fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Przemycający i przemycani

Obóz dla somalijskich uchodźców w Kharaz, 150 km od Adenu (fot: Khaled Fazaa)
AFP
Z Somalii do Jemenu. Somalijscy uciekinierzy nie wiedzą, jak długo tu są. Jak mają mierzyć czas? Ja wiem, że co najmniej dziesięć lat. Są tu, na obrzeżach Adenu, zdani na własne dzieci wysyłane na żebry
Wśród much, na gołej ziemi siedzą całymi rodzinami. Nie ma szkoły, lekarza, wody. Rozmawiam z jedną rodziną. Strzępy blachy falistej, fragmenty murów, jakieś kotary – to ich dom. Trudno o pytania, gdy wszystko widać, a jednocześnie nie chce się urazić godności tych ludzi.Pytam więc, ile osób mieszka tu, w jednym obejściu. Zaczyna się liczenie na palcach. Jedna z osób próbuje to jakoś pozbierać – wychodzi nam 16. Po prostu nikt inny o tym wcześniej nie myślał. Siedzą całymi dniami. Jedna z dziewcząt siedzi w kucki – jest w ciąży.Pod ścianą niewidoma dziewczyna ze swoją szóstką dzieci. Chyba siódme w drodze. Zza kotary wychyla się potargany chłopak o nieobecnym wzroku. „Crazy” – słyszę szept jednego z domowników. Niewielka czerwona miska, z której młody mężczyzna coś je palcami. Potem wlewa odrobinę wody, zaczyna myć buzię najmłodszego dziecka. Much jakby więcej.
[srodtytul]Z tamtej strony zatoki[/srodtytul]
Tylko od czasu do czasu przyjedzie ktoś z UNICEF – znają tu tę nazwę – żeby napisać raport. Z rzekomej zagranicznej pomocy nie trafia tu nic. Nie mam powodu, by nie wierzyć. Bo nawet nie mieliby tego jak i gdzie ukryć.
To nie jest al Kharaz, obóz dla somalijskich uchodźców. Tam przynajmniej teoretycznie sytuacja jest przejściowa. Jest nadzieja na coś. Zarejestrowanych oficjalnie uchodźców jest ponad 90 tysięcy. Co roku z tamtej strony Zatoki Adeńskiej przybywają tysiące nowych. Byle tylko wydostać się z Somalii. Dotrzeć do Arabii Saudyjskiej i tam znaleźć pracę. Większość zostaje jednak w Jemenie. Najbiedniejszy kraj w regionie i jeden z najbiedniejszych krajów świata dźwiga na sobie ciężar konfliktu w Rogu Afryki.
W koczowisku pod Adenem nadziei nie ma. Dni są do siebie podobne. Ludzie umierają, rodzą się dzieci. Wiele z nich nie zna innego życia. Jednak, żeby tu trafić z ogarniętej od wielu lat wojną Somalii, ci ludzie musieli dużo zapłacić. Dziś miejsce na nowej, szybkiej łodzi kosztuje 130 – 150 dolarów, dla nich majątek. Na starszych, mniej sprawnych jednostkach około 70. Miejsca dla dzieci po 20. Cierpliwie zbierają i płacą, żeby wyrwać się z Mogadiszu. Wiedzą, co ryzykują. Gdy tylko pojawiają się patrole, zawartość łodzi – wraz z ludźmi – jest wyrzucana za burtę.
Dane zwykle są podobne: z mniej więcej 300 osób na pokładzie około setki dotarło do brzegu, wyłowiono 30 – 60 ciał, pozostałych uznaje się za zaginionych. Przemytnicy słyną z brutalności. Dla dzieci i młodych, przeważnie owdowiałych kobiet, kilkudziesięciogodzinna podróż to także niebezpieczeństwo molestowania.
[srodtytul]Nowe domy[/srodtytul]
Somalijskie koczowisko dzieli tylko niewielka odległość od nowo powstałej kolonii bardzo bogatych domów. Kawałek spieczonej ziemi pokrytej strzępami kolorowych plastikowych toreb, i już widać okazałe rezydencje, bezpiecznie ogrodzone. Niektóre wciąż puste, ale gdzieniegdzie już kwiaty zwieszają się z murów.
– Co robią ludzie, których stać na te domy? Skąd pochodzą pieniądze? – pytam Khalida, emerytowanego pracownika żeglugi morskiej, dorabiającego dziś jako kierowca. – Z przemytu – odpowiada. To właśnie m.in. za pieniądze Somalijczyków powstają te nowe domy.Z przemytu pochodzi wszystko. Alkohol, lekarstwa, broń, papierosy, nawet żywność i bydło (z Etiopii). Kat (roślina o właściwościach narkotycznych, niezwykle popularna w Jemenie) zapijany whisky z Dżibuti pozwala pewnie uniknąć przykrego widoku z okien rezydencji. To nowe osiedle na obrzeżach Adenu jest na tyle okazałe, że właściciele raczej nie potrzebują specyfików z Dżibuti, nierzadko prowadzących do utraty wzroku. Stać ich na produkty oryginalne, kupowane od ambasad.
[srodtytul]Kruche zjednoczenie[/srodtytul]
– Oni wszyscy są z północy – ciągnie swoją opowieść Khalid. – Przyjeżdżają tutaj i wszelka praca jest tylko dla nich. Północ to Sana, stolica kraju. Khalid ma na utrzymaniu – oprócz żony – dwoje dorosłych dzieci. Syn informatyk i córka księgowa od trzech lat nie mogą znaleźć pracy. Oficjalne dane mówią o prawie 40-procentowym bezrobociu.
– Nie chcemy tego zjednoczenia. Kiedyś było skromnie, ale sprawiedliwie. Wszyscy mieli szanse, dziś tylko przybysze z północy.To samo słyszę w redakcji miejscowej gazety „at Tarik” (Droga). Trwają przygotowania do kolejnej demonstracji przeciw zjednoczeniu. Jemen przez wiele lat był podzielony. Południe, w latach 1967 – 1990 Ludowo-Demokratyczna Republika Jemenu z Adenem jako stolicą, było w sferze wpływów radzieckich.
– Jedź do Abin i Dżaar – mówi mi naczelny gazety o miejscowościach na południu. W styczniu policja podała, że aresztowała w Abinie kilku „terrorystów, którzy wcześniej zaatakowali pałac prezydencki i zniszczyli fabrykę w Dżaar”. – Tam jest godzina policyjna. Nieoficjalnie. Po zmroku nikt nie wychodzi. Słychać strzały.Sam jest uzbrojony, bo w każdej chwili może się zacząć.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA