fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Sprawa TW „Bolka” – między prawdą a dobrem

Prawdy w nauce nie ustala się raz na zawsze. Przeciwnie, jest ona czymś zmiennym, ewoluującym, rozwijającym wraz z postępem badań – pisze profesor prawa na marginesie sporu o książkę o Lechu Wałęsie
Spory wokół książki, w której dwaj pracownicy IPN zawarli informacje i sądy na temat, oczywistej ich zdaniem, współpracy Lecha Wałęsy ze służbami specjalnymi PRL, wpisują się w szerszy kontekst aksjologiczny. Chodzi o to, jakim wartościom służyć winny badania naukowe i czy zawsze są one im bezwzględnie wierne.
Każdy chyba przyzna, że fundamentalnymi wartościami w życiu współczesnych społeczeństw, należących do tego samego co społeczeństwo polskie kręgu kulturowego, są: prawda, dobro, piękno i sprawiedliwość. Wspomina o nich między innymi preambuła do Konstytucji RP z 1997 r., uznając, być może zbyt optymistycznie, że są to wartości o uniwersalnym zasięgu. Rozumienie tych wartości może być i bywa przedmiotem dyskusji. Nie mają one bowiem jednego i powszechnie akceptowanego znaczenia. Ich ustalanie od wieków przyciąga uwagę filozofów i teologów.
Zgódźmy się jednak, że dla nauki wartością podstawową jest prawda. Zgódźmy się także, że dla potrzeb nauki prawda jawi się w swojej klasycznej postaci jako zgodność rzeczy i intelektu, czyli odpowiedniość między faktami a ich obrazem ujętym w upublicznianym przez badaczy i dotyczącym ich przekazie. Nie jest i nigdy nie było tak, że prawdę w nauce ustala się raz na zawsze. Przeciwnie, jest ona czymś zmiennym, ewoluującym, doskonalącym się, rozwijającym wraz z postępem badań.
To, że znana nam materia ma strukturę atomową, jest prawdą przyjmowaną (przynajmniej przez niektórych) od dawna, ale nie jest to pełna prawda. Nie jest zapewne taką prawdą i to, co mają do powiedzenia na temat budowy materii najwybitniejsi fizycy XXI wieku. Być może nigdy się nie dowiemy, jak w tej dziedzinie przedstawia się „cała prawa”, po której ustaleniu badacze nie będą mieli już nic do roboty. Prawda w nauce istnieje, ale istnieje bardziej w postaci nieustannego dążenia do jej odkrywania, niż jako wiedza zupełna, ostateczna i niepodważalna.
A co z innymi wartościami? Piękno nie bywa z reguły przedmiotem poszukiwań naukowych. Słychać wprawdzie, że matematycy czy fizycy pewne formuły i równania nazywają pięknymi czy eleganckimi dla ich trafności ujętej w zgrabną formę, ale jest to tylko przenośnia. Ustalanie, co i dlaczego ludzie tych czy innych epok uważają za piękne, jest oczywiście przedmiotem badań naukowych. Ale nie należy do zadań nauki tworzenie wiążących kogokolwiek kanonów piękna.
Inaczej przedstawia się sprawa z dobrem i sprawiedliwością. Nie tylko ustalanie, czym jest dobro i sprawiedliwość w oczach ludzi różnych czasów, ale także określanie, czym one być powinny i jak należy je wcielać w życie, jest przedmiotem wielu nauk humanistycznych – od filozofii poczynając, na stanowieniu prawa kończąc.
Czy wystarczy, aby uczony koncentrował się na poszukiwaniu prawdy, odkładając na bok pytania o dobro i sprawiedliwość? Nie chodzi tu oczywiście o dobro i sprawiedliwość w pozanaukowym postępowaniu badacza, ale czy odkrywając prawdę lub do niej dążąc, powinien sobie pozwalać na całkowite pozbycie się troski o to, czy i ile dobra (lub zła) wyrządzi przez swe studia i ich upublicznienie.
Te kwestie mają szczególne znaczenie dla badań o charakterze utylitarnym. Oto prosty przykład. Czy uczony, który odkrył, iż pewien rodzaj nieznanego dotychczas związku chemicznego ma piorunujące działanie toksyczne, może bez wyrzutów sumienia zaproponować wykorzystanie go jako środka zabijającego ludzi na masową skalę, bo poza tym nie nadaje się on do innych celów?
Problemy etyczne w nauce (a więc problemy dobra i sprawiedliwości) narastają współcześnie z lawinową siłą. Powszechnie znane są dylematy, jakie stoją przed uczonymi, na przykład w związku z odkryciami z dziedziny genetyki i embriologii. Sprawy klonowania organizmów żywych (w tym ludzi), operacji dokonywanych na komórkach macierzystych, pytanie, co czynić z nadmiarem zapłodnionych ludzkich jajeczek, to jedne z bardzo wielu kwestii tego typu. Są one przedmiotem żywej uwagi i dyskusji także w gronie etyków, teologów i prawników, ale nie są całkiem obojętne politykom i szerszej opinii publicznej.
W powołaniu na dobro ludzi i na sprawiedliwość doradza się często uczonym (a nawet prawnie nakazuje) daleko idącą powściągliwość w wykorzystywaniu dokonanych przez nich ustaleń w działalności praktycznej, a nawet posługiwania się tymi czy innymi metodami badawczymi.
Konieczność uwzględniania innych, nie tylko prawdy, wartości w badaniach naukowych jest jak sądzę oczywista nie tylko w naukach przyrodniczych, medycznych i technicznych. Jest równie istotna w naukach humanistycznych i społecznych, w szczególności w historii, socjologii, ekonomii, politologii i prawoznawstwie. Mają one bowiem do czynienia nie tylko z martwymi wytworami ludzi (ideami, rzeczami, relacjami międzyludzkimi), ale bardzo często z osobami nadal żyjącymi lub co prawda zmarłymi, ale o których pamięć, nieobojętna dla żyjących, trwa w obecnym pokoleniu.
W naukach humanistycznych i społecznych ustalenie prawdy w znaczeniu klasycznym jest chyba trudniejsze niż w matematyce, fizyce, chemii czy biologii. Człowiek i jego kulturowe wytwory to obiekty badań znacznie bardziej złożone, bardziej różnorodne, zmienne i niejednoznaczne, niż jakikolwiek przedmiot nauk przyrodniczych czy technicznych. Dlatego w humanistyce i badaniach społecznych proces dochodzenia do prawdy jest tak złożony, a ustalenia tak niepewne i zawsze podatne na zakwestionowanie.
Ci, którzy prowadzą tego typu badania, jeśli są uczciwi intelektualnie, nigdy nie powiedzą: ustaliliśmy pełną prawdę o faktach, niczego nie pominęliśmy, wszystko, co należało, zostało uwzględnione, żadnych wątpliwości mieć zatem nie można. Są oczywiście fakty rudymentarne, których zakwestionować nie sposób, choćby ten, że Rzesza hitlerowska zaatakowała Polskę 1 września 1939 r. Ale historia, wiedza o społeczeństwie, polityce czy o ludzkim działaniu, myśleniu i emocjach na prostych faktach się nie kończy. A i one niekoniecznie są takie proste, jak to się na pierwszy rzut oka wydaje. Wiedza, która próbuje je odkryć i opisać, to cały ciąg ustaleń, twierdzeń, hipotez i interpretacji układających się w długie, powikłane i ulegające zmianom w czasie i przestrzeni, niepewne co do swego ostatecznego kształtu łańcuchy.
Czy w związku z tym należałoby zaniechać badań nad człowiekiem, jego dziejami i wytworami kultury? Zdecydowanie nie. Trzeba je prowadzić, lecz należy mieć świadomość ograniczeń, jakie dla ustalenia prawdy czy choćby zbliżenia się do niej z tej sytuacji wypływają. Jeśli jest tu coś ostatecznie pewnego i dla wszystkich oczywistego, to zwykle nie na długo.
Gdy badamy działania ludzi nam współczesnych, to poza zwykłymi ograniczeniami, jakie mogą wynikać w dochodzeniu do prawdy, a zakładam, że dążenie do prawdy jest naszym stałym i uczciwym zamiarem, pojawiają się okoliczności dodatkowe. Powinny nimi być względy wynikające ze wzmożonej dbałości o dobro i sprawiedliwość, które mogą zostać naruszone w przypadku braku lub niedostatku roztropności i poczucia tego, co się godzi, a czego nie godzi się czynić.
Gdyby ktoś odkrył na podstawie nieznanych dotychczas dokumentów, że Joanna d’Arc nie była dziewicą w konwencjonalnym tego słowa znaczeniu, byłaby to ciekawostka bez większego znaczenia dla wiedzy o przebiegu wojny stuletniej, choć, kto wie, czy nie zachwiałaby przekonaniem niektórych osób o heroiczności cnót tej francuskiej świętej i bohaterki narodowej.
Lecz gdyby ktoś ustalił i podał do publicznej wiadomości jako główną konstatację biografii czynnego dziś, znanego profesora muzykologii, że jako młody człowiek przed 40 laty zamieścił w swojej pracy magisterskiej fragment zaczerpnięty z cudzej publikacji bez powoływania jej autora, co jest czynem niewątpliwie nagannym, mógłby podważyć jego obecny autorytet. Nieuczciwością, objawem braku poczucia dobra i sprawiedliwości byłoby bowiem koncentrowanie się w opisie życiowych dokonań tego badacza na grzechu młodości i pomijanie jego rzetelnej pracy w latach następnych.
Zakładam, że w jednym i drugim przypadku dokonano ustaleń jednakowo prawdziwych, ale ich znaczenie moralne jest różne. Czy jeśli ktoś, kto wyciąga z niepamięci fakt autentyczny, lecz dziś już mało istotny, a mogący zranić daną osobę lub pamięć po niej, działa w imię dobra publicznego? Mam co do tego wątpliwości. Czy nie powinien raczej zachować tę rewelację dla siebie i jej nie upubliczniać, skoro o ciekawostkę tu bardziej chodzi, niż o fakt mający dziś jakieś realne znaczenie?
Naturalnie, pojawia się tu natychmiast pytanie, czy prawda może ustąpić przed tak rozumianym dobrem i sprawiedliwością. Prawda jest przecież dobrem samym w sobie, a to, co dobre, nie może nie być sprawiedliwe. Ale gdyby tak było, że prawda zawsze ma pierwszeństwo przed dobrem, to bezeceństwem byłoby ukrywać wiadomość o rzeczywistym stanie zdrowia przed śmiertelnie chorym, nawet jeśli chcielibyśmy zaoszczędzić mu dodatkowych cierpień. Gdyby tak było, nie mogłyby istnieć żadne tajemnice państwowe i służbowe wprowadzane i utrzymywane dla dobra państwa i bezpieczeństwa obywateli. Gdyby tak było, nie istniałaby, powszechnie akceptowana, instytucja ochrony danych osobowych.
Zgodzę się jednak, że w nauce prawda zajmuje miejsce wyróżnione. Lecz w moim przekonaniu nie jest wartością jedyną. Bo przecież to nie tylko w imię samej gołej prawdy, ale głównie w imię dzisiejszego dobra i ponadczasowej sprawiedliwości podkreśla się jej znaczenie w badaniach dawnych dziejów, tak jak to ma miejsce na przykład z dążeniem do ujawnienia przed światem wszystkich faktów związanych ze zbrodnią katyńską. Gdy mamy więc do czynienia z sytuacją, kiedy nie tylko prawda wchodzi w rachubę jako wartość w badaniach naukowych, musimy, biorąc pod uwagę kontekst sytuacyjny, zwracać baczną uwagę na to, czy jej głoszeniem czynimy dobro i służymy sprawiedliwości, czy raczej w nie godzimy.
Mówiąc o uwzględnianiu innych także, obok prawdy, wartości w poszukiwaniach naukowych i przy publikacji ich wyników, w żadnym razie nie bronię cenzury pod jakąkolwiek postacią. Opowiadam się natomiast za autorefleksją moralną i samokontrolą badacza.
Moim zdaniem lepiej w niektórych przypadkach czegoś nie dopowiedzieć, jakieś pytanie pozostawić otwarte, zwłaszcza wówczas, gdy nie ma się absolutnie niezbitych dowodów na to, że fakt, o którym mowa, miał rzeczywiście miejsce. A gdy fakty nie są ustalone z całą pewnością, konstruowanie na ich podstawie dalszych przypuszczeń i obudowywanie ich interpretacjami (zawsze zresztą subiektywnymi) i podawanie ich do publicznej wiadomości, może godzić zarówno w dobro, jak i sprawiedliwość – wartości w życiu bezcenne.
Autor jest profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, znawcą tematyki konstytucyjnej, stałym współpracownikiem „Rzeczpospolitej”
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA