fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Krzyk obolałego artysty

ROL
Barbara Hollender
W konkursie „Melancholia” Larsa von Triera – wstrząsająca spowiedź człowieka pogrążonego w depresji
– Justine to ja – mówi Lars von Trier. – Opowiedziałem o stanie umysłu, jaki dobrze znam.
Bohaterka „Melancholii" cierpi na głęboką depresję. Pierwsza część filmu opowiada o jej ślubie. Claire, starsza siostra, przygotowała w swoim olbrzymim domu wystawne przyjęcie, ale śliczna panna młoda tylko udaje, że się uśmiecha. Co chwilę ucieka do ogrodu, miota-
na wewnętrznym niepokojem. Twarz jej wtedy tężeje, oczy stają się matowe od bólu. Małżeństwo jest jeszcze jedną próbą wyjścia z choroby, która znowu okazuje się silniejsza. Rozbawieni weselni goście czekający na tańce, pocałunki i rzucanie bukietu stają się niemal wrogami.
– Justine mówi, że życie jest kiepską ideą – wyznaje Trier. – Bóg przeżył radość stworzenia, ale nie przemyślał, co ma być potem.
Jest w  filmie przejmująca scena. Dzień po ślubie. Nie ma już gości, wyjechał nawet świeżo upieczony mąż, rozumiejąc, że ich związek nie może się udać. Claire pomaga Justine wstać z łóżka. Ale dziewczyna nie jest w stanie się podnieść. Potem, zawleczona przez siostrę do łazienki, usiłuje wejść do wanny. Nie może, bo jej noga waży tonę. Osuwa się bezwładnie na ziemię. Von Trier od lat żyje na psychotropach, zmagając się z podobną chorobą. Nigdy tego nie ukrywał.
– Mam takie tygodnie, gdy rano nie mogę wyjść z sypialni i przestają na mnie działać nawet najsilniejsze leki – mówi otwarcie.
Czasem kino pomaga mu przezwyciężyć niemoc. Kiedyś w wywiadzie powiedział mi:
– Nauczyłem się, że człowiek chory powinien zmuszać się do aktywności. Mnie praca nad filmem zmusza do przezwyciężenia siebie samego. Wkładam mnóstwo wysiłku, najpierw, żeby coś pisać, potem – żeby jechać na plan, rozmawiać, podejmować decyzje.
Po swojej poprzedniej produkcji von Trier trafił do szpitala. Musiał „Antychrysta" przeżyć, bo opowiedział o załamaniu nerwowym, które doprowadza do tragedii. W „Melancholii" posunął się dalej. Zrobił film o końcu świata. W drugiej części, w zamczysku są już tylko Justine, Claire, mąż Claire, jej mały synek. I groźba apokalipsy. Do Ziemi zbliża się obca planeta o nazwie nomen omen Melancholia. Widać ją przez wielkie lunety zainstalowane w ogrodzie. Już wiadomo, że dojdzie do zderzenia.
Świat ma przed sobą godziny, potem będzie już tylko nicość. To pierwszy moment w filmie Triera, gdy ludzie nie są samotni. Dwie siostry razem czekają na nieuchronne. Tulą dziecko, biorą się za ręce. Claire płacze w bezsilnej rozpaczy. Justine jest spokojna, czuje się w niej pogodzenie, niemal ukojenie. Śmierć to katharsis. Koniec cierpienia. Jakby Lars von Trier próbował usprawiedliwić, uwznioślić własną depresję.
– Ten film był mi bardzo potrzebny: nie piję, czuję się lepiej – stwierdził reżyser na konferencji prasowej.
W „Melancholii" znakomite role tworzą Kirsten Dunst, która jako obolała Justine pięknie dojrzała, wyrzucając z siebie resztki naiwności dziewczyny Spidermana, i Charlotte Gainsbourg, bohaterka „Antychrysta", tym razem w roli stąpającej po ziemi Claire.
Chory na depresję Edward Munch namalował „Krzyk". „Melancholia" to krzyk Larsa von Triera. Film pisany własnym cierpieniem – spowiedź obolałego człowieka, który z trudem mierzy się z każdym dniem. Tylko wielkiego artystę stać na taką szczerość.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA