fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Bardowie na cokole

Wybitny dziennikarz radiowy Bogdan Tuszyński, który jesień swojego życia poświęca od dawien dawna historii sportu i mediów, wydał kolejną książkę.
Tytuł "Bardowie sportu" mówi wszystko. Są w niej sylwetki koleżanek i kolegów po fachu, którzy przez dziesiątki lat, mówiąc górnolotnie, tworzyli historię polskiego dziennikarstwa sportowego. Wielu z nich zdążyłem poznać, z tym większą więc zachłannością zabrałem się do czytania. Skończyłem w środku nocy, wiedząc doskonale, że do lektury będę wielokrotnie wracał.
[wyimek][b][link=http://blog.rp.pl/fafara/2010/01/13/bardowie-na-cokole/]skomentuj na blogu[/link][/b][/wyimek]
Tuszyński wykonał benedyktyńską robotę, nie mam więc pewności, czy wypada mi zgłaszać jakiekolwiek zastrzeżenia do jego dzieła. Nie są to zresztą uwagi podważające jakość pracy autora. Nazwałbym to raczej marudzeniem człowieka, który chciałby mieć dwa w jednym, a więc oprócz treści historycznych także elementy bardziej dziennikarskie. Nie zaszkodziłoby wiedzieć, jakimi ludźmi byli tytułowi bardowie: wesołymi, eleganckimi, hojnymi, odważnymi? Wątków bardziej osobistych w książce Tuszyńskiego niestety nie ma, są w niej niemal wyłącznie daty i fakty. Autor postawił na wersję pomnikową, co pewno wynikało z braku miejsca oraz niedostatku materiałów, bo przecież zdecydowana większość bohaterów już nie żyje.
Powtarzam jednak: książkę przeczytałem jednym tchem i nie bez rozrzewnienia. Sporo miejsca Tuszyński poświęcił bowiem człowiekowi, który wprowadził mnie do zawodu – Stefanowi Sieniarskiemu. W latach 60. i 70. był on jednym z najlepszych dziennikarzy sportowych w Polsce. Spora część czytelników "Życia Warszawy" kupowała gazetę dla jego tekstów. Był trudno komunikatywny, gdy rozmawiał, głośno sapał i prychał, zaczynał każdą opowieść od końca albo od środka, ale gdy miał to samo napisać, spod pióra wychodziły mu perełki.
Nazywaliśmy go w redakcji "Szwedem" albo "Blondynem", o czym on sam chyba nie wiedział. W jednym ze świetnych reportaży z piłkarskiego mundialu w 1974 roku Sieniarski opisywał swoje spotkanie z niemieckimi kibicami w piwiarni w Monachium. "Z racji niebieskich oczu i blond włosów wzięli mnie za Szweda" – relacjonował. Zrywaliśmy boki ze śmiechu na redakcyjnym korytarzu, bo Sieniarski był łysy jak kolano. Wynika z tego niezbicie, że miał poczucie humoru na swój temat.
Szkoda, że tego rodzaju króciutkie notki nie pojawiły się przy nazwisku każdego z bardów sportu. Sprawa jednak – jak znam redaktora Tuszyńskiego – nie jest chyba jeszcze przegrana.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA