fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Sztuka atakuje Poznań

Międzynarodowe Biennale Sztuki Współczesnej
Fotorzepa, Bartosz Jankowski
„Mediacje” to hit roku. Nie było u nas biennale sztuki na taką skalę: 16 wystaw w 13 galeriach, 260 uczestników z całego świata i mnóstwo świetnych prac
Mediations Biennale przygotowywano cztery miesiące. Światowy rekord. I równie wielki sukces. Mnóstwo świetnych prac, rewelacyjnie zaaranżowanych. Przestrzenie ekspozycyjne zróżnicowane w klimatach – od marmurowych sal muzeum, poprzez prowizorkę kontenera, po hale Starej Drukarni.
Powiało wielkim światem: wzięci zagraniczni kuratorzy; autorzy, którzy przyjechali z odległych krajów – m.in. z Chin, Argentyny, RPA. A jaka publiczność! Tak wielonarodowego spędu w rodzimych galeriach nie widziałam. Przyznam – zazdrościłam Poznaniakom. Ale to kwestia ich tradycji. Solidni i uparci, potrafili skrzyknąć kilkanaście instytucji do zgodnej współpracy.
[srodtytul]Kolizje na trasie [/srodtytul]
Czy ktoś widział anioła z bliska? Jest okazja: leży przed wejściem do Centrum Sztuki Zamek. Miał otworzyć chińską ekspozycję, jedną z trzech głównych wystaw „Mediacji”. Tymczasem padł. Wygląda okropnie. Łyse skrzydła; siwe włosy w nieładzie; starcza, pomarszczona skóra. Niebiański emeryt. Może posłaniec niebios (wydelegowany przez chiński duet Sun Yuan & peng Yu) przeforsował się – leciał aż z Pekinu. A może zawadził o jedną z ośmiuset satelit, oplatających Ziemię ciasnym łańcuchem? Problemy miał także wilk, zatrzymany przez celników oraz obrońców praw zwierząt. Okazało się, że skóra czworonoga, element instalacji „Terytorium” autorstwa Qin Ga – to tak doskonała imitacja, że zwiodła speców. Tylko krowie kości, na których zwierzak stoi, są prawdziwe. Jednak artysta mógł zabrać się do pracy dopiero dzień po otwarciu poznańskiego biennale.
Trochę zamieszania było też z chryzantemami. Hermann Nitsch, jeden z gwiazdorów przeglądu, austriacki „klasyk” prowokacji, zamówił gigantyczne bukiety. A w kwiaciarniach jeszcze nie sezon. Trzeba było wybrać się na cmentarz. Chryzantemy dopełniają obraz, który wygląda jak krajobraz po masakrze. Krwawa masa, z niej skapują krwawe bryzgi. Charakterystyczny zapach chryzantem potęguje makabryczne skojarzenia.
[srodtytul]Z walizką w ręku [/srodtytul]
Mediacje to uderzeniowa dawka sztuki: w pierwszy weekend października – 13 otwarć! Na tym nie koniec, będą jeszcze dalsze pokazy z programu „Miesiąc Mediacji”.
Maraton wernisażowy przebiegał we wspaniałej aurze, wspomaganej przez sprzyjającą pogodę. Najważniejsza jednak była koncepcja przedsięwzięcia. Brawa dla Tomasza Wendlanda, „ojca dyrektora” biennale. Tytułowe mediacje można rozumieć jako kulturowy dialog w atmosferze wzajemnej tolerancji lub jako wymianę doświadczeń pomiędzy artystami całego globu. Poznańskie konfrontacje uświadamiają, że współczesny twórca pędzi życie na walizkach. Wystarczy spojrzeć na notki biograficzne. Dwa, trzy adresy – to norma. Miejsce urodzenia? Nieważne, z racji nacji nie ma się już przywilejów.
W efekcie, sztuka również straciła narodowe cechy. Stała się kosmopolityczna w różnorakim sensie. Dotyczy tych samych zagadnień, przybrała podobne formy, ulega identycznym modom i trendom. W końcu satelity, choć przeszkadzają aniołom, to ułatwiają międzynarodową komunikację.
Czy w związku z tym powiało nudą? Nie! Na polu sztuk wizualnych kipi. W erze nadprodukcji tu także mamy nadmiar. Toteż trwa gorączkowe penetrowanie nowości i ich selekcjonowanie. Kilka lat temu sztuka zza chińskiego muru wydawała się objawieniem, teraz sami Chińczycy buntują się przeciwko skomercjalizowanej twórczości ich rodaków. Mają nowe, ciekawsze oferty, przedstawione na wystawie „Identity and Tolerance”, przygotowanej przez Gu Zhenging, komisarza z Pekinu i Szanghaju. Zawód kuratora, to dziś harówka. Też nieustanne przesiadki z samolotu na następny. Przykładem – Lórand Hegyi, komisarz największej wystawy Mediacji. Węgier z urodzenia, były dyrektor wiedeńskiego Ludwig Museum, obecnie szef Musée d'Art Moderne w Saint-Étienne, po drodze kierował biennale w Wenecji, Stuttgarcie, Walencji, Belgradzie. Do Poznania, gdzie przygotował dwuczęściową prezentację „Voyage Sentimental” skrzyknął 90 artystów z rożnych stron świata. Przedsięwzięcie z globalnym rozmachem. Przede wszystkim – fascynująco pomyślane. Spektakl w siedmiu „aktach”, zróżnicowanych w nastroju. Kurator określa ten zestaw mianem „notatek wędrowca”.
[srodtytul]Czas zbiorowy i własny [/srodtytul]
Marina Abramović, superstar z Amsterdamu, rodem z Belgradu, jest zmęczona. Dała temu wyraz w pracy „Pieta (Virgin Warriors) ”. Przez wiele lat krzyczała o losie swego kraju, o poniewierce kobiet. Krwawiła się, ryzykowała. Aż ustała. Teraz, choć nadal w zbroi, opiera udręczoną głowę o kolana Jana Fabre'a, wszechstronnego belgijskiego twórcy – dziwaka, także zakutego w metalowe ochroniacze.
Jedni poddali się, inni wycofali w strefę prywatności i ciszy. Jak Roman Opałka, który od 1965 roku odlicza swój czas, pisząc/malując obrazy. W ich sąsiedztwie tykają cicho zegary. Jarosław Kozłowski instalacją „Akta osobiste” uzmysławia, że jeden i ten sam czas dla każdego ma inne znaczenie. Rzędy budzików w szafach są nastawione na różne godziny. A choć wskazówki poruszają się w tym samym tempie, każda pokazuje inną porę. Prosta, lecz jakże nośna metafora. Tak jak realizacja Güntera Ueckera, słynnego niemieckiego twórcy. Na poletku piasku obraca się kierat, zamiast ostrzy – wyposażony w sznurki. W podłożu powstają bruzdy, ale żaden dźwięk się nie dobywa. Prawdziwa praca – ta nad sobą – odbywa się w ciszy.
[srodtytul]Świat na wyciągnięcie ręki [/srodtytul]
Jak przebiegały przygotowania do I. Międzynarodowego Biennale Sztuki Współczesnej, kto był i jak się zachował, można zobaczyć w… Muzeum Narodowym. Mariusz Tarkawian, 25-latek z Lublina, w Poznaniu deptał po piętach organizatorom i zaproszonym artystom, żeby już na wernisaż pokazać zestaw szkiców ołówkiem z komentarzami, kto i co robi. Zabawne. Jak zdążyłam się przekonać, intrygujące dla bohaterów oraz widzów. Kto nie lubi poufnych informacji? A Tarkawian serwuje coś w rodzaju plotkarskiego (ale nie wścibskiego) komiksu.
Mediacje mają też wymiar lokalny – pomiędzy artystami i miastem o obiekt łakomy – w pobliżu terenów targowych i dworca kolejowego: Stara Drukarnia, piękna poniemiecka architektura industrialna. Przetarg na ten ponad stuletni budynek wygrał Piotr Voelkel, który zamierza urządzić Centrum Designu. Zanim wnętrza zostaną zaadaptowane na potrzeby nowoczesnego muzeum-galerii, odbywają się w nich pokaz improwizowane. Co nie znaczy, przypadkowe.
Tym razem Starą Drukarnię – trzy kondygnacje, ponad tysiąc metrów kwadratowych – zajęły dwie ważne ekspozycje. Parter zagospodarowała Yu Yeon Kim, Koreanka mieszkająca w Nowym Jorku. To trzecia kuratorka zaproszona do poprowadzenia „Mediations Biennale”. Jej propozycja nosi tytuł „Corporeal – Technoreal”. Chodzi o człowieka – część natury, jednocześnie pana świata, podporządkowującego sobie przyrodę techniką. Niezwykłą instalację przedstawił Yuan Shun z Szanghaju. Pejzaż w miniaturze: góry, miasta, rzeki. Ale pusto. Jakby wszystkich wybił nieznany kataklizm. Grozę powiększają białawe opary, co chwila wydmuchiwane przez mechaniczny miech. Na wyższych piętrach ukryła się wystawa „CamuFLASHed Mediations”, przygotowana przez Mariusza Sołtysika i Aurelię Mandziuk z Łodzi. Pokaz z wyczuciem – ciche i intymne prace nie konkurowały z „księżycową” fakturą ścian. Mottem mógłby być film Anny Klimczak „Moje gniazdo jest moje”. Krótkie wideo, podczas którego autorka obrysowuje swą sylwetkę. Leży na asfalcie w różnych pozach, kredą zaznaczając kontur. Dookoła rysującej powstaje plątanina kresek. „Gniazdo”, przestrzeń własnej sztuki. Lubię takie podejście.
[srodtytul]Sztuka ważniejsza od mięsa [/srodtytul]
Jak bardzo miksują się nasze obyczaje i podejście do sztuk wszelkich, w tym – do sztuki kulinarnej, miałam okazję obserwować podczas kolacji w Zamku. Po otwarciu chińskiej ekspozycji, gronu zaproszonemu na tę uroczystość zaserwowano m.in. sushi, dipy, bigos i pieczoną szynkę. Niestety, zabrakło sztućców. Za to zostały pałeczki. Japoński przysmak zniknął natychmiast, jako najłatwiejszy w konsumpcji. Przypatrywałam się ekwilibrystycznym wyczynom gości. William Kentridge z Johannesburga położył gruby płat szynki na chleb i pokroił na małe kawałeczki. Sandor Pinczehelyi z Pécs na Węgrzech atakował mięso nożem, starając się jednocześnie fotografować towarzystwo. Śliczna Chinka Chun Sung-Myung z wdziękiem chwytała minimalne skrawki mięsa pałeczkami.
Natomiast surowe mięso stało się też przedmiotem pożądania psów, bestii tresowanych na morderców, m.in. rasy pittbull. Atakowały tancerkę flamenco, usiłującą pomimo zagrożenia utrzymać rytm. Na szczęście, tylko na filmie. Praca zatytułowana „Biały garnitur” należy do tych, wobec których nie można przejść obojętnie. Miguel Angel Rios, Argentyńczyk mieszkający w Meksyku i Nowym Jorku, sfilmował tancerkę manewrującą podczas popisu „bolas” (metalowe kulki, używane przez argentyńskich kowbojów zamiast lassa). Z tym, że dziewczyna ubrana w biały strój operuje „bolas” zakończonymi kawałkami surowego mięsa. Pomiędzy nią a czworonogami podnieconymi zapachem krwi dochodzi do wyjątkowego „tańca”. Jakże niebezpiecznego dla kobiety. I staje się cud. Rytm kroków tak ogłupia psy, że nie potrafią dopaść ofiary. Fantastyczna praca. Znacząca. Sztuka ma władzę. Potwierdzają to nawet zwierzęta.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA