fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Tenis

Urosłam dwa centymetry

Agnieszka Radwańska
Fotorzepa, Pio Piotr Guzik
Agnieszka Radwańska, najlepsza polska tenisistka o oczekiwaniach przed startem w igrzyskach, nagrywaniu pierwszej reklamy, wspomnieniach z USA i urodzie turniejów pokazowych
Udało się to sześciotygodniowe amerykańskie tourneé?
Agnieszka Radwańska: Trzeba oceniać prosto: ćwierćfinał w Indian Wells dobrze, start w Miami niestety nie. Kiedy przyjechałam na Florydę, źle mi się grało. Nie czułam kortu, może tam była trochę inna nawierzchnia, ale tak czy siak, powinnam była zagrać lepiej. W dwóch turniejach na amerykańskich zielonych kortach ziemnych też było ciężko. Dziwna sprawa: nawierzchnia w Charleston była nawet wolniejsza, niż mączka w Polsce, do tego dochodziły miękkie piłki, po dwóch gemach jakby pęknięte i jeszcze deszcz. Umęczyłam się.
Dochodziła tęsknota za domem?
Najbardziej tęskniłam za domową normalnością, hotele i restauracje są dla mnie wszystkie takie same. Podczas tak długich wyjazdów chce się zwyczajnie posiedzieć chwilę na własnej domowej kanapie, o niczym nie myśleć, to zupełnie inne uczucie, niż w obcym hotelu po meczu.
Nie korci panią samodzielność w podróżach po świecie?
Na razie nie. Samemu nigdy nie jest fajnie. Na razie możemy być z rodzicami i tak jest najlepiej. W WTA Tour nie ma wielu samodzielnych tenisistek, niemal zawsze jest z nimi trener lub rodzic. Na pewno są też takie, których po prostu trzeba pilnować.
Przed panią turnieje na kortach ziemnych - Berlin, Rzym i Stambuł, a potem Roland Garros, a wcześniej Suzuki Warsaw Masters w stolicy. Lubi pani pokazówki?
Grałam jedną, w Holandii z Michaellą Krajicek. Odbijałyśmy piłki pod nogami, pokazywałyśmy różne triki, z poważnym meczem nie miało to nic wspólnego. Na końcu miałam przegrać, bo to było u niej. Wszystko pod publikę, żeby był show. Ta w Warszawie będzie bardziej na serio, taki poważny trening i dobrze, bo poza treningami w Krakowie jeszcze nie miałam okazji zagrać prawdziwego meczu na czerwonej mączce. A czy lubię? To jest mała część tego co robię i z czego żyję. Myślę, że to jest wydarzenie przede wszystkim dla polskich kibiców, żeby mieli okazję wreszcie zobaczyć nas na żywo i żeby nie zapomnieli o warszawskim turnieju.
Tych okazji rzeczywiście nie ma wiele, jedna w Warszawie, druga może w listopadzie w Krakowie?
W hali w Krakowie na pewno zagra Ula, ja zobaczę, jak się ułożą sprawy.
Dlatego, że w listopadzie jest kobiecy turniej Masters?
No nie, jestem dziewiąta w rankingu Race to the Championships, ale pół roku to za daleko, by o tym myśleć. Choć szczerze mówiąc wolałabym pojechać na Masters do Dauhy niż do Krakowa.
Za ostatnimi sukcesami poszły nowe umowy sponsorskie?
Gram nadal rakietami Babolata, przedłużyliśmy kontrakt od stycznia. Prowadzimy rozmowy w sprawie nowych strojów, ale nie jest to łatwe, bo mało kto akceptuje na koszulkach naszywki PZT Prokom Team. Te naszywki będą jednak zgodnie z obowiązującą umową do końca roku – co dalej nie wiemy.
Nagrała pani reklamę proszku Ariel, widziała ją pani?
Zmontowanego filmu jeszcze nie oglądałam, ma się w maju ukazać w telewizji, szybko zleciało. Mamy jeszcze robić dodatkowe zdjęcia w Warszawie, plakaty, będzie druga część tej działalności.
Podoba się pani ta praca?
Na początku nie spodziewałam się, że to wszystko ma trwać tak długo. Twórcy reklamy chcieli ze mną wyjeżdżać na dłuższy czas, a ja przecież nie mogłam sobie na to pozwolić. Mogłam poświęcić najwyżej jeden dzień. Dało się to jakoś uzgodnić i poszło. Sądzę, że dam radę kolejnym propozycjom, czemu nie.
Zbojkotuje pani igrzyska olimpijskie w Pekinie?
Nie zamierzam.
Z kim zagra pani debla?
Sprawa nie jest jasna. Przepisy kwalifikacji dają możliwość różnej interpretacji, ale zasada ogólna jest taka, że jeśli zakwalifikują się dwie singlistki z danego kraju, to automatycznie powinny zagrać w deblu. Marta Domachowska jeszcze nie jest pewna awansu, Ula jest dość daleko w rankingu, więc jej szansa na start nie jest duża. Istnieje inna furtka – tenisistki z pierwszej dziesiątki rankingu WTA mogą sobie dobrać krajowe partnerki, ale ten przywilej jeszcze trudniej wywalczyć. Poczekajmy do zakończenia Wielkiego Szlema w Paryżu, po nim wszystko będzie jasne.
Była pani w Chinach?
Ja nie, ale moja siostra tak – w listopadzie ubiegłego roku. Z opowieści Uli wiem tyle, że grała w małym turnieju w Kunming na południu kraju i było tam strasznie. Przykład: klubowa toaleta to była dziura w podłodze, brudno, ciemno, trudno sobie wyobrazić, jak tam wejść podczas przerwy w meczu. Do tego chińskie jedzenie, zupełnie inne, niż w Polsce. Posiłki można było jeść wyłącznie w godzinach wyznaczonych przez organizatorów, kolacja od 18.00 do 18.45 i koniec. Na śniadanie specjalnie dla obcych tenisistek tzw. europejski stół: pizza i frytki. Mam nadzieję, że w Pekinie będzie znacznie lepiej.
Czy to prawda, że pani urosła?
Tak, o całe dwa centymetry.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA