Opinie

Gesty nie zastąpią prawdy

Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
Argument Rosjan, że nie należy odtajniać akt katyńskich, aby chronić potomków polskich współpracowników NKWD, to taktyczna gra na czas – uważa historyk Wojciech Materski
[b]Rz: Czy papiery, które prezydent Dmitrij Miedwiediew przekazał w Moskwie Bronisławowi Komorowskiemu, to te, na które czekaliśmy? [/b]
[b]Wojciech Materski:[/b] No cóż, to przekazanie było bardzo efektowne. Piękne wnętrze, wielki stos dokumentów na biurku i prezydent Rosji uroczyście wręczający grubą, obitą na zielono teczkę marszałkowi polskiego Sejmu. To świetnie wyglądało w telewizji, ale do żadnego przełomu nie doszło. [b]Dlaczego?[/b]
Przekazane dokumenty to nic nowego. Te 67 tomów dokumentacji procesowej było już od 2005 roku udostępniane naszym historykom i prokuratorom IPN prowadzącym polskie śledztwo w sprawie zbrodni katyńskiej. Różnica polega na tym, że teraz nie będą musieli jeździć do Moskwy, żeby z nich korzystać. Teraz uwierzytelnione kopie tych papierów będą mieli na własnym biurku w Warszawie. To oczywiście ułatwi im pracę, ale naszej wiedzy o zbrodni katyńskiej nie poszerzy. To przekazanie ma więc raczej wymiar symboliczny, a nie merytoryczny. Dużo większą wagę przywiązuję natomiast do zapowiedzi Miedwiediewa, że wkrótce odtajnione zostaną dalsze dokumenty. Oczywiście to tylko obietnica, ale złożona została przecież przez – przynajmniej teoretycznie – najważniejszą osobę w państwie, co daje pewną nadzieję na przyszłość. [b]Czego oczekujemy od Rosjan?[/b] Po pierwsze, odtajnienia 116 tomów materiałów śledztwa rosyjskiej prokuratury wojskowej dotyczącego Katynia, których do tej pory nie widzieliśmy. Po drugie, przekazania nam kilku brakujących podstawowych dokumentów dotyczących zbrodni katyńskiej. Na przykład tak zwanej listy białoruskiej czy protokołów nadzorującej zbrodnię katyńską Centralnej Trójki. Być może niektóre z nich znajdują się zresztą w 116 tomach śledztwa. [b]Rosjanie twierdzą, że dokumentów tych nie wolno odtajniać, żeby nie zaszkodzić rodzinom oprawców...[/b] Mało tego, podczas czwartkowego telemostu Warszawa – Moskwa, w którym wzięli udział historycy i archiwiści z obu stron, przedstawiciel rosyjskich archiwów Oleg Naumow powiedział nam, że w ten sposób Rosjanie chcą chronić również rodziny agentów działających w obozach w Starobielsku, Ostaszkowie i Kozielsku. Czyli polskich jeńców wojennych, których udało się zwerbować obozowemu NKWD do tajnej współpracy. [b]Jak duża była ta agentura?[/b] Nie przekraczała 1 procentu. W każdej społeczności znajdują się ludzie słabsi psychicznie, podatni na zastraszenie, i to, że wśród polskich jeńców było ich tak niewielu, może być dla nas raczej powodem do dumy niż wstydu. Na początku lat 90., za Borysa Jelcyna, w okresie spontanicznego otwierania sowieckich archiwów przekazano nam nieco dokumentów, w których były wymienione nazwiska części tych agentów. Długo zastanawialiśmy się z prof. Aleksandrem Gieysztorem, czy opublikować te papiery w całości, z zamazanymi personaliami, czy też nie publikować ich wcale. W końcu zdecydowaliśmy się na tę trzecią opcję. [b]Dlaczego? [/b] Bo w tych dokumentach nie ma żadnych konkretów, żadnych dowodów. Jest tylko zapis, że zostali zwerbowani. Nie wiadomo jednak nic na temat ich ewentualnych donosów ani skali ewentualnej współpracy. Zresztą sprawa kilku z tych osób była swego czasu głośna. Do armii Andersa dostali się m.in. oficerowie, których Sowieci, zamiast zamordować, osadzili w tak zwanej wili rozkoszy w Małachowce. W Palestynie wytoczono im procesy właśnie za współpracę z NKWD i potem Polska lubelska musiała ich wyciągać z brytyjskich więzień. Używanie dziś argumentu, że nie można odtajniać akt katyńskich, by chronić potomków tych osób, uważam za mało poważne, sprawiające wrażenie taktycznej gry na czas. [b]Wróćmy do dokumentów, jakich oczekujemy od Rosjan. Na ich czele jest tak zwana lista białoruska. Rosjanie twierdzą, że jej nam nie dadzą, bo się „zgubiła”. Czy w ich archiwach rzeczywiście mogło się coś zgubić?[/b] Oczywiście, że mogło. Ołówek albo szklanka. Ale na pewno nie dokument. Znam bardzo dobrze archiwa postsowieckie, w których pracuję od kilkunastu lat, od momentu, gdy zaczęły być udostępniane. Są doskonale zachowane, prowadzone i uporządkowane. Wszystko tam jest na swoim miejscu. Skoro znalazła się, i to w dwóch egzemplarzach, lista ukraińska, to nie ma powodu, by sądzić, że akurat dokumenty na temat Polaków zamordowanych na Białorusi rozpłynęły się w powietrzu. Ludzie organizujący i nadzorujący zbrodnię katyńską musieli mieć w Moskwie komplet nazwisk, żeby móc je dzielić na partie po 100 i wysyłać jako „listy śmierci” do wykonania egzekucji. Tych papierów nikt nie musi więc szukać, na pewno się nie zgubiły. To, czy je dostaniemy, zależy w moim przekonaniu od decyzji politycznej. Na razie jej nie ma. [b]Dlaczego Polsce tak bardzo zależy na liście białoruskiej?[/b] To nie tylko kluczowy materiał dla historyków. Ta lista jest niezwykle ważna dla rodzin wymordowanych. Ci ludzie chcą wiedzieć, jak i kiedy zostali zamordowani ich krewni, gdzie zostali pogrzebani, żeby przed własną śmiercią móc pojechać na ich mogiły i zapalić im świeczkę. [b]Może w archiwach nie ma informacji o miejscu pochówku?[/b] Proszę spojrzeć na sprawę listy ukraińskiej, czyli ludzi z więzień zamordowanych w 1940 roku na ziemiach południowo-wschodnich Rzeczypospolitej anektowanych do sowieckiej Ukrainy. Sama lista się znalazła – i to w dwóch egzemplarzach, ale my nadal nie wiemy, gdzie ci ludzie są pogrzebani. Mówi się, że w Bykowni, może w Nowogrodzie Wołyńskim. Profesor Andrzej Kola z Uniwersytetu Toruńskiego kopał tam i rzeczywiście znalazł zwłoki w polskich mundurach wraz z dokumentami bądź nieśmiertelnikami. Ale należały do innych osób! Spoza listy ukraińskiej. To byli inni oficerowie. Nie wierzę, by w postsowieckich archiwach nie było informacji o tym, gdzie pogrzebano 7,3 tysiąca osób. Znowu więc zapewne brakuje woli politycznej, by przekazać nam te informacje. [b]W przypadku listy białoruskiej mówimy o 3780 zamordowanych?[/b] Tak, chodzi o ludzi więzionych na terenie ziem Rzeczypospolitej wcielonych do sowieckiej Białorusi – też oficerów, policjantów, inteligentów, ale nie wziętych do niewoli na polu walki, lecz aresztowanych przez NKWD i osadzonych w więzieniach już po aneksji wschodnich terenów Rzeczypospolitej. I w tym wypadku nie znamy nawet ich tożsamości. W sumie nie możemy się doliczyć około 100 tysięcy obywateli polskich, którzy podczas II wojny światowej przepadli na Wschodzie. Zidentyfikowanie przynajmniej tych 3780 osób byłoby więc niezwykle cenne. To w końcu nasza historia, nasza wielka narodowa tragedia. Rosjanie powinni to zrozumieć. [b]A co się stało z teczkami osobowymi ofiar zbrodni katyńskiej?[/b] Szef KGB Aleksander Szelepin w marcu 1959 roku proponował w notatce dla szefa partii Nikity Chruszczowa, żeby je zniszczyć. Ale żadnych śladów świadczących o tym, że jego sugestię wykonano, nie ma. A to byłaby ogromna operacja. Mówimy bowiem o kolosalnej liczbie dokumentów. 22 tysiące teczek osobowych to kubatura sali konferencyjnej. Aby to zniszczyć, potrzeba byłoby paru ludzi oddelegowanych do tej pracy na dwa – trzy tygodnie. Do tego ktoś musiałby złożyć zapotrzebowanie na piece, na węgiel. W archiwach nie ma zaś żadnych kwitów, żadnych dokumentów na ten temat. System sowiecki na każdym szczeblu wytwarzał gigantyczną ilość dokumentacji. Skoro nie ma żadnych papierów świadczących o tym, że teczki osobowe Polaków zniszczono, można powiedzieć z dużą dozą prawdopodobieństwa, że nadal znajdują się w archiwach. [b]Czy oznacza to, że Rosjanie nie mówią nam prawdy?[/b] Obawiam się, że tak. Rozumiem, iż przyjemnie jest usłyszeć pod swoim adresem coś miłego. To dobrze, że dyskusja toczy się teraz w sympatycznej atmosferze. Ale same gesty – nawet najbardziej przyjazne – nie zastąpią realnych działań. [b]Czy to znaczy, że nie powinniśmy liczyć na wielki przełom w sprawie Katynia?[/b] Niestety, polityka władz rosyjskich tak naprawdę się nie zmieniła. Zmieniła się jedynie jej forma, poprawie uległa atmosfera. Ale merytorycznie nie widać postępu, a nawet wystąpił regres. Jego symbolem jest pismo, które Rosjanie przesłali do Strasburga w odpowiedzi na monit Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w kwestii nierzetelności rosyjskiego śledztwa w sprawie zbrodni katyńskiej. To całkowita katastrofa. I merytorycznie i od strony formalnoprawnej. [b]Napisali w nim m.in., że nie jest pewne, czy Polacy rzeczywiście zostali rozstrzelani. [/b] To absurd do kwadratu. Rosjanie twierdzą, że pewność istnieje tylko w 22 przypadkach. W kwestii pozostałych 21 835 zamordowanych Polaków tej pewności już nie ma. A więc pomniejszają zbrodnię dokładnie tysiąc razy. [b]Mowa wygłoszoną 7 kwietnia przez Władimira Putina w Katyniu budziła nadzieje na zmiany...[/b] Mnie nie zachwyciła, aczkolwiek oceniam ją jako postęp w stosunku do jego wcześniejszych wypowiedzi. Putin opowiadał o „walcu totalitaryzmu”. Wy cierpieliście, my cierpieliśmy, jesteśmy braćmi w cierpieniu i tym podobne ogólniki. Dopiero później, podczas konferencji w gmachu rady miejskiej, został przyciśnięty przez dziennikarzy, o jaki konkretnie totalitaryzm mu chodziło. Byłem wówczas na sali, siedziałem blisko niego. Wił się jak piskorz, wreszcie zdecydował się na wymienienie jednego nazwiska: Beria. „Beria i jego otoczenie”. Więcej nie powiedział. [b]Czego pan oczekiwał?[/b] Znaczącego postępu w podejściu do kwestii zbrodni katyńskiej. Tymczasem w jego wystąpieniu na tej konferencji, podobnie jak wcześniej w Katyniu, znalazł się element zdecydowanie zniechęcający. Putin powiedział o 32 tysiącach żołnierzy Armii Czerwonej, którzy rzekomo mieli umrzeć w polskiej niewoli po wojnie 1920 roku. Tymczasem naukowcy z obu państw już dawno opublikowali ogromny tom dokumentów, w którym zweryfikowali, że jeńców tych było do 18,5 tysiąca (tylko członek komitetu redakcyjnego prof. Giennadij Matwiejew obstawał przy liczbie 20 tysięcy) i zmarli oni głównie w wyniku szalejących w obozach epidemii. Skąd więc Putin wziął te 32 tysiące? Dlaczego znów przeciwstawił jeńców roku 1920 ofiarom zbrodni katyńskiej? To niedopuszczalny powrót do manipulacji, do anty-Katynia. [b]Co ma pan na myśli?[/b] Michaił Gorbaczow w tajnym rozporządzeniu z listopada 1990 roku wydał polecenie, by „coś znaleźć na Polaków”. Jakąś polską zbrodnię, którą można byłoby przeciwstawić Katyniowi. I usłużni sowieccy historycy oczywiście taką znaleźli. Było nią jakoby wymordowanie przez Polaków bolszewickich jeńców wojny 1919 –1920. To o tyle ciekawe, że w dwudziestoleciu międzywojennym – gdy stosunki polsko-sowieckie były fatalne – nikomu w Moskwie nawet do głowy nie przyszło takie całkowicie nieprawdziwe zarzuty stawiać. O tych jeńcach przypomnieli sobie dopiero, gdy trzeba było się przyznać do Katynia. Cała ta historia to jawna manipulacja, do której teraz Putin w części wraca, zawyżając liczbę zmarłych w naszej niewoli czerwonoarmistów niemal dwukrotnie. Doceniając zmianę tonu premiera Putina czy w większym jeszcze stopniu prezydenta Miedwiediewa w stosunku do Polski, nie możemy dać się tym uśpić, nie zauważyć braku postępu w sprawach nas dzielących. Nie możemy przestać protestować przeciwko nadal obowiązującej w Rosji skandalicznej kwalifikacji zbrodni katyńskiej jako mordu pospolitego, który uległ przedawnieniu. Przy okazji spotkania Polsko-Rosyjskiej Grupy ds. Trudnych z obydwoma premierami wręczyłem Putinowi swoją najnowszą książkę „Mord katyński. 70 lat drogi do prawdy”, która opowiada o historii kłamstwa katyńskiego i w której jest rozdział poświęcony anty-Katyniowi. Będę jednak z panem szczery: wątpię, czy ktokolwiek z otoczenia Putina chociażby ją przekartkuje. [b]Nie ma więc żadnej nadziei na ostateczne wyjaśnienie zbrodni katyńskiej?[/b] No cóż, jakaś niewielka jaskółka się pojawiła. Sąd Najwyższy Rosji uchylił postanowienie kolegium międzyresortowego ds. tajemnic państwowych o odrzuceniu skargi Memoriału na utajnienie decyzji o umorzeniu śledztwa katyńskiego i skierował ją do ponownego rozpatrzenia. Czy coś z tego wyniknie? Zobaczymy. Należy oczywiście zachować ostrożność, bo skarga może równie dobrze zakończyć się tak samo – może zostać ponownie odrzucona, tym razem nie ze względów formalnych, lecz „merytorycznych”. Poza tym zarysowuje się ciekawa różnica zdań w kwestii zbrodni katyńskiej między Miedwiediewem a Putinem. Prezydent Rosji wyraźnie powiedział, że za Katyń odpowiada Stalin, a ponadto stwierdził 20 kwietnia, iż sam obejmie nadzór nad śledztwem katyńskim. Zważywszy, iż śledztwo to zostało zakończone we wrześniu 2004 roku, wygląda na to, że Miedwiediew dał do zrozumienia, iż podjął już decyzję w kwestii jego wznowienia. A o to właśnie zabiega strona polska i wspomagający ją Memoriał. Dodatkowo wręczając wczoraj marszałkowi Komorowskiemu 67 tomów akt procesowych, zapewnił, że poczyni starania, by także pozostałe tomy zostały odtajnione, a ich zawartość trafiła do Polski. To niewątpliwie wzbudza nadzieję, ale... ostrożną. [b]Czy możliwe jest, że to tylko taktyka Rosjan? [/b] Być może ma pan rację. Może to tylko taktyka mająca zdezorientować Polaków. Ale niewykluczone, że rzeczywiście na szczytach władzy w Moskwie zaczyna się jakaś rywalizacja. Poczekajmy. [b]Jak ocenia pan opublikowanie przez Rosjan w Internecie dokumentów katyńskich?[/b] To ma znaczenie głównie dla rosyjskiego społeczeństwa. Teraz i Rosjanie uzyskali powszechny dostęp do trzech kluczowych dokumentów sprawy katyńskiej, które Polakom są doskonale znane. Pochodzą z tzw. teczki numer 1, którą otrzymaliśmy od Rosjan 18 lat temu, 14 października 1992 roku. Pańska gazeta opublikowała je dwa dni później. Natomiast dla nas to nic nowego. Jedyne, co może zainteresować historyków, to fakt, że po raz pierwszy dokumenty te zostały opublikowane w kolorze, w postaci tzw. pdfów. [b]Jakie to ma znaczenie?[/b] Znałem osobiście tłumacza Stalina Walentina Bierieżkowa. Powiedział mi, że jedyną osobą na szczytach sowieckiej władzy, która robiła na dokumentach poprawki i dopiski czerwoną kredką, był właśnie Stalin. Teraz więc, analizując te papiery w kolorze, możemy się dowiedzieć, co wyszło spod ręki samego Stalina. [b]W Polsce pojawiały się głosy, że Putin powinien przeprosić za Katyń.[/b] Nie podzielam tej opinii. Wystarczy, by powiedział, że Katyń był sowiecką zbrodnią wojenną o cechach ludobójstwa. Putin nie musi za nic przepraszać, niech tylko powie prawdę. To właśnie prawda jest najważniejsza. [i]Prof. Wojciech Materski jest polskim historykiem specjalizującym się w dziejach Związku Sowieckiego. Jednym z największych znawców postsowieckich archiwów, autorem wielu artykułów i książek, m.in. „Na widecie. II Rzeczpospolita wobec Sowietów 1918 –1943”, „Dyplomacja Polski «lubelskiej». Lipiec 1944 – marzec 1947” czy ostatnio „Mord katyński. Siedemdziesiąt lat drogi do prawdy”. Prof. Materski jest dyrektorem Instytutu Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk. Zasiada w Polsko-Rosyjskiej Grupie ds. Trudnych.[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL