fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Jak zostałam prawnikiem opowiada prof. Elżbieta Traple

materiały prasowe
Jak zostałam prawnikiem... dla „Rzeczpospolitej”: Prof. Elżbieta Traple, adwokat, pracownik naukowy w Katedrze Prawa Cywilnego UJ

Rz: Podobno chciała pani być dziennikarką.

Prof. Elżbieta Traple: Wyobraźnia podsuwała mi wizję dalekich wypraw reporterskich i poruszania ważnych społecznie tematów. Dziennikarstwo można jednak było studiować jedynie podyplomowo. Kończąc liceum, wahałam się, czy wybrać najpierw studia prawnicze czy filologię polską. Zwyciężyło prawo.

Ale wciąż wiązała pani swoje przyszłe życie zawodowe z prasą.

Na początku tak. Na studiach pisywałam nawet do „Dziennika Polskiego". Interesowały mnie sprawy społeczne. Napisałam też opowiadanie dotyczące repatriacji ze Związku Radzieckiego. Dostałam za nie wyróżnienie w konkursie literackim.

Na czas moich studiów przypadły jednak wypadki roku 1968. W tym czasie nie było więc mowy o wolnej prasie. Dlatego szukałam innego zawodu wolnego.

Czy na studiach prowadziła pani bujne życie towarzyskie?

Trochę za dużo grałam w brydża na drugim roku. Nie przepadałam jednak za życiem nocnym. Skupiłam się raczej na turystyce, jeździłam na rajdy studenckie, z grupą przyjaciół przejechaliśmy autostopem całą Bułgarię i wybrzeże Jugosławii. Taka podróż w tamtych czasach była zupełnie bezpieczna.

Kiedy zdecydowała się pani na karierę naukową?

Zaraz po skończeniu studiów mogłam uczestniczyć w seminariach prof. Stefana Grzybowskiego. Były przeznaczone dla pracowników naukowych, ale profesor dopuszczał też byłych magistrantów, do których należałam. Przed rozpoczęciem zebrania profesor przynosił wówczas trudno dostępną na rynku kawę i wołał pedla, czyli woźnego, aby ten ją zaparzył, oczywiście dla wszystkich obecnych. Po luźnej dyskusji o aktualnych sprawach można było przystąpić do spraw naukowych. Profesor lubił pożartować, a przede wszystkim uczył nas myślenia i tolerancji dla różnicy w poglądach naukowych. Tak samo jak mój drugi ważny nauczyciel prof. Andrzej Kopff. Mam nadzieję, że to we mnie zostało.

Jeszcze przed rozpoczęciem pracy naukowej napisałam swój pierwszy artykuł z zakresu prawa wynalazczego. Pomogło mi to w uzyskaniu stanowiska asystenta w nowym Instytucie Wynalazczości i Własności Intelektualnej. Do podjęcia pracy na uniwersytecie zachęcał mnie również mój mąż, który był już wówczas pracownikiem naukowym Instytutu Matematyki UJ.

Czy ciężko było porzucić wizję dalekich wypraw reporterskich dla pracy na uczelni?

Tak zupełnie marzeń nie porzuciłam. Należeliśmy z mężem do klubu tatrzańskiego PTTK. Organizowaliśmy wyprawy wysokogórskie. Mam na swoim koncie sześciotysięcznik w Himalajach. Organizowanie takiego wyjazdu było wtedy bardzo skomplikowane, można by powieść napisać. Całe jedzenie i sprzęt zamykaliśmy w bębnach do pakowania leków używanych w Polfie. W Himalajach wynajmowało się karawanę mułów, która wynosiła nasze pakunki na odpowiednią wysokość. Tam zakładało się bazę i dopiero następowała aklimatyzacja, a potem wejście na szczyt.

Byliśmy też w Iranie, na najwyższym szczycie, za czasów Mohammada Rezy Pahlawiego. Była to bardzo ciekawa wyprawa. Pełna egzotyka. Mieliśmy co prawda nie więcej niż po 100 dolarów w kieszeni, ale przeżyliśmy prawdziwą przygodę. Jechaliśmy wynajętymi samochodami przez Afganistan i Pakistan. Teraz to byłoby pewnie niemożliwe. Mój mąż do dziś nie może mi wybaczyć, że musieliśmy wracać z Iranu za szybko i nie zdążyliśmy pojechać w inne ciekawe miejsca, bo na dwa tygodnie przed egzaminem sędziowskim chciałam być już w Krakowie.

Dlaczego zdecydowała się pani na otwarcie własnej kancelarii?

Kancelarię otwierałam w 1992 r., tak jak wielu innych naukowców, z powodów ekonomicznych i chęci przygody z praktyką. Znajomy adwokat mi to odradzał. Uważał, że kobiety w tym zawodzie nie mają żadnej szansy. Twierdził, że jego żona, która również wykonywała zawód adwokata, dostaje sprawy tylko dlatego, że on jej je przekazuje.

Czy rzeczywiście trudno było znaleźć klientów?

Nie. Przychodziło wiele osób, które wcześniej spotkały się z moimi publikacjami. Być może gdybym prowadziła sprawy karne, byłoby trudnej.

Mogę się jednak pochwalić, że mam stuprocentową skuteczność w sprawach rozwodowych. Jeden z moich klient uparł się, żebym poprowadziła jego sprawę. Chciał, żeby wszystko obsługiwała jedna kancelaria, także jego sprawy rodzinne. Żona nie chciała się zgodzić na rozstanie. Sprawa się przeciągała. Kiedy moja kancelaria ją przejęła, od razu uzyskaliśmy rozwód. Oczywiście był to przypadek, po prostu zmienił się sędzia i chciał zakończyć sprawę. Była to jedyna sprawa rozwodowa w naszej kancelarii.

—rozmawiała Katarzyna Wójcik

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA