Katastrofa smoleńska

Zapis smoleńskiej katastrofy

Las niedaleko lotniska - 4 godziny i 3 minuty po rozbiciu się prezydenckiego Tu-154
Fotorzepa, Kuba Kamiński Kub Kuba Kamiński
Ujawniono zapisy czarnej skrzynki. Piloci świadomie lądowali przy fatalnej pogodzie. Rosyjski kontroler zareagował bardzo późno
Choć urządzenia ostrzegały, że zbliża się katastrofa, piloci prezydenckiego tupolewa nie przerwali lądowania. Nadal nie można rozstrzygnąć, czy były naciski na załogę. To wynika z opublikowanych we wtorek stenogramów rozmów z kokpitu prezydenckiego samolotu, który rozbił się 10 kwietnia pod Smoleńskiem.
Przeczytaj zapis rozmów (PDF, ~230kB) Zapisy są niekompletne, w wielu miejscach nie rozszyfrowano fraz i autorów wypowiedzi. Jest jednak pewne, że załoga zdawała sobie sprawę z fatalnych warunków na lotnisku. Uprzedzał ich o tym rosyjski kontroler na kwadrans przed wypadkiem, mówiąc: "Warunków do lądowania nie ma". Poinformował, że widoczność wynosi ledwie 400 metrów.
Ostrzegał też polski lotnik z jaka40, który wylądował wcześniej. Na cztery minuty przed katastrofą podawał kolegom, że widoczność spadła do 200 metrów. Minimum, by lądować, wynosiło 1000. Mimo to kapitan Arkadiusz Protasiuk kontynuował podejście, a rosyjski kontroler nie zgłaszał zastrzeżeń. Na niecałe sześć minut przed katastrofą z wieży pada pozwolenie, by pilot zszedł na wysokość 100 metrów i był gotowy do poderwania maszyny, gdyby lądowanie się nie udawało. Nie ma wątpliwości, że w ostatniej fazie lotu w kokpicie był gen. Andrzej Błasik, dowódca lotnictwa. Jego głos jest zarejestrowany na dwie minuty przed wypadkiem. Czy naciskał na pilotów? W stenogramach nie ma na to dowodów. Zagadkowy jest wcześniejszy strzęp rozmowy kapitana z szefem protokołu MSZ Mariuszem Kazaną. 15 minut przed wypadkiem dowódca mówi, że w tych warunkach nie da się lądować. Potem słychać głos Kazany: "No, to mamy problem". Cztery minuty później rejestrator zapisał wyrwaną z kontekstu wypowiedź dyplomaty: "Na razie nie ma decyzji prezydenta, co dalej robić". Manewry, które kapitan Protasiuk wykonywał na minutę przed wypadkiem, nie wywoływały zaniepokojenia na wieży lotniska. Cztery kilometry przed pasem kontroler mówił, że Tu154 jest na właściwym kursie i ścieżce schodzenia. A Protasiuk odpowiadał wieży. Działo się to tuż po pierwszym ostrzeżeniu TAWS – systemu, który informuje o niebezpiecznym zbliżaniu się do ziemi. Od tej chwili samolot szybko się zniża. Nawigator podaje wysokości: 300, 250, 200, 150 metrów. Wszystko w ciągu siedmiu sekund. Na dwa kilometry przed lotniskiem rosyjski kontroler podaje, że Tu154 jest nadal na właściwej ścieżce schodzenia. Tym razem kapitan już nie odpowiada. Do wieży nie odezwie się już ani razu. W kokpicie systemy ostrzegawcze krzyczą: "Ziemia przed tobą, do góry!". Mimo to rozpędzony samolot idzie w dół. Ktoś w kokpicie (najpewniej drugi pilot) mówi: "W normie". Nawigator podaje kolegom, że samolot schodzi do 80 metrów. Drugi pilot mówi: "Odchodzimy". Jednak ciężka maszyna siłą inercji leci w dół. Nawigator: "60, 50 metrów". Dopiero wtedy reaguje wieża: "Horyzont, 101". To wezwanie, by samolot wyrównał lot. Do katastrofy pozostało raptem 12 sekund. Samolot ciągle obniża lot. Działają już wszystkie systemy ostrzegawcze. Kontroler ponownie wzywa do wyrównania. W kabinie dźwięk ścinanych skrzydłami samolotu drzew. Wieża rozkazuje, by załoga przerwała lądowanie i odeszła "na drugi krąg". W kokpicie słychać przekleństwo. Zapis się urywa.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL