fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Długi marsz przez czerwone morze

Gen. Wilhelm Orlik-Rückemann, ostatni dowódca KOP
Archiwum „Mówią Wieki
">Grzegorz Łyś
Na skraju miasteczka Szack pojawiają się czołgi z czerwoną gwiazdą. Ich dowódca dostrzegł w oddalonym o kilometr lesie polskich żołnierzy – znaną mu z rozkazów „bandę reakcyjnych oficerów”, która od paru dni zakłóca dzieło wyzwalania ludu pracującego Białorusi i Ukrainy.
Sowieckie czołgi ruszają do natarcia. Ale już po chwili pierwszy z nich, trafiony pociskiem z działka ppanc., zaczyna płonąć. Polscy artylerzyści mierzą jak na ćwiczeniach. Ich działa sieją spustoszenie – 12 atakujących czołgów, napędzanych benzyną, pali się jasnym, wysokim płomieniem. Tylko paru czołgistom udaje się ujść z życiem.
Ale Szack, którędy prowadzi droga do niedalekiego już Bugu, wciąż jest w rękach sowieckiej 52. Dywizji Strzelców. Generał Wilhelm Orlik-Rückemann, dowodzący 4 tys. żołnierzy Korpusu Ochrony Pogranicza, którzy od czterech dni przebijają się z Polesia na zachód przez tereny opanowane już przez Armię Czerwoną, wydaje rozkaz do natarcia. Sowiecka obrona nie wytrzymuje brawurowego ataku. Bataliony KOP – jest 28 września 1939 r. – wkraczają do miasteczka. Dzień później stają nad Bugiem. Ich dowódcy świta nadzieja, że jego oddziałom uda się połączyć z SGO „Polesie” generała Kleeberga, która przeszła wcześniej tym szlakiem.
Pierwsze meldunki o przekroczeniu przez Armię Czerwoną polskiej granicy dotarły do sztabu KOP w Dawidgródku już 17 września o piątej rano. W przeciwieństwie do wielu innych wyższych dowódców, którzy z braku jasnych rozkazów próbowali z Sowietami pertraktować, dowodzący Korpusem generał Orlik-Rückemann nie miał złudzeń i wahań. Rozrzucone wzdłuż wschodniej granicy strażnice KOP stawiły zacięty opór nowemu najeźdźcy. Po paru dniach generałowi udaje się zebrać oddziały KOP rozrzucone na środkowym odcinku granicy, na skraju bagien poleskich – brygadę KOP „Polesie”, pułk „Sarny” i kilka batalionów z innych pułków. Ze zgrupowaniem liczącym ok.
7,5 tys. żołnierzy podejmuje marsz na zachód. Atakują je nie tylko oddziały sowieckie. W wielu miasteczkach i wsiach rządzi już miejscowa milicja, a na drogach straszą bramy triumfalne wzniesione na powitanie Armii Czerwonej. Improwizowana brygada KOP musi, nim dotrze do Bugu, stoczyć około 40 potyczek. Ale taką wojnę – przypominającą sienkiewiczowską wyprawę samotnego podjazdu przez stepy ogarnięte kozacką zawieruchą – jej dowódca zna i rozumie.
Wilhelm Rückemann, wywodzący się z austriackiej rodziny, spolszczonej i od dawna zasiedziałej w Galicji, w działalność niepodległościową zaangażował się już w pierwszych klasach Gimnazjum Realnego we Lwowie. Zakładał m.in. „zarzewiacki” oddział skautowy. W czasie studiów na Politechnice Lwowskiej przeszedł przeszkolenie w Drużynach Strzeleckich. W lecie 1914 r. wyruszył na front z krakowskich Oleandrów. Ranny pod Dęblinem przez wiele miesięcy leczył w szpitalach strzaskane odłamkiem ramię. Jako dowódca kompanii w 6 pp w III Brygadzie Legionów walczył m.in. pod Kostiuchnówką – pułkowy rymopis zauważył już w owych latach, że „dużo ma entuzjazmu, myśli generałem zostać”.
Po kryzysie przysięgowym wcielony do armii austriackiej okupującej Ukrainę, w pierwszych dniach listopada 1918 r. z innymi Polakami stworzył oddział, który wyruszył na odsiecz Lwowa. Aresztowany, kilka miesięcy spędził w ukraińskim więzieniu. Jako oficer, a potem dowódca odtworzonego 6 pp Legionów dotarł w 1920 r. do Kijowa. Podczas odwrotu odznaczył się m.in. pod Borodianką, gdzie poprowadził atak na bagnety na most na rzece Zwiż, co uratowało pułk przed okrążeniem.
W przeddzień bitwy warszawskiej objął dowództwo 1. Pułku Czołgów – sformowanej we Francji jedynej polskiej jednostki pancernej, wyposażonej w 120 czołgów Renault. Po maju 1926 r. wrócił do piechoty i szybko awansował. Już w 1932 mianowano go dowódcą 9. dp w Siedlcach, w sierpniu 1939 r. – Korpusu Ochrony Pogranicza. W jego aktach zachowały się uwagi „pilny, sumienny. Charakter czysty, ustalony, spokojny”. I jeszcze – „bardzo piękne formy towarzyskie”. Jeden z jego podkomendnych wspominał: „kulturalny pan, sympatyczny w towarzystwie. Ale w stosunkach służbowych miał opinię dość kostycznego”. Jego dowódcy pułków, a nawet szef sztabu wyraźnie się go obawiali.
Po przeprawieniu się przez Bug, pod wsią Wytyczno, liczące już tylko 3,5 tys. ludzi zgrupowanie KOP atakuje od strony Lublina sowiecka 45. Dywizja Strzelców. Oddział nie jest w stanie z braku amunicji dłużej się bronić. Dowódca wydaje rozkaz o jego rozformowaniu. Większości żołnierzy udaje się dołączyć do SGO „Polesie”. Sam generał przedostaje się przez państwa bałtyckie na Zachód. Ale mimo zasług wojennych jest we Francji, jako piłsudczyk, persona non grata. Dopiero od 1944 r. pełni stanowiska sztabowe w Londynie. Umiera na emigracji w Kanadzie w 1986 r.
Andrzej Kralisz, „Na straży wschodnich rubieży”
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA