkie spodenki na dorosły strój. Na razie jeszcze nie odświętny, ale wygodny. Taki, w którym da się szybko biegać i ciężko pracować.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA