fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Konsolidacja marzeń

Fotorzepa, Seweryn Sołtys Seweryn Sołtys
Donald Tusk nie był ani pierwszym, ani jedynym politykiem, który deklarował w zeszłym tygodniu cięcia budżetowe. Był ich cały wysyp. – pisze publicysta
Premier Hiszpanii zapowiedział redukcję 10 proc. deficytu o 50 mld euro (do 5 proc. PKB). Co więcej, w przeciwieństwie do polskiego premiera ma już gotową ustawę i poparcie opozycji dla podniesienia wieku emerytalnego z 65 na 67 lat.
Premier Rumunii obiecał jeszcze w tym roku zredukować swój deficyt z 7,3 proc. do 5,9 i w 2011 r. dojść do wymaganych 3 proc. Premier Portugalii z 9 proc. deficytu chce dojść do 3 proc. nie później niż w 2013 roku. Premier Czech przedstawił konkretny plan dochodzenia do 3 proc. deficytu w 2014 r., zaczynając od ścięcia obecnych 6,9 proc. do 5,5 proc. PKB w 2010 r. Bułgaria obiecała ograniczyć rządowe wydatki o 15 proc. Premier Irlandii zapowiedział drastyczne cięcia świadczeń socjalnych i wszystkich pensji w sektorze publicznym. Konferencje prasowe miał też prezydent Brazylii, a prezydent USA Barack Obama połowę swojego dorocznego orędzia poświęcił redukowaniu deficytu.
[srodtytul]Podziękujmy polskim bankierom[/srodtytul]
To prawda, że 6,6 proc. zadłużenia nie jest najgorszym wynikiem na świecie. Ale rzecz w tym, że świat jest w najgorszej kondycji budżetowej od czasów II wojny światowej. W tym roku rządy pożyczą kolejne 5 trylionów dolarów na finansowanie swoich zobowiązań. Dług Stanów Zjednoczonych przekroczył już 84 proc. PKB. Zadłużenie całej Unii Europejskiej zbliża się do 100 proc. PKB. Kilkanaście państw jest na granicy wypłacalności, w tym całkiem spora Ukraina, Argentyna, Hiszpania czy Włochy.
Droga do normalności będzie bolesna. Po prowizorycznych cięciach przyjdą następne. Znacznie bardziej radykalne. Będziemy świadkami końca socjalnego kapitalizmu, masowego wzrostu podatków. Ale ci, którzy przełamią klincz deficytu, przejdą do wyższej ligi. Tu Donald Tusk ma rację, ale czy jego program konsolidacji finansów tam nas doprowadzi?
Europejski Bank Centralny wystąpił w zeszłym tygodniu z apelem o wyhamowanie pakietów stymulacyjnych i szybsze wprowadzanie programów oszczędnościowych. W wywiadzie dla „Financial Times” członek rady nadzorczej banku Gertrude Tumpel-Gugerell ostrzegła, że dług 100 proc. PKB zwielokrotni koszty obsługi kredytów i tempo wzrostu w całej Unii. Prof. Kenneth Rogoff w głośnej książce „Tym razem jest inaczej. Osiem wieków finansowego szaleństwa” („This Time is Different: Eight Centuries of Financial Folly”) dowodzi, że przy 90-proc. zadłużeniu w stosunku do PKB gospodarka kurczy się o 2 punkty proc. i z każdymi następnymi 10 proc. o kolejny punkt.
Mało tego, Europa też ma swoje Fannie Mae i Freddie Mac, wielkie banki zabezpieczone rządowymi gwarancjami, albo tak duże, że żadne państwo nie może pozwolić na ich upadek. Dlatego ekonomiści coraz częściej komasują zadłużenie. I tak dług amerykańskiego rządu plus zadłużenie największych instytucji, jak AIG czy Citigroup, prof. Rogoff szacuje na 200 proc. PKB.
Ale to nic w porównaniu z Wielką Brytanią, gdzie zakumulowany dług wynosi 500 proc. PKB. W przypadku Irlandii dług państwa to „zaledwie” 41 proc. PKB, ale razem z podpierającymi się o Skarb Państwa bankami to już 800 proc. PKB.
Polskie banki – wynika z raportu agencji ratingowej Fitch – najlepiej w Europie poradziły sobie z kryzysem. Ale system finansowy to naczynia połączone. Ryzyko rozkłada się na całą Unię, tak jak zapaść greckich finansów na całe euro.
[srodtytul]Ranking bankrutów[/srodtytul]
W miarę jak finanse zapadają się pod ciężarem długów, inwestorzy niechętnie kupują obligacje, co zmusza rządy do podnoszenia stopy zwrotu. Przez pierwsze dwa tygodnie stycznia obserwowaliśmy praktycznie zerowy popyt na greckie obligacje. Obietnice reform i deklaracje UE, że nie zamierza wypchnąć Grecji ze strefy euro, niewiele pomogły. Dopiero rekordowo wysokie oprocentowanie obligacji – 7,25 proc. – pozwoliło rządowi uzyskać fundusze na funkcjonowanie państwa.
Powstaje błędne koło. Kraj zaciąga coraz większe długi, żeby spłacać długi. To już prosta droga do ogłoszenia niewypłacalności. Polska nie ma tragicznej sytuacji, jak Grecja, Hiszpania czy nawet Włochy, ale coraz atrakcyjniej oprocentowane obligacje w innych krajach będą wymuszały ustępstwa również na naszym rządzie.
W rankingu Credit Default Swaps (to specjalna transakcja, w której wyceniane jest ryzyko niewypłacalności) Polska znalazła się na 56. miejscu z 85 notowanych. Prawdopodobieństwo, że nasz kraj utraci zdolność do spłacania długów, oceniane jest dziś na 8 proc. To relatywnie mało, jeżeli zestawimy nas z ostatnią na liście Argentyną (48 proc. prawdopodobieństwa). Ale i dużo, jeżeli zobaczymy, jak blisko nam do państw niedawno uważanych za bankrutów, np. Estonia (9,7 proc. prawdopodobieństwa). Czechy, które są na 32. pozycji, mają zaledwie 5,8 proc. prawdopodobieństwa. A do Niemiec (2,3 proc.) czy Francji (2,9 proc.) jest nam bardzo daleko. Mimo wyższego wzrostu gospodarczego i większego zadłużenia te kraje stanowią mniejsze ryzyko i mniej płacą za swoje długi.
[srodtytul]Na krawędzi[/srodtytul]
Czy kraj może zbankrutować? I to jak! W 1989 r. Rosja i Ukraina odmówiły płacenia zobowiązań. Argentyna zrobiła to dwukrotnie w 1989 i 2001 r., dziś przymierza się do tego po raz trzeci.
Na liście podejrzanych jest Dubaj i Ukraina (po raz drugi). Grecja stoi na krawędzi i za kredyt płaci 3,5 proc. powyżej bazowego oprocentowania. To więcej niż niektóre duże firmy. I pomyśleć, że 2600 lat temu właśnie w Grecji, w królestwie Lidii, narodziła się moneta jako instrument stabilizacji finansów.
Kolejna na liście jest Islandia. Po wybuchu kryzysu rząd zablokował wypłatę 3,8 miliarda euro należnych brytyjskim i duńskim inwestorom. MFW natychmiast zagroził wycofaniem funduszu pomocowego. Ratingi poleciały w dół, a z nimi w górę poszybowały koszty obsługi długu. Pojawiła się propozycja kompromisu, ale prezydent ją zawetował. 6 marca Islandczycy mogą ją ostatecznie odrzucić w referendum, co w praktyce będzie oznaczało niewypłacalność.
Ukraina wysoko na liście zagrożonych bankructwem – z 43 proc. – również utraciła zdolność do absorpcji pomocy MFW. Fundusz zamroził wypłatę 3,8 miliarda dolarów, gdy rząd, chcąc kupić sobie wyborców, obiecał podniesienie płacy minimalnej. Teraz świat w napięciu czeka, czy wybory cokolwiek rozwiążą, czy tylko zaostrzą konflikty i populistyczne nastroje w rządzie.
Polityka może też stanąć na drodze do bezpieczeństwa finansowego Łotwy. Ambitny plan oszczędnościowy został odrzucony. Sąd stwierdził, że redukcja świadczeń emerytalnych jest niezgodna z konstytucją. Rząd musi teraz zwrócić pieniądze emerytom i szukać nowych oszczędności tuż przed jesiennymi wyborami. Ma wybór, albo przegra wybory, albo straci pomoc MFW i ogłosi niewypłacalność.
Plan konsolidacji finansów premiera Tuska jest ambitny, ale nie za sprawą odważnych cięć. Ambitne są tylko marzenia. Żeby w 2015 r. wejść do strefy euro, w 2013 r. musielibyśmy być już w przedsionku RM2 z deficytem na poziomie 3 proc. Czy w trzy lata można ściąć deficyt o 4 punkty, w sytuacji kiedy zadłużenie wciąż rośnie i w 2010 r. pod nosem obradujących posłów może skoczyć do 7,5 proc.? To wymagałoby znacznie większej determinacji niż ta, którą zademonstrował premier Tusk.
[srodtytul]Zostawcie coś lewicy[/srodtytul]
Polska na obsługę długu w przyszłym roku wyda 39 mld zł, o 4 mld więcej niż w tym roku i 6 mld więcej niż rok wcześniej. Tempo jest zawrotne. W naszym regionie wyższy koszt obsługi długu publicznego mają jeszcze Węgry (4,4 proc. w stosunku do PKB) z deficytem 79 proc. Do tego dochodzi prawdopodobieństwo, że szybki wzrost gospodarczy w USA (5,2 w IV kwartale) może wzmocnić dolara i uruchomić mechanizmy antyinflacyjne. Zarówno amerykański Bank Rezerw Federalnych, jak i Europejski Bank Centralny mogą podnieść stopy procentowe i tym samym koszty kredytów.
Premier chce ograniczyć wzrost elastycznej części wydatków, czyli 25 proc. budżetu, do 1 proc. ponad inflację. Nie tylko, że jest to jeden z najbardziej zachowawczych programów oszczędnościowych proponowanych w ostatnim tygodniu, ale z założenia nieskuteczny.
Dla przykładu. Prezydent Obama zapowiedział całkowite zamrożenie elastycznych wydatków amerykańskiego budżetu. To jest jakieś 20 proc. budżetu. Ale zanim jeszcze wypowiedział te słowa, zwrócił się do Kongresu o podniesienie pułapu dopuszczalnego zadłużenia państwa z 12,4 miliarda na 14,3 biliona. Wie, że nawet całkowicie zamrażając wydatki, może jedynie spowolnić wzrost, ale niczego nie utnie. Krzysztof Rybiński na portalu „Obserwator finansowy” przytacza interesującą analizę OECD. Z symulacji deficytu budżetowego Polski, przy założeniu, że co roku deficyt jest redukowany o 1 proc., wynika, że w 2017 roku dług publiczny miałby wynieść 76 proc. PKB. A więc wzrost i to spory.
Bez radykalnych zmian, bez uelastycznienia kolejnych 30 proc. budżetu, dogłębnej reformy świadczeń socjalnych, nie ruszymy z miejsca. Chyba że pod tajemniczym zapisem w programie konsolidacji wydatków „dodatkowe elementy zmniejszania relacji wydatków publicznych” kryją się nowe podatki. Ale to nijak ma się do obietnic konkurencyjności polskiej gospodarki i tworzenia raju dla inwestorów.
Dlatego ważniejsze od kurczowego trzymania się daty 2015 jest przeprowadzenie wielkich reform strukturalnych. Podniesienie wieku emerytalnego, stworzenie spójnego i sprawiedliwego systemu emerytur dla wszystkich grup zawodowych. Nie tylko mundurowych, ale i górników, rolników. Ma rację prof. Jerzy Osiatyński, że efekty zobaczymy nie wcześniej niż za osiem lat, ale tylko w ten sposób możemy dokonać obiecanego skoku cywilizacyjnego.
Co na to opozycja? No cóż, lewica musi pamiętać, że kiedyś dojdzie do władzy. Wtedy będzie chciała robić to, co lubi najbardziej – rozdawać pieniądze. Ale najpierw musi mieć z czego.
[i]Autor był redaktorem naczelnym tygodnika „Newsweek Polska” i wiceprezesem wydawnictwa Polskapresse. Współpracuje z „Rzeczpospolitą”[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA