Publicystyka

Prymasostwo za wszelką cenę

Abp Henryk Muszyński otrzymuje dziś tytuł, który wielu Polaków wiąże z najwyższymi standardami moralnymi
Fotorzepa, ms Michał Sadowski
Abp Muszyński i inni biskupi uznali, że niegdysiejszy status TW nie jest przeszkodą do objęcia godności prymasa. Czy aby na pewno? - zastanawia się publicysta "Rz"
[wyimek][b][link=http://blog.rp.pl/semka/2009/12/17/prymasostwo-za-wszelka-cene/" "target=_blank]Skomentuj na blog.rp.pl/semka[/link][/b][/wyimek]
Sobotni ingres prymasowski abp. Henryka Muszyńskiego musi budzić mieszane uczucia. Tytuł prymasa Polski miał dla Polaków zawsze szczególne znaczenie. Symbolem tego było choćby powierzanie w przeszłości prymasom funkcji interreksa – głowy państwa w okresie między śmiercią jednego króla a wstąpieniem na tron kolejnego. W ciągu ostatnich 80 lat dzięki posłudze kardynałów: Augusta Hlonda, Stefana Wyszyńskiego i Józefa Glempa tytułowi temu przypisany został wysoki autorytet moralny. Jutro tytuł ten otrzyma duchowny, którego nie sposób ocenić jednowymiarowo. W swojej kościelnej karierze abp Muszyński ma bowiem wiele budzących szacunek osiągnięć, inicjatyw, publikacji i odznaczeń. Ale jednocześnie komunistyczna bezpieka uznała go za tajnego współpracownika, czyli cenne źródło informacji. Taki status nigdy nie splamił nazwiska wielu zasłużonych kapłanów. Potrafili oni, podobnie zresztą jak wspomniany kardynał Glemp, oprzeć się próbom usidlenia przez SB.
[srodtytul]TW prymasem[/srodtytul] Około trzech lat temu podobne oskarżenia wywołały poważną dyskusję na temat nominacji abp. Stanisława Wielgusa na metropolitę warszawskiego. On także miał wiele budzących szacunek zasług, a jednak jego uwikłanie w tajną współpracę ze służbami PRL i związane z tym kontrowersje doprowadziły do jego rezygnacji z godności.Wtedy zabierałem głos w dyskusjach. Wskazywałem, że objęcie funkcji arcybiskupa Warszawy przez osobę naznaczoną statusem TW będzie uznaniem, że okoliczność taka nic w Kościele polskim nie znaczy. Dziś obdarzenie kapłana, który był TW, godnością prymasa Polski de facto tę okoliczność unieważnia. Krytycy powyższego zdania – które nie przychodzi mi łatwo – zapewne zwracać będą uwagę, że sytuacja abp. Muszyńskiego jest zupełnie inna niż ta, w której znajdował się bp Wielgus. Że wtedy, gdy zapadała decyzja o jego nominacji, nie działała jeszcze kościelna komisja lustracyjna. Obrońcy przyszłego prymasa wskazywać będą zapewne, że abp Muszyński przeszedł wyznaczoną przez episkopat procedurę lustracyjną, której wyniki bez zastrzeżeń przyjęła do wiadomości Stolica Apostolska. A jednak precedens pozostaje precedensem. Były TW otrzymuje dziś tytuł, który wielu Polaków wiąże z najwyższymi standardami moralnymi. [srodtytul]Ucieczka do przodu[/srodtytul] Komisja kościelna wydała werdykt w sprawie ok. 30 przypadków TW w episkopacie, uznając, że żaden z ich nie był świadomym ani szkodliwym współpracownikiem bezpieki. Uważam, że był to kompromis, noszący znamiona ucieczki od oceny moralnej tego skomplikowanego, ale i niezwykle deprawującego sumienia zjawiska, jakim były kontakty z SB.Ale skoro tekst ten dotyczy abp. Muszyńskiego, to przypomnijmy, że Kościelna Komisja Historyczna, potwierdziła, iż SB zarejestrowała duchownego w 1975 r. najpierw jako kandydata na współpracownika, a w 1984 r. jako tajnego współpracownika o pseudonimie Henryk. Z listy TW został on wykreślony w 1989 r. Sam zainteresowany o istnieniu kwestii TW poinformował dopiero wtedy, gdy realna stała się sprawa jego ewentualnego prymasostwa. Przychylam się do opinii tych, którzy wskazują, że udzielając wywiadu KAI w październiku 2008 r., abp Muszyński zastosował taktykę "ucieczki do przodu". Podkreślił wówczas: "Przy całym samokrytycyzmie, na jaki mnie stać, i przy najlepszej woli nie mogę dojść do tego, z czym ten fakt (przyznania statusu TW przez bezpiekę – red.) mógłby być związany". I dalej abp Muszyński deklaruje: "Pragnę oświadczyć z całą stanowczością, że nigdy, w żadnej formie – ani ustnej, ani pisemnej – nie wyraziłem zgody na jakąkolwiek formę współpracy z SB". Arcybiskup zapewnia też, że nigdy nie zgodził się na żadne spotkanie dobrowolnie czy z własnej inicjatywy. Wszystkie miały charakter konieczny lub wymuszony. Dalej deklaruje, że nigdy nie doszło do spotkań z esbekami prywatnie i że nie istnieje żaden dokument, który zostałby przez niego podpisany. Potem pojawia się dziwaczna – by nie powiedzieć groteskowa – opowieść o urzędniku z biura paszportowego, który obdarował księdza Muszyńskiego wizytówką. Wizytówka ta miała posłużyć do odnalezienia w 2008 roku esbeka i uzyskania od niego oświadczenia, że wpis określający duchownego jako TW został dokonany bez jego wiedzy i woli. Wreszcie dowiedzieliśmy się, że abp Muszyński – gdy na jaw wyszły dokumenty TW – uzyskał od swojego byłego zwierzchnika abp. Mariana Przykuckiego (który zmarł w październiku tego roku – red.) zaświadczenie, że o swoich rozmowach z SB zawsze informował przełożonych. [srodtytul]Bez refleksji moralnej[/srodtytul] Spuśćmy zasłonę milczenia na dziwacznie brzmiącą opowieść o esbeku obdarowującym księdza wizytówką, dzięki której po iluś latach udaje mu się odszukać jej właściciela. To samo dotyczy niezręczności powoływania się na opinie nieżyjących biskupów: Kazimierza Józefa Kowalskiego (zm. w 1972 r.) czy Bernarda Czaplińskiego (zm. w 1980 roku). Zatrzymajmy się jednak przez chwilę przy deklaracji abp. Przykuckiego. Co ma wynikać z zapewnień, że spotkania odbywały się za wiedzą przełożonych? Czy to znaczy, że w ich trakcie nie mogło dojść do nieroztropnego ujawnienia nazbyt wielu szczegółów o innych ludziach? Czy ks. Muszyński nie wykazał się przypadkiem znacznie większą szczerością, niż wymagać tego powinna świadomość, że rozmawia z wrogami Kościoła? Problem jest jednak szerszy i odnosi się do wszystkich biskupów, którym kiedyś nadano status TW, nie wymagając od nich żadnego podpisu. Jeśli nawet w iluś wypadkach duchowni dowiadują się dziś o tym ze zdziwieniem, to pytanie, co można począć z takim odkryciem w kontekście refleksji moralnej? Uznać, że była to kolejna szykana SB, czy też zadać sobie pytanie, czy taki status nie wynikał – w najlepszym razie – z nieroztropności w czasie rozmów, a w najgorszym – z ulegania bezpiece ze strachu, interesowności lub pychy. Te refleksje zdają się odsuwać od siebie liczni biskupi, także abp Józef Michalik. Wspominam to nazwisko, gdyż przeciwnicy lustracji lubią powoływać się na rzekomo ulgowe traktowanie jego przypadku przez zwolenników lustracji. [srodtytul]Przeszkoda do święceń[/srodtytul] W przypadku ok. 30 biskupów, którzy zostali uznani przez bezpiekę za TW, niemal normą jest deprecjonowanie wymowy dokumentów. Przykład dał, niestety, ksiądz prymas Józef Glemp z pogardą wyrażający się o "świstkach, dokumentach trzeci raz odbijanych". Nie usłyszałem ani jednej deklaracji typu: "będzie dla mnie zawsze niepokojącą tajemnicą, dlaczego przyznano mi ten status. Ile z tego, co mówiłem, mogło być wykorzystane do kuszenia i łamania sumień innych kapłanów?". Abp Muszyński w kolejnych wywiadach także nie ma ochoty na refleksję. Niedawno w "Rzeczpospolitej" kwestię tę zdefiniował po prostu: "cały problem sprowadza się do tego, jaką wagę przypisuje się określeniu TW. Ponieważ wiem, jak wyglądała rzeczywistość, jestem wewnętrznie spokojny". Czy ks. arcybiskup jest w stanie dziś ocenić i spamiętać wszystkie informacje, jakie w czasie rozmów podawał esbekom kilkadziesiąt lat temu? Czy taką pewność wypowiedzi można pogodzić z wrażliwością sumienia? Rok temu, gdy debatowano nad uznaniem ks. Muszyńskiego za TW i wynikającymi z tego pytaniami o jego zdolności do objęcia godności prymasa, Paweł Milcarek, redaktor naczelny pisma "Christianitas", przypomniał, że w niektórych zakonach obowiązuje przepis uznający kategorię: przeszkoda do święceń. Chodzi o przypadki, gdy kandydat do zakonu był wplątany w jakiś drastyczny, ale trudny do szybkiego rozstrzygnięcia spór lub na przykład był wyjątkowo niskiego wzrostu. W myśl tych reguł kandydat nie musiał zrobić nic obiektywnie złego, ale nie dopuszczano go do stanu kapłańskiego, ponieważ ciągnie się za nim coś niestosownego, nieprzystającego do godności kapłańskiej. Czy niegdysiejszy status TW nie jest przeszkodą dla objęcia godności prymasa? [srodtytul]Po prostu pytam[/srodtytul] Abp Muszyński i inni biskupi uznali, że nie. Stwierdzono, że trzymiesięczna posługa prymasowska nie kłóci się z żadnym faktem z przeszłości hierarchy. A chyba jest to problem, któremu warto poświęcić znacznie więcej uwagi niż temu, czy nowy prymasarcybiskup może używać kardynalskiej czerwieni. Bo owa czerwień była i jest symbolem niezłomności wobec wrogów Kościoła. A warunkiem owej niezłomności była zawsze zdolność do stawania w prawdzie. Zadaję te pytania nie dlatego, że uważam się wzór cnót albo za kogoś lepszego od utytułowanych hierarchów. Ośmielam się tylko wyrazić wątpliwości, gdyż mam wrażenie, iż inni uważają, że problemu nie ma. Stawiam więc pytania, bo jakoś nikt inny na to nie ma ochoty.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL