fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Teatr

Boskie szwindle ziemskiej władzy

Koncertowy tandem aktorski: Sławomir Orzechowski (Iwan Paszkin) i Andrzej Zieliński (Niejaki Stroncyłow)
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Gorzka komedia „Ludzie i anioły” ukazuje spustoszenia dokonywane w ludzkich duszach przez rosyjskich satrapów
Warszawski Teatr Współczesny od lat niezmiennie utrzymuje wysoki poziom. Wpadki zdarzają się tu rzadko, a cały repertuar nosi stempel solidnej artystycznej roboty.
Dodatkową zachętą, aby wybrać się na „Ludzi i aniołów”, jest osoba tłumacza Jerzego Czecha. Nieomylny instynkt sprawia, że przyswaja on polszczyźnie najwartościowsze rosyjskie utwory sceniczne, choćby Nikołaja Kolady. Szenderowicz to urodzony w 1958 r. satyryk, scenarzysta i reżyser, który w swojej smutnej komedii dał dobrze zakotwiczoną w rosyjskiej tradycji literackiej (Gogol, Dostojewski, Bułhakow) opowieść o człowieku w sytuacji granicznej.
Nocną porą do drzwi luksusowego moskiewskiego mieszkania Iwana Paszkina (Sławomir Orzechowski) zapukał Niejaki Stroncyłow (Andrzej Zieliński). Okazał się on wysłannikiem z zaświatów, przed którym Iwanowi przyjdzie nieoczekiwanie zdać sprawę ze swego pogmatwanego i mało chwalebnego życia, które właśnie dobiega kresu. Matactwa i kłamstwa gospodarza nie zdały się na nic, gdyż nowo przybyły znał najintymniejsze i kompromitujące szczegóły jego biografii.
„Najpierw nauczcie się po sobie spuszczać wodę” – powie Iwanowi, który w młodości gorliwie umacniał komunistyczny system… donosami na kolegów. Dziś ten świeżo upieczony biznesmen i nawrócony chrześcijanin będzie ratował własną skórę, proponując, aby w zamian za niego przybysz zabrał któregoś z sąsiadów, uciążliwych – jego zdaniem – dla otoczenia.
Nieoczekiwany gość po kilku kieliszkach alkoholu przyzna się przed Iwanem, że spełnia swą powinność jako pokutę. Karę za czelność zmylenia niebiańskich służb specjalnych i wdarcia się do apartamentów Stwórcy. Tam odważył się wyjawić Mu swoje przemyślenia o sprawniejszym zarządzaniu naszą planetą, za co został strącony na samo dno, czyli do Moskwy. Kombinator Iwan nie byłby sobą, gdyby tej wiedzy natychmiast nie wykorzystał.
Komedia Szenderowicza sprawia, że śmiech często więźnie nam w gardle. Zwłaszcza wówczas – i to największa zaleta tej sztuki – gdy poczynania boskich administratorów łudząco zaczynają przypominać układ stosunków panujących na naszym padole. Ot, zdałoby się, że autorowi wywodzącemu się spod tej akurat szerokości geograficznej łatwiej krytykować władze boskie niż ziemskie (konkretnie: kremlowskie).
Reżyser Wojciech Adamczyk jako specjalista od komedii świetnie wydobył wszelkie niuanse tej wielowarstwowej metaforycznej opowieści. Pomogli mu w tym doskonali główni wykonawcy. Pozornie rozchełstany, znerwicowany, cyniczny gracz Iwan Sławomira Orzechowskiego skontrastowany został z nieskazitelnie eleganckim, acz nie do końca uczciwym zbłąkanym aniołem – Andrzejem Zielińskim. Już choćby dla gry tego koncertowego tandemu warto wybrać się na przedstawienie. Pokazujące, że matactwa władzy prędzej czy później obrócą się przeciw niej samej. Bez względu na system.
[i]Wiktor Szenderowicz „Ludzie i anioły”, reżyseria Wojciech Adamczyk, premiera polska 4 kwietnia 2009 r., Teatr Współczesny, Warszawa[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA