fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Piotr Zaremba o sądzie nad zbrodniami PRL

Piotr Zaremba
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Wszystko, co zrobiono, aby czasy komunizmu rozliczyć, zrobiono wbrew potężnym ośrodkom medialnym. Wszystko, co zablokowano, zablokowano przy ich udziale i z ich poparciem – ocenia publicysta „Rzeczpospolitej"
Po kolejnym wyroku oczyszczającym Czesława Kiszczaka za strzały w kopalni Wujek Piotr Semka zauważył, że mamy do czynienia z kwadraturą koła. Kiedy próbuje się osądzić kogoś z bezpośrednich wykonawców, pojawia się natychmiast teza: rękę trzeba karać, a nie ślepy miecz. Ale próba karania ręki wychodzi równie nieporadnie. Udowodnienie związku między tym, że ktoś strzelał do ludzi, a tym, że miał przełożonych, jest ponad siły demokratycznego wymiaru sprawiedliwości.
W obu przypadkach mamy kłopot z dowodami, ze świadkami. Zomowców z Wujka nie można było kiedyś skazać, bo, jak stwierdzono w jednym z wielu wyroków, trzeba udowodnić związek między strzałami w tłum a konkretną śmiercią. Teraz trzeba było z kolei udowodnić związek między szyfrogramem ułatwiającym siłom porządkowym użycie broni a tym, że strzelano do ludzi.
Co prawda historyk Antoni Dudek przekonuje, że pytanie zostało źle postawione. Podstawą wyroku nie powinien być szyfrogram, lecz sama decyzja o pacyfikowaniu kopalni do końca, gdy można było zaczekać kilka dni, aż strajk sam by się wypalił. Ale kto by tam słuchał historyków. W Polsce wymierzanie sprawiedliwości uważane jest ciągle za wiedzę tajemną. Nie wolno do niej stosować takich reguł jak zdrowy rozsądek. Czy... poczucie sprawiedliwości.

Brak wrażliwości

W "Gazecie Wyborczej" Bogdan Wróblewski cytuje z aprobatą słowa sędziego: "Sąd nie może poprawiać historii". Tymczasem to jedno z najgłupszych zdań, jakie ostatnio wypowiedziano – niezależnie od tego, czy sędzia Marek Walczak padł ofiarą własnego braku wyobraźni, czy braku wyobraźni prokuratury, która uparła się, aby dosięgnąć generała Kiszczaka, oczywistego sprawcę tamtej masakry poprzez ów fatalny szyfrogram.
Gdyby te słowa były prawdziwe, niemożliwe byłoby osądzanie jakiejkolwiek przeszłej władzy. Na szafot lub do więzienia nie powędrowaliby przywódcy III Rzeszy. Nie skazano by – przykład z ostatnich lat – generałów z argentyńskiej junty odpowiedzialnych za porywanie i mordowanie ludzi, rozdzielanie rodzin, tortury. Itd.
Naturalnie nagromadzenie dowodów zbrodni dyktatury, która działa według innych reguł niż państwo praworządne, nie jest bułką z masłem. Ale już sam fakt cytowania takiego zdania z aprobatą przez wciąż potężną gazetę przyznającą się do liberalno-demokratycznej wrażliwości pokazuje, że zabrnęliśmy w zakamarki absurdu.
"Czy musiało minąć 20 lat, by sądy przestały być narzędziem polityczno-historycznych rozliczeń?" – pyta retorycznie Wróblewski. "Czy musiało dorosnąć nowe pokolenie sędziów, którym w orzekaniu nie przeszkadza pamięć o historii? Może musiało. Czas bliźni rany".
O co w tych zdaniach chodzi? Że młode pokolenie sędziów jest niewrażliwe na postulat rozliczania historii? I że to dobrze? Ale przecież starsze pokolenie, najczęściej rekrutowane w czasach PRL, też się do tych rozliczeń nie paliło, wybierając, choć z kilkoma wyjątkami, werdykty pełne uników lub grę na czas. Gdzie tu więc nowość?
Mamy się cieszyć tym, że chowanie się za literą prawa przed duchem sprawiedliwości zyskało nowe uzasadnienie. Że nasi sędziowie są równie "mądrzy" jak owa legendarna już panienka, która zyskała od "Wyborczej" gorące pochwały, gdy ogłosiła, że "Solidarność" to dla niej mniej więcej to samo co wojowie Chrobrego.
Jak kończy Wróblewski swój tekst? ""Pamięć nam się nie przedawniła. Może sąd przypomni tę najprostszą regułę, że życie trzeba chronić" – apelował do sądu w oskarżycielskiej mowie pełnomocnik górników mec. Maciej Bednarkiewicz, słynny obrońca w procesach stanu wojennego. Sędziowie odpowiedzieli mu sucho: sala sądowa to nie jest miejsce, gdzie czci się pamięć bohaterów". Komentarz prasowy do komentarza sędziowskiego jest nie tylko suchy. Jest oschły, zdradzający brak wrażliwości.

Zbyt łatwe odpowiedzi

Naturalnie nie da się jedną miarą ocenić historii wszystkich zaniedbań w sądowym rozliczaniu PRL. Pewne zdarzenia ilustrują tezę o paradoksach historii, o zaniedbaniach całego obozu solidarnościowego. W latach 1992 – 1993 parlament pierwszej kadencji był bliski postawienia generała Jaruzelskiego i jego kolegów z WRON i Rady Państwa przed Trybunałem Stanu – za wprowadzenie stanu wojennego. Ale na skutek spiętrzenia błędów poszczególnych partii i liderów został rozwiązany. Przyszedł parlament o większości peerelowskiej, który dokończył dzieła, ale w całkiem odwrotnym kierunku: oczyszczając potencjalnych podsądnych już na poziomie Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej. Czyja to wina?
Ale gdy przychodzi się zmierzyć z bezradnością wymiaru sprawiedliwości wyrażającą się w dziesiątkach jałowych śledztw i procesów, sprawa nie jest tak uroczo symetryczna. Bo był ktoś, kto chciał, może nieudolnie, może zbyt słabo, popychać sprawiedliwość do przodu. I ktoś, kto mówił od początku: dajmy sobie spokój. Nie da się. Takie uwagi nie padały tylko z ust dawnych ludzi PRL.
Nawet uczciwi i sympatyczni komentatorzy ulegają pokusie zbyt łatwych odpowiedzi na trudne pytania. Ostatnio podczas debaty po emisji filmu "Towarzysz generał" urządzonej na Uniwersytecie Warszawskim przez NZS pewien student zapytał, dlaczego demokratyczne państwo nie poradziło sobie z sądowymi rozliczeniami. – No właśnie dlatego, że jest demokratyczne – odpowiedział Andrzej Paczkowski, świetny historyk i dawny opozycjonista.
Jeśli profesor chciał wskazać na trudności związane ze zwykłym demokratycznym wymiarem sprawiedliwości, gdzie kruczki prawne, gdzie powolność procedury, gdzie pytanie, czy prawo działa wstecz, to miał rację. Ale nie jest prawdziwa teza, że demokracja nie może sobie z definicji poradzić z rozliczeniem historycznych zbrodni. Czego dowodzą choćby wspomniane przeze mnie proces norymberski czy rozliczenie argentyńskiej junty.

Bezzębna demokracja

Proces sprawców masakry z Grudnia '70 trwa 16 lat i nic nie wskazuje na jego zakończenie. To nie jest zwykła cena demokracji, to patologia. I to nie obciąża tylko opieszałych sędziów czy wadliwe lub wadliwie stosowane procedury. To wielki akt oskarżenia wobec wszystkich, którzy stan taki uznali już dawno za normalny, niewymagający komentarza. Gdyby zaraz po wojnie zastosowano taką filozofię, proces norymberski trwałby do dziś: tysiące świadków, miliony stron akt. A jednak uporano się z nim w rok.
Na początku rządów AWS ze strony liderów zwycięskiego bloku padł pomysł stworzenia Trybunału Narodowego skoncentrowanego na tej jednej tematyce. Jak rozumiem, siedzącego dzień i noc po to, aby sądowe rozliczenia zakończyć, a nie zarządzającego kolejną rozprawę za dwa, trzy miesiące.
Histeria, jaką przeciw tej propozycji skierowała "Gazeta Wyborcza", wtedy bardziej jeszcze wpływowa niż dziś, wywoływanie duchów totalitaryzmu tam, gdzie chodziło o zamknięcie rachunków z państwem totalitarnym, pogrzebała zawczasu te przymiarki. Politycy prawicy nie rządzili sami, a w koalicji z Unią Wolności za plecami mieli prezydenta Kwaśniewskiego gotowego wetować podobne inicjatywy. I mieli za plecami media, które wołały o zamachu na demokrację. Patronując przy okazji jednej wersji demokracji: bezzębnej, ślepej na sprawiedliwość, programowo bezbronnej wobec patologii starych i nowych.
Filozofia pozostawiająca sprawę rozliczenia komunizmu rutynowym procedurom i zwyczajom jest tą samą filozofią, która każe dziś powtarzać: nie śpieszmy się, pod adresem tych, którzy się domagają szybkiego wyjaśnienia smoleńskiej katastrofy. Nazwałbym ją umownie filozofią włamania do garażu na Pradze. Tak, stan wojenny, esbeckie nadużycia, mroczne tajemnice WRON też zostały potraktowane jak takie włamanie. Z wiadomymi skutkami.
W obronie żałosnego bilansu wymiaru sprawiedliwości używa się też czasem innego argumentu: społecznych nastrojów. To prawda, że Polacy nie stanęli masowo do walki z władzami stanu wojennego, raczej udzielili Jaruzelskiemu wstydliwego przyzwolenia, dokonując spóźnionego odreagowania dopiero przy urnach w 1989 roku. W tej sytuacji nie mogą dziwić późniejsze sondaże przyznające na ogół komunistycznym generałom rację, uznające teorię mniejszego zła. Czy sędziowie mogą być obojętni na te nastroje?
Zwłaszcza sędziowie ukształtowani w ramach korporacji wysługującej się PRL-owi – to pierwsza cisnąca się uwaga, ale przecież ona nie wyczerpuje tematu. Nastroje były, jakie były, ale społeczeństwo wyrabiało sobie opinię przez ostatnie 22 lata pod wpływem różnych okoliczności, głosów i ofert. Czy porzucenie tematu lub wręcz przejście na drugą stronę znacznej części ludzi dawnej "Solidarności" nie miało na nic wpływu?

Konsekwentni do bólu

Mogę się cieszyć, widząc Władysława Frasyniuka oburzającego się przedwczoraj przed kamerami na ostatni wyrok, występującego na rzecz "zdradzonych o świcie" górników z Wujka. Ale pamiętam, jak w styczniu 1992 r., kiedy Sejm pierwszej kadencji zajmował się uchwałą potępiającą stan wojenny, ten sam poseł Unii Demokratycznej Frasyniuk ogłaszał, że woli w tym czasie pracować nad ustawą regulującą zasady transportu prywatnego.
Czy można się dziwić, że prokuratorzy i sędziowie nowego demokratycznego państwa też woleli się zajmować czymś innym niż jałowymi rozliczeniami?
Przy czym o ile Frasyniuk okazał się przynajmniej niekonsekwentny, inni byli konsekwentni aż do bólu. Pamiętam, jak z kolei w parlamencie drugiej kadencji posłowie Unii Demokratycznej zmienili zdanie i próbowali coś zrobić, aby poddać peerelowskie zbrodnie i grzechy choć ograniczonym obrachunkom. To wtedy przegłosowano nieprzedawnianie komunistycznych zbrodni, to wtedy przyjęto pierwszą ograniczoną wersję lustracji. Ci politycy byli zdumieni, gdy próbowali swoją aktywnością zainteresować zaprzyjaźnionych z nimi dziennikarzy „Wyborczej" czy innych bliskich jej mediów. Natrafiali na mur.
Wszystko, co zrobiono, a odrobinę jednak zrobiono, aby czasy komunizmu rozliczyć, stało się wbrew potężnym ośrodkom medialnym. Wszystko, co zablokowano, zablokowano przy ich udziale i z ich poparciem. Nie da się dziś powiedzieć: nas przy tym nie było. Choć można się chować za filozoficznym: czas bliźni rany.
Tak jak był związek między Michnikowym: „Odp... się od Generała" w roku 1992 a pasywnością i lękliwością ówczesnych prokuratorów i sędziów, tak jest związek między obecną kampanią choćby przeciw filmowi „Towarzysz Generał", a tym, co dzieje się na salach sądowych. Nie przeszkadzały nam zagraniczne standardy: Międzynarodowy Trybunał Praw Człowieka pozwala i prześwietlać przeszłość, i sądzić dyktatorów. Głosy zachodniej prasy o „polowaniach na czarownice", zwłaszcza za rządów PiS, były inspirowane przez przeciwników tych „polowań" z Polski.
O powody można pytać długo. Czy chodzi tu o gwarancje dla generałów w zamian za to, aby „nie spadły aureole" po stronie solidarnościowej? Czy o biograficzne, wręcz rodzinne zanurzenie części liderów dawnego solidarnościowego obozu w dawny system? Czy o zwykły interes każący szukać nowych sojuszników po stronie peerelowskiej? Każdy z tych motywów wart byłby oddzielnego artykułu. W każdym razie sądy okazały się niezdolne do „poprawiania historii". Jej dzisiejszy morał brzmi: cynizm, brutalność i cwaniactwo popłacały.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA