fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Rozpędzony wehikuł jazzowej historii

Ornette Coleman
Rzeczpospolita, Marek Dusza m.d. Marek Dusza
Legendarny twórca free-jazzu saksofonista Ornette Coleman zagrał w Bielsku-Białej swój życiowy koncert. Na finał zaprosił na scenę dwóch chłopców, którym pozwolił zagrać na swoich instrumentach
Jeśli za koncert w Niemczech wydany na płycie Sound Grammar otrzymał nagrodę Pulitzera, to za muzykę zagraną w kościele św. Maksymiliana Kolbe powinien dostać muzycznego Nobla. Występ kwartetu Ornette’a Colemana otworzył 6. Jazzową Jesień w Bielsku-Białej, która potrwa do 5 grudnia. Koncert zapowiedział sam Tomasz Stańko, dyrektor artystyczny festiwalu, nazywając saksofonistę swoim pierwszym i jedynym mentorem.
Mimo 78 lat Coleman swobodnie wkroczył na scenę zbudowaną wokół ołtarza. Ubrany w szary garnitur ze złotymi ornamentami sprawiał wrażenie skupionego, ale i zadowolonego, że może zagrać w takim miejscu. Tu znakomity koncert dał rok temu inny amerykański jazzowy gigant saksofonista Charles Lloyd. Może w tym kościele są specjalne fluidy sprzyjające twórczym poczynaniom muzyków? Występowali w nim również: Joe Henderson, Wynton Marsalis, Jan Garbarek, swe dzieła prezentowali Penderecki i Kilar.
Koncert rozpoczął się dokładnie tak samo, jak wspomniany album „Sound Grammar”, od szybkiego tematu „Jordan”. A jeśli Ornette gra w szybkim tempie, dla innych muzyków i słuchaczy oznacza to tempo zawrotne. Jednak w ciągu dwóch lat od nagrania tamtego koncertu ton jego saksofonu złagodniał, a w każdej nucie słychać tęsknotę za melodią. Dla adwersarzy saksofonisty i całej twórczości free-jazzu, to dobra wiadomość. Colemana może dziś słuchać każdy.
By to udowodnić kontrabasista Tony Falanga zaintonował smykiem chwytliwy temat „Sleep Talking”. Ornette odpowiedział mu tonem tak nostalgicznym, że ogrom żalu płynącego z jego saksofonu aż chwytał za gardło. Ciekawie rozwiązał bluesa „Turnaround”, którego nagrał pierwszy raz dokładnie 50 lat temu. Kompozycja o otwartej formie pozwoliła mu na charakterystyczną solówkę, w której oddalał się od tematu nieskończenie daleko, by trzema taktami powrócić do melodii. Tak gra ojciec chrzestny free-jazzu, który na uznanie czekał dziesięć lat, a na pełną chwałę następne czterdzieści.
Zaskoczeniem była „Aria na strunie G” Bacha. Coleman rzadko sięga po inne kompozycje niż swoje własne. Jak można się było spodziewać, najpierw przekształcił ją w jazzowy standard grając ułożone w solówkę dźwięki, a potem odbił się od nich, jak z katapulty, by poszybować w sobie tylko znane rejony połamanych rytmów, niespotykanych harmonii i skal obcych europejskiej muzyce klasycznej. A jednak publiczność poszła za nim i nagrodziła wykonanie owacjami. Musiała więc zrozumieć przesłanie artysty, że muzyka jest sztuką, w której wszystko wolno, ale musi mieć przystępne brzmienie.
Trzeba podkreślić, że oddziaływanie muzyki Colemana wspomaga skutecznie sekcja rytmiczna złożona z kontrabasu, gitary basowej i perkusji, na której „poszarapane” rytmy wybija Denardo Coleman, syn saksofonisty. Niemal każdy temat rozpoczynał się od wstępu basów, a przewodził wyraźnie Tony Falanga. W kilku utworach rytmy kojarzyły się bardziej z rockiem niż jazzem. Lider potrzebował widać przystępnego dla słuchaczy wsparcia, a zarazem bardziej dynamicznego. Największa sensacja wieczoru nastąpiła na bis, kiedy Coleman zaprosił na scenę dwóch chłopców przysłuchujących mu się tuż przy scenie. Najpierw ociągali się, ale kiedy mistrz wręczył jednemu skrzypce, na których wyjątkowo sam tego wieczoru nie zagrał, a drugiemu trąbkę, okazało się, że wiedzą, jak wydobyć z nich dźwięki. Sekcja rytmiczna nadawała monotonny, prosty rytm, a Coleman instruował podekscytowanych adeptów free-jazzu, jak i kiedy mają grać. W kilku minutach wyszło nawet coś, co przypominał free. Coleman był wyraźnie zadowolony, a publiczność wzięła udział w wydarzeniu, jakiego nie spotyka się często na światowych scenach. Pewnie każdy muzyk spaliłby się i nie zagrał nic, a chłopcy mieli świetną zabawę. Jak się później okazało bohaterowie bisu: Bartosz Uniwersał i Maksymilian Zawiślak są uczniami 4 klasy szkoły muzycznej w Bielsku-Białej. Oby to spontaniczne jam session z legendą jazzu, zaowocowało w przyszłości.
Tomasz Stańko był zachwycony koncertem. - To się zdarza, że pod koniec życia artysta doznaje olśnienia, to jest jak błysk flesza. On dokonał fenomenalnej syntezy swojej muzyki. Wzbogacił ją też o elementy popu - podkreślił nasz trębacz.
Coleman nie okazywał zmęczenia i po koncercie podpisał wszystkie płyty, jakie przynieśli jego fani. Szczęśliwy zniknął na zakrystii.
Już 13 listopada w Bielskim Centrum Kultury następny koncert festiwalu - saksofonista John Surman i organista Howard Moody.
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA