fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Artysta jak rozpędzony pociąg

Fotorzepa, Danuta Matloch Danuta Matloch
Jest Osetyjczykiem, który wierzy w siłę i potęgę rosyjskiej sztuki. Największe imperium muzyczne świata, które stworzył Walery Gergiew, ma więc siedzibę w Petersburgu
Od lat życie spędza w podróżach, nie ma drugiego tak zapracowanego dyrygenta.
– Kiedy postanowiłem porozmawiać o współpracy z Gergiewem, bo znamy się od lat, zaproponował spotkanie za tydzień w Berlinie o północy – opowiada Waldemar Dąbrowski, dyrektor Opery Narodowej. – To był jego jedyny wolny termin w dającej się określić przyszłości. Pojechałem, gadaliśmy do rana, ustaliliśmy, co trzeba, i wróciłem do Warszawy.
Niektórzy twierdzą, że jeśli w podróży wypada mu dzień postoju w jakimś mieście, prosi o zorganizowanie tam koncertu, aby nie marnować czasu.
Walery Gergiew śmieje się, gdy powtarzam mu te opinie. – Obecnie na stałe pracuję tylko z dwiema orkiestrami, w moim Teatrze Maryjskim w Petersburgu oraz z London Symphony Orchestra – mówi. – Rzadziej niż dawniej pojawiam się w Metropolitan Opera w Nowym Jorku, w tym sezonie przygotuję tam tylko jedną premierę. A żaden z festiwali, którymi kieruję, nie trwa zbyt długo. Na ogół jeżdżę na nie z petersburskim zespołem, więc nie siedzę całymi dniami na próbach. Mogę robić inne rzeczy, także zająć się rodziną i dziećmi.
Brzmi to jednak mało wiarygodnie w przypadku artysty, który na styczniowego „Oniegina” Czajkowskiego w Operze Narodowej przyjechał do Warszawy tuż przed jedyną próbą. – Widać było, że jest zmęczony – opowiada Artur Ruciński, wykonawca tytułowej roli. – Momentami miałem wrażenie, że przy pulpicie walczy ze snem. Dostrzegł chyba niepokój w moich oczach, bo powiedział: – Nie przejmuj się, na spektaklu będzie dobrze! I miał rację. Prowadził orkiestrę niesłychanie spokojnie, zmuszał ją do słuchania śpiewaków. Z takim dyrygentem czuję się komfortowo na scenie.
Podobne doświadczenia z Walerym Gergiewem ma Rafał Blechacz. Pod jego batutą debiutował przed rosyjską publicznością, grał w Moskwie koncert Chopina. – Odbyliśmy jedną próbę – mówi – podczas której Gergiew dyrygował, rozmawiając cały czas przez komórkę. Byłem w strachu, ale występ udał się znakomicie.
Kiedy teraz siedzimy w hotelowej kawiarni, telefon też ciągle dzwoni. Walery Gergiew wydaje współpracownikom polecenia, po czym odkłada słuchawkę i bez problemu wraca do przerwanego wątku rozmowy. W pewnym momencie tłumaczy: – Teatr Maryjski jest jak rozpędzony pociąg ekspresowy, nie sposób go zatrzymać choćby na moment.
Jego dyrektorem został w 1988 roku. Miał 35 lat i rozpoczynał własną dyrygencką karierę za granicą. – Nie mianował mnie żaden minister ani partyjny dygnitarz, ale wybrał zespół – podkreśla i dziś z dumą.
Na początku lat 90. w dawnych państwach obozu socjalistycznego rozpoczął się bolesny proces transformacji ekonomicznej i instytucje artystyczne znalazły się na krawędzi upadku. Tymczasem Teatr Maryjski (wówczas jeszcze Teatr im. Kirowa) rozkwitł. Walery Gergiew wykorzystał osobiste kontakty na Zachodzie. Kiedy sam nagrywał płyty, namawiał koncerny fonograficzne do inwestowania w petersburski zespół. Szukał sponsorów wśród amerykańskich milionerów i jako jeden z pierwszych zrozumiał, że wielkie teatry nie mogą funkcjonować bez koprodukcji. Nie czuł się jednak petentem, to on proponował warunki.
– O współpracy z Metropolitan Opera zacząłem rozmawiać jakieś 18 lat temu – mówi. – Zasugerowałem „Ognistego ptaka” Prokofiewa, ale w Nowym Jorku niemal nikt nie słyszał o takim utworze. Zdołałem partnerów przekonać i po pierwszej premierze przyszły następne. Dziś lista rosyjskich oper wystawionych na tej scenie jest długa.
[srodtytul]Putin na przedstawieniu[/srodtytul]
Pamięta jednak o państwowej kasie, z której otrzymuje 40 procent rocznego budżetu. – Opera w naszym systemie nie może istnieć bez pomocy państwa. Teatr Maryjski to klejnot – uważa. – Rosja może być z nas dumna, bo nie jesteśmy gościem, ale stałym rezydentem na przykład w Waszyngtonie. Występujemy tam przez kilkanaście dni i Amerykanie chcą nas oglądać. Tak samo jest w Nowym Jorku, Los Angeles czy San Francisco, w Londynie i w Japonii, gdzie jedziemy z programem poświęconym wyłącznie Szostakowiczowi czy Strawińskiemu, i bilety są wyprzedane. Na tym polega nasza misja.
– W zeszłym sezonie daliśmy 690 przedstawień i koncertów w Rosji oraz na świecie – dodaje. – Zatrudniamy ponad 200 muzyków, kiedy jedni podróżują, inni w tym samym czasie grają w Petersburgu. Nie wiem, czy jakikolwiek teatr może sobie na to pozwolić, u nas orkiestra, balet i zespół operowy prowadzą samodzielne życie.
Urodził się w Moskwie w 1953 roku, ale jest Osetyjczykiem. Dzieciństwo spędził w Osetii Północnej, w jej stolicy Władykaukazie, która wtedy nazywała się Ordżonikidze. – Moi rodzice nie zajmowali się profesjonalnie muzyką, ale była ona stale obecna w naszym domu – wspomina. – Mimo że wychowałem się z dala od wielkich ośrodków kulturalnych, chodziliśmy na koncerty i przedstawienia.
W 1972 roku pojechał na studia do Leningradu. I z wyjątkiem krótkiego okresu na początku lat 80., kiedy był głównym dyrygentem Filharmonii w Armenii, z tym miastem związał swoje życie.
Wierzy w potęgę rosyjskiej sztuki. – W XVIII wieku Rosja stała się imperium, także muzycznym – uważa. – W następnych stuleciach udowodniła swą moc w innych dziedzinach: w literaturze, w filmie, by wspomnieć Sergiusza Eisensteina. Dopiero potem nastąpiło załamanie. Teraz odżywa, znów mamy wybitnych kompozytorów, Sofię Gubajdulinę czy Borisa Tiszczenkę. Nie powinniśmy jednak stać się maszynką do zarabiania pieniędzy.
W 2008 roku potępił gruziński atak na Osetię Południową i w jej stolicy Cchinwali poprowadził koncert ku czci ofiar konfliktu. To samo uczynił pięć lat wcześniej po masakrze w szkole w Biesłanie. Wtedy wystąpił też przed kamerami telewizyjnymi, apelując o zaniechanie odwetu po tej tragedii.
Nie brak opinii, że potęgę Teatru Maryjskiego zbudował, wykorzystując swą przyjaźń z Władimirem Putinem. – To wymysł zachodnich dziennikarzy – odpowiada. – On bardzo szanuje Teatr Maryjski, zna mnie od dawna, ale trudno mówić o przyjaźni. Podobne stosunki łączą mnie z wieloma politykami, choćby z waszym byłym prezydentem Kwaśniewskim, spotykałem się z nim w Davos. Putin bywa na naszych przedstawieniach, odwiedza Ermitaż, bo to najważniejsze instytucje artystyczne w Rosji. Istotniejsze jest jednak to, że za jego rządów doszło do władzy nowe pokolenie pomagające sztuce bardziej niż w krajach zachodnich. Putin nie obcina wydatków na kulturę, dzięki temu w Rosji nie uległa ona całkowitej komercjalizacji. Na tym polega różnica między nim a innymi przywódcami.
Gergiew mógłby powiedzieć o sobie: Teatr to ja. Kiedy w 2008 roku wystawił w Petersburgu „Króla Rogera” Szymanowskiego, na godzinę przed spektaklem zarządził konferencję prasową. Przyszedł spóźniony, rozmowa zaczęła się rozwijać, więc w pewnym momencie spojrzał na zegarek i powiedział asystentowi: – Proszę ogłosić publiczności, że z powodu korków w mieście przedstawienie zacznie się z półgodzinnym opóźnieniem.
[srodtytul]Wszystko jest sukcesem[/srodtytul]
Nie ma jednak cech dyktatora. Bardzo troszczy się o rozwój śpiewaków swojego zespołu. – Tłumaczę im, że nie muszą przyjmować propozycji z drugorzędnych teatrów niemieckich, skoro z nami jeżdżą stale na Zachód. Poskramiam ich niezdrowe ambicje, dbam, by nie przyjmowali za wcześnie zbyt trudnych ról – mówi. – I żeby czuli się w pełni usatysfakcjonowani, zapraszamy do Petersburga największe gwiazdy. Mogą być partnerami Placida Domingo czy Renée Fleming.
– Fascynujący jest jego sposób porozumiewania się z orkiestrą – wyjaśnia dyrygent Tadeusz Strugała. – Ma bardzo oszczędne gesty, nie używa batuty, ale nawet najdrobniejszy ruch palca jest ważny. Niczego nie narzuca, ale dokładnie wie, co chce osiągnąć. Każdy dźwięk ma odpowiednią barwę i intensywność. To kwestia wrodzonego talentu, tego nie można się nauczyć.
Pytam Gergiewa, czy po 22 latach nie czuje się zmęczony dyrektorowaniem. – Absolutnie nie, ciągle znajduję motywację do pracy, większą nawet niż dawniej – odpowiada. – Wychowałem nową publiczność, przychodzi dużo młodych ludzi. Wprowadziłem tani studencki abonament na osiem oper i baletów Prokofiewa. Niektórzy pukali się w czoło: kto będzie chciał obejrzeć tyle trudnych dzieł? Wszystkie zostały wyprzedane! W 2010 roku mamy abonament na opery, balety oraz utwory koncertowe Rodiona Szczedrina. A na moje spotkanie z kompozytorem przyszło ponad 300 osób, mimo że tego dnia Petersburg był zasypany śniegiem. Dziesięć lat temu takie pomysły byłyby dyrektorskim samobójstwem.
Nieustannie pomnaża sukcesy. Trzy lata temu dzięki prywatnym sponsorom wybudował w Petersburgu nową salę koncertową dla teatru. – Zaryzykowałem też własne pieniądze – przyznaje. – Ale opłaciło się, już daliśmy około tysiąca koncertów. Jego najnowszy pomysł to wytwórnia fonograficzna Teatru Maryjskiego. Pierwsze płyty, m.in. z operą „Nos” Szostakowicza, zdobyły w tym roku pięć nominacji do Grammy.
Jak to wszystko osiągnął? – Ważna jest cierpliwość, nie wszystko da się zrobić od razu – mówi. – I mam w świecie przyjaciół, z którymi utrzymuję bezpośrednie kontakty. Telefon lub e-mail nie wystarczy, wówczas ludzie zapominają, jak wyglądam i jak brzmi mój głos.
Pytam na koniec, czy miewa w ogóle wakacje. – Oczywiście – mówi – kilka razy w roku, choć nigdy niezbyt długie.
[ramka]Walery Giergiew (ur. 1953) - dyrygent
Od 22 lat dyrektor Teatru Maryjskiego w Petersburgu, także szef London Symphony Orchestra, z którą we wtorek wystąpi po raz pierwszy w Polsce w Filharmonii Narodowej w Warszawie. [/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA