fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Polska z bliska i z dystansu

Jan Kidawa Błoński i Włodzimierz Niderhaus ze statuetkami
Fotorzepa, Piotr Wittman Piotr Wittman
Gdynia 2010 - Złote Lwy dla „Różyczki” Jana Kidawy Błońskiego, Srebrne — dla „Chrztu” Marcina Wrony
Kino jest lustrem świata. To stwierdzenie, choć banalne, w ostatnich sezonach nabiera wyrazistości. Na ekrany wraca realizm, a życie dostarcza tak dramatycznych scenariuszy, że wiele obrazów opiera się na autentycznych wydarzeniach.
[wyimek] [link=http://www.rp.pl/artykul/9131,487083_Zlote_Lwy_dla_Jana_Kidawy_Blonskiego.html]Złote Lwy dla Jana Kidawy-Błońskiego[/link][/wyimek]
Artyści rozliczają traumy XX wieku, pokazują przemoc, mechanizmy władzy, manipulacje wielkiego biznesu. Na prestiżowe festiwale wdziera się polityka, a w najciekawszych filmach pojawiają się pytania o kondycję człowieka uwikłanego w historię lub niełatwą współczesność. Polscy twórcy też się w ten nurt wpisują. W różny sposób.
[srodtytul] AIDS XXI wieku [/srodtytul]
Młodzi obserwują Polskę współczesną. Pokazują to, co najbardziej ich boli. Agresję życia społecznego. Nagrodzony Srebrnymi Lwami „Chrzest” Marcina Wrony jest dla mnie największym wydarzeniem ostatniego festiwalu gdyńskiego. Ten bezbłędnie zrealizowany film o człowieku, nad którym wisi wyrok mafii, jest opowieścią o przeszłości, od której nie można się uwolnić, o odpowiedzialności za własne życie, o wadze wyborów, o trudnej, męskiej przyjaźni. Brutalny obraz, opowiadający o bardzo subtelnych uczuciach. Znakomite kino.
Przemysław Wojcieszek w „Made in Poland” czy filmowy debiutant - dramaturg Paweł Sala w „Matce Teresie od kotów” też proponują studium agresji. U Wojcieszka chłopak z blokowiska tatuuje sobie na czole „FUCK OFF”, nienawidzi wszystkich, a metalowy pręt zastępuje mu próbę dialogu z innymi. „Wkurwienie to AIDS XX wieku” - mówi. U Sali, w filmie opartym na faktach, dwaj bracia zabijają matkę. Przemoc wisi nie musi mieć konkretnej przyczyny. Po prostu jest. Jako remedium na frustrację, niespełnienie, bezradność, klimat wokół. Nie ma łatwych odpowiedzi, są tylko pytania.
Przeciwwagą dla tych obrazów jest „Erratum” Marka Lechkiego — intymna podróż do własnych korzeni, wiwisekcja prowadząca do odrodzenia i nadziei.
[srodtytul] Meandry historii [/srodtytul]
Twórcy starszego pokolenia próbowali spojrzeć na życie z dystansu, w przeszłości szukali tematów uniwersalnych, posługiwali się metaforą. I, co najważniejsze, przełamywali schematy, pokazując złożoność postaw oraz meandry historii. W zwycięskiej „Różyczce”, której akcja toczy się w 1968 roku, Jan Kidawa-Błoński portretuje mechanizm wciągania obywateli przez totalitarny system. Pokazuje, jak pierwsze odstępstwa od uczciwości pociągają następne, spychając ludzi na dno. Janusz Majewski w częściowo autobiograficznej „Małej maturze 1947— rysuje obraz dojrzewania wśród podziałów lat powojennych. Feliks Falk w „Joannie” — w niesztampowy sposób opowiada o niełatwej historii kobiety, która ukrywa w czasie niemieckiej okupacji dziewczynkę. Jan Jakub Kolski w „Wenecji” patrzy na polskie tragiczne losy oczami dziecka, rozpaczliwie broniącego się przed podchodzącymi coraz bliżej odgłosami wojny, samotnością, śmiercią. Dzieci są też bohaterami „Jutro będzie lepiej” Doroty Kędzierzawskiej — przypowieści o poszukiwaniu lepszego życia i bolesnymi zderzeniu snów z rzeczywistością.
Twórcy tych dwóch nurtów w kinie posługiwali się się odmiennymi filmowymi językami. Było więc kino tradycyjne, wycyzelowane i spokojne, często oparte na klimacie i to nowoczesne, montowane nerwowo, odtwarzające szybki rytm dzisiejszego dnia. Jedno i drugie — interesujące, uzupełniające się nawzajem.
[srodtytul] Maj czy wrzesień [/srodtytul]
Mamy więc za sobą festiwal ciekawy, choć nie mający takiej siły jak ubiegłoroczny Cud zdarza się raz. Rok, w którym pojawiły się jednocześnie „Rewers”, „Dom zły”, „Zero” i „Wojna polsko-ruska” był wyjątkowy. Ale też z lamentami na temat słabszego ogólnego poziomu tegorocznej produkcji bym nie przesadzała. W końcu od poprzedniego festiwalu upłynęło zaledwie 7 miesięcy. Gdyby przegląd odbywał się, jak zwykle, we wrześniu, obejrzelibyśmy już pewnie nowe filmy Jerzego Skolimowskiego, Filipa Bajona czy debiutanta Jana Komasy.
Tegoroczny test majowego terminu festiwalu nie wypadł zresztą dobrze. — Po premierze w Gdyni łatwiej będzie pozyskać ciekawe tytuły festiwalom letnim — mówi Agnieszka Odorowicz. — Poza tym chcemy starannie przygotowywać dystrybucję polskich filmów, PISF będzie w tym pomagał, dofinansowując ich promocję.
Jednak wśród dystrybutorów przeważa opinia, że majowy festiwal im nie pomaga bo nie mają szans na wykorzystanie medialnego szumu, jaki powstaje z okazji gdyńskich pokazów.
— Wprowadzanie filmów na ekrany w czerwcu, tuż przed wakacjami, jest niemal z góry skazane na niepowodzenie: to w Polsce najgorszy kinowy sezon — mówi mi Mariusz Łukomski z firmy Monolith. — A jesienią nikt już o nagrodach w Gdyni nie będzie pamiętał.
Niefortunne jest też wciśnięcie gdyńskiej imprezy między festiwale w Cannes i Krakowie, a nawet typowanie filmu polskiego do Oscara wydaje się w tym czasie zbyt wczesne, bo według regulaminu Akademii o nominację mają prawo walczyć tytuły, które weszły do kin do 30 września. Doświadczenia najbliższych miesięcy zweryfikują słuszność decyzji o przeniesieniu festiwalu na maj.
[ramka][b]Jan Kidawa-Błoński[/b] | [i]reżyser „Różyczki”[/i]
To moja pierwsza nagroda w Gdyni, więc tym bardziej mnie cieszy. Od dawna chciałem zrobić film o Marcu ’68. Nie obraz historyczny, lecz opowieść o totalitaryzmie mającą wymiar uniwersalny. Próbowałem nie tylko zmierzyć się z polskim antysemityzmem, ale też pokazać niejednoznaczność historii. Moi bohaterowie – oficer SB i dziewczyna, która zostaje tajną agentką – z góry skazani są na potępienie. Pokazuję, że oni też są ludźmi, przeżywają własne tragedie. Scenariusz „Różyczki” powstawał w klimacie IV RP: był wysyp teczek, nagle dowiadywałem się, że jacyś moi przyjaciele byli w przeszłości TW. Im więcej mamy doświadczeń, tym trudniej jest osądzać. Człowiek, który przeżył niejeden zwrot historii, zaczyna nabierać pokory. Przygotowuję film o piłkarzu, który w mistrzostwach świata 1974, w słynnym meczu Polska – Niemcy, mógł zagrać i po jednej, i po drugiej stronie, a nie zagrał wcale. Znów będę opowiadał o przeszłości, ale ciągle szukam klucza do współczesności.
[i]—not. b.h.[/i][/ramka]
[ramka] [link=http://www.rp.pl/temat/483144.html]Zobacz punktację naszych recenzentów[/link]
[link=http://www.rp.pl/artykul/483242,487388_Baranski__Nie_bylo_zle.html]Rozmowa z Andrzejem Barańskim, reżyserem, przewodniczącym jury Konkursu Głównego 35. FPFF w Gdyni[/link]
[link=http://www.rp.pl/artykul/483242,487162__Chrzest__.html]Rozmowa z Marcinem Wroną[/link]
[link=http://www.rp.pl/temat/483242_Pierwsze_Ujecie_PISF.html]Oglądaj więcej w tv.rp.pl[/link]
[link=http://www.rp.pl/artykul/9131,486622_Mlodzi_i_niezalezni.html] Konkurs Kina Niezależnego i Konkurs Młodego Kina[/link]
[link=http://www.rp.pl/temat/465666_35__Festiwal_Polskich_Filmow_Fabularnych_w_Gdyni.html]Czytaj więcej[/link]
[/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA