fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Kreml poluje na dinozaury

Dmitrij Miedwiediew
AFP
Dmitrij Miedwiediew usuwa regionalnych liderów, którzy zbyt długo utrzymują się u władzy. Do dymisji podał się właśnie Murtaza Rachimow – od 20 lat nieprzerwanie panujący w Baszkirii. Czy następny będzie „król Moskwy” – Jurij Łużkow?
76-letni Rachimow złożył pełnomocnictwa po długich bataliach z Kremlem. Jakiś czas temu zapowiedział, że nie zamierza pozostawać u władzy na kolejną kadencję, gdy jesienią przyszłego roku wygaśnie obecna. Dlatego media w napięciu oczekiwały przedterminowej dymisji weterana. Sygnałów o tym, że na linii Moskwa – Ufa trwa nerwowe przeciąganie liny, było aż nadto.
W telewizji i ogólnorosyjskich mediach, zwłaszcza w rządowej „Rosyjskiej Gazecie” zaczęły się pojawiać materiały atakujące syna Rachimowa, Urała, baszkirskiego deputowanego i jednocześnie lokalnego wpływowego biznesmena. Oskarżano go o korupcję i liczne przekręty, zawłaszczanie majątku państwowego. Było jasne, że dni Rachimowa są policzone, ale baszkirski lider nie zamierzał odchodzić bez walki. Marzył wprawdzie, że Kreml pozwoli mu wyznaczyć swojego następcę, ale skończyło się tylko na gwarancjach, finansowych i majątkowych, oraz immunitecie. Pełniącym obowiązki prezydenta Baszkirii został Rustem Chamitow, główny menedżer zarządzającej rosyjskimi elektrowniami wodnymi firmy RusHydro.
[srodtytul]Element szerszej kampanii[/srodtytul]
Rachimow rządził Baszkirią od 20 lat. Najpierw jako przewodniczący Rady Najwyższej w tej republice położonej na południowo-wschodnim krańcu europejskiej części Rosji, a od 1993 jako prezydent. – W tym czasie stworzył autorytarny system władzy, który, chociaż zachowywał pozory pluralizmu i wielopartyjności, opierał się na jednym człowieku – mówi „Rz” politolog Aleksiej Makarkin.
Jego dymisja to nie jednorazowa fantazja Kremla, ale element prowadzonej od pewnego czasu szerszej kampanii. W ramach wymiany regionalnych kadr poleciały już głowy kilku gubernatorów weteranów, którzy w ciągu długoletnich rządów potrafili zbudować sobie silną pozycję w swoich regionach i wywalczyć sporą autonomię od centrum, jednocześnie kontrolując i czerpiąc zyski z miejscowych przedsiębiorstw. Jednak Rachimow, obok prezydenta sąsiedniego Tatarstanu Mintimera Szajmijewa, był postacią wręcz symboliczną.
To oni, na początku lat 90., zachęceni przez Borysa Jelcyna, który zaproponował regionom, by „brały tyle suwerenności, ile zdołają udźwignąć”, zbudowali w swoich regionach silne autonomie, praktycznie niezależne od Moskwy. Po wybuchu wojny w Czeczenii stało się to dla Kremla prawdziwym bólem głowy. Kolejni rosyjscy przywódcy długo musieli się liczyć z wpływami lokalnych kacyków i dużo płacili za lojalność. Ręce Kremla, od kilku lat skutecznie ograniczającego autonomię gubernatorów, dosięgnęły w końcu i dwóch weteranów. Szajmijew odszedł w marcu. W przeciwieństwie do Rachimowa był na tyle silny, by wywalczyć sobie prawo do wyznaczenia następcy.
Szajmijew i Rachimow to rekordziści, jeśli chodzi o długość pozostawania na stanowisku. Dziennik „Kommiersant” wyliczył, że pierwszy rządził Tatarstanem 7488 dni, a drugi kierował swoją republiką 7404 dni. To nie ostatnie dinozaury, a po ich odejściu eksperci coraz głośniej zaczęli mówić o następnych w kolejce – burmistrzu Moskwy (od 1993 roku) Juriju Łużkowie, i Kirsanie Ilumżynowie, który od 1992 niepodzielnie rządzi w Kałmucji.
Jednak, zwłaszcza w przypadku Łużkowa, mało kto ośmiela się przesądzać jego los. Słuchy o jego dymisji chodzą już od lat i za każdym razem „to jest już prawie pewne”. Ale jak dotąd wszechmocny burmistrz, który według swoich krytyków przekształcił rosyjską stolicę we własne przedsiębiorstwo, ma się dobrze i nie przepuszcza żadnej okazji, by zademonstrować, jak bardzo jest niezależny i jak mało robi sobie z plotek.
[srodtytul]Pożegnania w ładnym stylu[/srodtytul]
Na odchodne Rachimow dostał od Miedwiediewa order „Za zasługi dla ojczyzny”. To też ważny sygnał. „Pokazuje innym gubernatorom, że nawet dymisja wymuszona i w sytuacji konfliktowej może zakończyć się happy endem pod warunkiem kapitulacji” – pisała w jednym z komentarzy politolog Swietłana Samojłowa.
– Dla Kremla to ważne, żeby utrzymać swojego rodzaju tradycję pokojowego pożegnania, bo rosyjscy liderzy rozumieją, że każdy z nich może się kiedyś znaleźć w analogicznej sytuacji. Tak jak Jelcyn w 1999 roku, z którym pożegnano się zgodnie ze wszystkimi zasadami sztuki – mówi „Rz” politolog Aleksiej Makarkin. – Schematy są różne, jedni zostają senatorami, inni dostają stanowiska w kremlowskiej administracji, jeszcze inni odchodzą w niepamięć, ale nigdy z pustymi rękami – dodaje.
[i]Justyna Prus z Moskwy[/i]
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA