Kultura

Aktor wierny sobie i sztuce

Jako Beckett w sztuce „Katastrofa” w Teatrze Powszechnym w Warszawie, 2004 r.
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Zbigniew Zapasiewicz (1934 – 2009). Jeden z największych polskich artystów sceny zmarł wczoraj w Warszawie w wieku 74 lat
[link=http://www.rp.pl/galeria/9131,334166.html]Obejrzyj zdjęcia[/link]
Zobacz - [link=http://www.rp.pl/artykul/312087,334548_Zostanie_po_nim_pustka.html]Zostanie po nim pustka[/link] Jeszcze 8 i 9 lipca występował na scenie gdańskiego Teatru Wybrzeże w przedstawieniu „Żar” z Teatru Narodowego z Warszawy. Był w świetnej formie. Jak dowiadujemy się nieoficjalnie, kilka dni temu stwierdzono u niego chorobę nowotworową.
[wyimek]Każde pojawienie się Zapasiewicza na scenie czy ekranie było dla widza świętem [/wyimek] Wybitny aktor, reżyser, pedagog, kontynuował rodzinne tradycje artystyczne. Był siostrzeńcem aktora Jana i reżysera Jerzego Kreczmarów oraz bratem ciotecznym satyryka Adama Kreczmara. Zanim zdecydował się na aktorstwo, studiował na Politechnice Warszawskiej (1951 – 1952). Po ukończeniu warszawskiej PWST w 1956 r. występował w pięciu stołecznych teatrach. Jednemu, Dramatycznemu, dyrektorował (1986 – 1990). Od roku 1959 związany był z warszawską PWST, w roku 1992 został profesorem tej uczelni. W latach 80. pełnił w niej m.in. funkcję dziekana Wydziału Reżyserii. Profesora Zapasiewicza próbowano nakłonić do objęcia stanowiska rektora. Odmówił, uzasadniając, że nie zależy mu na tytułach, lecz na dalszej pracy z młodzieżą, której poświęcił blisko 50 lat życia. [srodtytul]Rzetelny profesjonalista[/srodtytul] Cztery lata temu, podczas obchodów 70-lecia urodzin i półwiecza pracy artystycznej – premierą „Zapasiewicz gra Becketta” w warszawskim Teatrze Powszechnym – przypomniał list swego życiowego przewodnika, poety Zbigniewa Herberta, skierowany do młodzieży aktorskiej z istotną myślą: „I nie bądźcie, na litość boską, nowocześni. Bądźcie rzetelni”. Temu przesłaniu pozostał zawsze wierny. – Jako człowiek niesłychanie nieśmiały, zamknięty, introwertyczny pokonywałem ogromne psychiczne opory – mówił aktor w jednym z ostatnich wywiadów dla „Rzeczpospolitej”. – Wciąż je pokonuję. Kiedy dziś patrzę na to, co robiłem kilkadziesiąt lat temu, widzę, jak to było obwarowane nadmierną świadomością i pilnością wobec tego, czego mnie nauczono. Ale na pewno nie straciłem zawodowo życia na to, by uznać, że już do czegoś doszedłem. Moim guru jest Zbigniew Herbert, który mówi: „Bądź wierny, idź, bo tak zdobędziesz dobro, którego nie zdobędziesz”. Słucham się go. Próbuję iść. Każde jego pojawienie się na scenie, ekranie czy przed mikrofonem radiowym, było dla widza świętem. Pozwalało obcować z rzadką wykonawczą perfekcją, częstokroć z wirtuozerią. Nie bał się deformacji sylwetki, posługiwania się karykaturalnym, skrzeczącym głosem. Fascynował i onieśmielał prawdą przeżycia w ukazywaniu dobrych i złych stron ludzkiej duszy. Był mądrym, doskonale wykształconym człowiekiem. Błyskotliwie inteligentnym rozmówcą, który wzorem swych ulubionych postaci, Kubusia Fatalisty i Pana Cogito, nie szczędził cierpko ironicznych uwag o naturze świata, w którym przyszło mu żyć. Nie należał do facecjonistów, ale jego jędrne charakterystyki ludzi z teatralnego i filmowego środowiska bezbłędnie trafiały w sedno. Nie miał skłonności do wyznań natury osobistej, jednak sposób, w jaki mówił o przenikaniu się prywatno-zawodowych relacji z żoną, aktorką Olgą Sawicką – np. w biografii „Zapasowe maski” – może stanowić wzór nie tylko dyscypliny myślowej, taktu, ale i szlachetnej determinacji w ujawnianiu nie zawsze wygodnych prawd. Dla mnie spotkanie ze sztuką aktorską Zapasiewicza było nieodmiennie przeżyciem artystycznym najwyższej miary. Z Teatru TV wystarczy przypomnieć porywającą sekwencję w „Sesji kastingowej” Krzysztofa Zanussiego opartą na improwizacjach. Zapasiewicz, jako rozmówca młodych ludzi startujących w konkursie na telewizyjnego prezentera, wcielał się w krańcowo różne postaci: arystokraty homoseksualisty, speszonego mieszkańca wsi, który nieoczekiwanie wygrywa wycieczkę do Paryża, autora hermetycznego filozoficznego traktatu, to znów zacietrzewionego emeryta. Ujmował przewrotnym rysem komediowym w „Smutnym miasteczku” do tekstów Młynarskiego w reżyserii Andrzeja Strzeleckiego. Brawurowo zagrał człowieka, który chce się dostosować do ogółu. Odkąd doktor wyciął mu inteligencję, zaczął robić karierę, także polityczną. Jako szef nowo utworzonego stronnictwa zapewnia, że… piłują gałąź, na której siedzą „i tym razem to przerżniemy już na pewno”. [srodtytul]Elegancja stylu i gry[/srodtytul] Nie sposób zdać sobie sprawę ze wszystkich doznań, jakie zawdzięczamy scenicznym rolom Zbigniewa Zapasiewicza. Już nonszalancja, z jaką kładł na stole laskę z rzeźbioną srebrną rączką, kiedy wkraczał w Teatrze Powszechnym w „Czarownicach z Salem” Arthura Millera, zapowiadała kreację. W tym przedstawieniu Izabelli Cywińskiej porywająco zagrał apodyktycznego sędziego Danfortha. Postać siejącego strach oportunisty i doktrynera budziła w jego wykonaniu zarówno zgrozę, jak i podziw. Zrobił to w wielkim stylu, jaki w polskim teatrze zdarza się raz na dziesięciolecie. Wcześniej, w Teatrze Narodowym, w „Kosmosie” Gombrowicza w reżyserii Jerzego Jarockiego stworzył genialną kreację w roli Leona. Jego nieoczekiwanie szczera spowiedź z najskrytszych, dwuznacznych życiowych doznań, to prawdziwy majstersztyk. Dzięki niemu pierwszy raz dane mi było ujrzeć w Leonie nieszczęśliwego człowieka, a nie karykaturę chutliwego starca. To równie wielka rola artysty jak Pijak w „Ślubie” czy Rzeźnik w „Rzeźni”, efekt współpracy z Jarockim na scenie warszawskiego Teatru Dramatycznego w połowie lat 70. O wielkości sztuki Zbigniewa Zapasiewicza mało kogo trzeba dziś przekonywać, aczkolwiek rzadko dostawał role na miarę swego talentu. Nie zawsze też były to propozycje reżysera o podobnej skali wrażliwości i talentu. Dlatego z nienaganną elegancją stylu zarówno grał, jak i reżyserował. W wywiadach dla „Rzeczpospolitej” zastrzegał się jednak: – Nie jestem zawodowym reżyserem. Czasem się w niego bawię. Nie podjąłbym się wystawiania wielkich inscenizacji. Nie mam na to wyobraźni, umiejętności i cierpliwości. Na scenie lub w Teatrze TV robię natomiast kameralne rzeczy. Daje mi to przyjemność obcowania z tekstami, które wyrosły z korzeni wielkiej rosyjskiej literatury. Generalnie interesuje mnie to, co dzieje się między ludźmi. [ramka][i]Zbigniew Zapasiewicz mówił w wywiadach dla „Rzeczpospolitej":[/i] [b]O sobie[/b] Generalnie interesuje mnie to, co dzieje się między ludźmi. Nie jestem zawodowym reżyserem. Czasem się w niego bawię. Ciągle chcę się czegoś uczyć. Z utęsknieniem czekam na role dające mi możliwość wejścia w charakter, który nie jest moim charakterem. Za każdym razem bawi mnie, że mogę zagrać kogoś, kto we mnie drzemie. Bo w każdym człowieku wszystko to jest, ale nie zawsze na wierzchu. [b]O życiu[/b] Już choćby z pobieżnych obserwacji wynika, że w tej chwili o naszym życiu, nie tylko o filmie, decyduje pieniądz. Trudno przebić się z propozycjami, które nie wróżą sukcesu kasowego. Telewizja woli pchać pieniądze w telenowele niż w tradycyjne fabuły. [b]O aktorstwie [/b] Aktor nie może czynić uników. Musi wykreować każdą rzeczywistość, która jest mu dana. Aktorzy są spragnieni właśnie takich ról, które pozwolą im wykreować kogoś innego. Niestety przyzwyczailiśmy się już - przez seriale, że coraz bardziej w tym, co gramy, stajemy się prywatni. Nigdy tego nie lubiłem. Namawiałem moich kolegów, żeby z całą odwagą unikali tego typu aktorstwa. [b]O reżyserach[/b] Grałem w życiu wiele ról komediowych, aczkolwiek reżyserzy, skłonni obsadzać ludzi według ich zewnętrznego oglądu, zaklasyfikowali mnie jako aktora, który umie udawać, że jest intelektualistą Im jestem starszy tym mniej reżyser jest mi potrzebny. Szanuję jego uwagi, ale rolę w zasadzie konstruuję sam [b] O środowisku[/b] Spór w teatrze to wspólne poszukiwanie rozwiązania. Jest zawsze, choć bardziej rozgrywa się na płaszczyźnie aktor – reżyser niż aktor – aktor. Jeżeli wykonawca całkowicie nie zgadza się z propozycjami reżysera, i na odwrót, to porozumienie znika. Tymczasem aktor z aktorem może się zetrzeć, w każdej pracy jest to normalne. Sądząc po zawartości kolorowych magazynów, środowisko aktorskie jest wesołe, zamożne i spędza wakacje na Karaibach. Ale ta prawda dotyczy tylko kilkudziesięciu aktorów, tych, którzy wybrali pracę poza teatrem, często jest to droga do komercji. [i]Wybrał: Tomasz Gromadka[/i][/ramka] [ramka][b]Powiedzieli "Rz"[/b] [i]Krzysztof Zanussi, reżyser[/i] Zbigniew Zapasiewicz najpełniej uosabiał postać polskiego inteligenta, którego zawsze próbowałem opisać na ekranie. Pierwszy raz spotkaliśmy się na planie przy filmie „Za ścianą”. Długo go namawiałem na tę rolę. Był wtedy kinu dość niechętny. Pociągnęła go dopiero perspektywa improwizowania na planie. Należał do tych natchnionych aktorów, którzy stale próbują robić coś, czego jeszcze nie robili. Przypominam sobie, jak w „Personie non gracie” ofiarnie grał po hiszpańsku, choć tego języka nie znał. Podejmował się zadań nieoczywistych, trudności go mobilizowały. Nie szukał naiwnego poklasku, przyjmował role osób antypatycznych, wręcz przerażających. Doszukiwał się w nich człowieczeństwa. Kiedy w stanie wojennym kręciłem „Rok spokojnego słońca” żaden aktor nie chciał zagrać ubeka. Zbyszek zgodził się natychmiast. Był aktorem doskonałym. Ogromnie świadomym. Wszechstronnie osadzonym w kulturze. Interesowało go słowo, świetnie je rozumiał. Dlatego doskonale czytał wiersze Herberta. Dużo na planie rozmawialiśmy, czasem, gdy zaczynało się ujęcie, przerywałem naszą rozmowę z wielkim żalem, bo tak była pasjonująca. A jednocześnie miał genialny warsztat. Zawsze świetnie przygotowany, skupiony, mówił z pamięci kilometry tekstu. Dwa tygodnie temu skończyliśmy nasz ostatni wspólny film „Rewizytę”, w którym zagrał docenta z „Barw ochronnych”. Był w znakomitej formie. Na nic się nie skarżył. Śmialiśmy się, że jest jak maszyna do grania. Pomagał młodemu koledze, swojemu studentowi, który mu partnerował. Umówiliśmy się na kilka spektakli teatralnych. Zbyszek był człowiekiem bardzo wiele wymagającym od świata i od siebie. Miał niezłomne zasady. W „Personie...” musiał zagrać człowieka, który sięgnął do cudzej kieszeni. „W życiu nigdy bym tego nie zrobił” — powtarzał. Miał bardzo głęboko zakorzeniony etos inteligencki. Strasznie mi go będzie brak. Nie będę już mógł w kinie przekazać wielu rzeczy, które z ekranu mógł za mnie wypowiedzieć tylko on. [i] Andrzej Łapicki, reżyser, aktor[/i] Był najlepszym polskim aktorem ostatnich 25 lat. Samym wejściem na scenę tworzył teatr. A jednym gestem potrafił zdobyć sympatię widza. Nie znam innego artysty, który wykonywałby swój zawód tak profesjonalnie. [i] Jan Englert, reżyser, aktor, dyrektor Teatru Narodowego[/i] To ogromna strata dla środowiska aktorskiego, ponieważ odszedł nie tylko wybitny aktor, ale i człowiek z niezachwianą hierarchią wartości. Był niezwykłej klasy profesjonalistą i jednym z nielicznych rzeczników etyki w naszym zawodzie. Za dwa miesiące miał zagrać w „Tangu” Mrożka w Teatrze Narodowym. [i] Stanisława Celińska, aktorka[/i] Uczył mnie w szkole teatralnej. Był profesorem, którego podziwiałam za to, jak recytuje wiersze Różewicza. Uświadomił mi, że w poezji wyrazy mają swoją barwę. W mojej pamięci pozostanie mistrzem słowa. [i]Maja Komorowska, aktorka[/i] Dla mnie wiadomość o jego śmierci była szokiem. Zawsze będziemy mówić o nim, jak o wielkim aktorze, wielkim pedagogu, mistrzu słowa. Pozostaną nagrania radiowe i jego niezrównana interpretacja Pana Cogito. Zbyszek pozostawił po sobie niezapomniane kreacje filmowe u Kieślowskiego, Zanussiego, Żebrowskiego, które ciągle czekają na wydanie na DVD. Do tych ról będziemy wciąż wracać. [i]Katarzyna Herbert-Dzieduszycka[/i] - Mój mąż uważał Zbigniewa Zapasiewicza za aktora klasy Aleksandra Zelwerowicza. Podziwiał jego kunszt i z tej m.in. przyczyny dedykował mu wiersz „Kalendarze Pana Cogito” z tomu „Rovigo”. Wiem, że poezja Herberta posłużyła Zapasiewiczowi do stworzenia własnego kodeksu postępowania. Ci dwaj ludzie z jednakową powagą traktowali życie, nasz los. [i] Olgierd Łukaszewicz, aktor[/i] Krzysztof Zanussi obsadzał go w rolach profesorów, naukowców, intelektualistów. I dla nas aktorów Teatru Powszechnego był właśnie kimś takim. Kolegą, profesorem, mistrzem. W teatrze czuł się, jak w środowisku naturalnym. Był przeciwieństwem swego wielkiego kolegi Gustawa Holoubka. Tamten bowiem w każdej roli grał siebie; Zbyszek od początku do końca tworzył postaci. Dopracowywał je w najdrobniejszych szczegółach. [i]- b. m., jb-s., bh[/i] [/ramka] [ramka]Przeczytaj wywiad Janusza R. Kowalczyka ze Zbigniewem Zapasiewiczem: [link=http://www.rp.pl/artykul/2,192742.html]Reżyserzy widzą we mnie intelektualistę[/link][/ramka] [ramka][b]Zbigniew Zapasiewicz[/b] Urodził się 13 września 1934 r. Po ukończeniu warszawskiej PWST w 1956 r. występował w stołecznych teatrach: Klasycznym (1956 – 1959), Współczesnym (1959 – 1966 i 1993 – 2000), Dramatycznym (1966 – 1983), Powszechnym (1983 – 1987 i 2000 – 2009) i Polskim (1990 – 93). Był dyrektorem Teatru Dramatycznego (1986 – 1990). Do jego najwybitniejszych kreacji należą role w spektaklach Jerzego Jarockiego – Pijak w „Ślubie” Gombrowicza i Laurenty w „Na czworakach” Różewicza. Na dużym ekranie zadebiutował na początku lat 60. Wystąpił m.in. w „Ocaleniu” Edwarda Żebrowskiego i w „Ktokolwiek wie...” Kazimierza Kutza. Grał u Krzysztofa Zanussiego, m.in. w „Barwach ochronnych” i „Persona non grata”. Wybitne role stworzył też u Andrzeja Wajdy w „Bez znieczulenia” oraz „Ziemi obiecanej”.[/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL