fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Skazany na samotność

Fotonova/Filip Miller
Największe ataki na Krzysztofa Kąkolewskiego – w tym zmowa milczenia – nastąpiły wtedy, gdy zajął się opisem skutków sowieckiego osaczenia, w jakim żyli Polacy od zakończenia wojny.

O Krzysztofie Kąkolewskim, który umarł kilka dni temu, 24 maja, można by pisać i pisać. Opowiadać i opowiadać. Niewielu jest wśród nas, dziennikarzy bardzo dojrzałego już pokolenia, takich, którzy by się z tym niezwykłym autorem nie zetknęli.

Bardzo wielu z nas studiowało przecież wtedy, kiedy był wykładowcą w Studium Dziennikarskim i Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego, a był nim przez wiele dziesięcioleci. Był dla nas „ojcem reportażu"– skoro napisał zupełnie niesłychaną w PRL rzecz „Jak umierają nieśmiertelni" o zbrodni w amerykańskiej willi Romana Polańskiego – i twórcą nieistniejącej formalnie „szkoły reportażu". To my, jego studenci, byliśmy tą co roku inną szkołą. Wielu dziennikarzy wciąż pracujących w zawodzie – bo nie tylko reportażystów, jak jako pierwszy nazywał autorów tego gatunku – jest jego uczniami, a nieliczni uważają się wprost za jego wychowanków. Czy niektórych z nas nazwałby przyjaciółmi?

Był niełatwy w relacji, kapryśny, nieufny – ale był sobą. Nikogo nie udawał, do nikogo się nie przymilał, o nic nie zabiegał. Nigdy nie pisał na zamówienie, nie chwalił władzy, nie układał się z nią. Pytany przez studentów czy kolegów dzielił się przemyśleniami i nawet radami, które nie zawsze chciało się przyjmować, tak były kategoryczne. Po czasie, niekiedy po latach, okazywało się, że miał rację.

Siła Złego

W budowaniu swojej niezależności był bezwzględny, zwłaszcza dla siebie. Zaczął bardzo wcześnie, jeszcze w kieleckim liceum, w latach tużpowojennych. Wiedział, że skazuje się na samotność, ale tego właśnie chciał. Ćwiczył ją nawet fizycznie – na pewno nie tylko ja znam jego opowieść o tym, jak wypływał daleko w morze, poza linię horyzontu. Matka wcześnie powiedziała mu, że musi być za siebie odpowiedzialny. Więc był i płacił za to straszną cenę, także odrzucenia.

Opowiedział o nim we wstrząsającej – ostatniej – książce „Za lustrem lustracji" (Warszawa 2015). Nie jest to autobiografia czy wspomnienia. „Te rozważania – napisał – są tylko wypreparowanym wątkiem polityczno-policyjnym mojego życia (...) ukazuję tylko jeden aspekt – walki o przetrwanie". Wyjaśnię od razu: nie była to walka za cenę donosów, choć Kąkolewski – o czym sam pisze – w IPN ma teczkę pełną fałszywek. Ten jego wielowarstwowy i wielowątkowy autoreportaż z życia szczegółowo ujmuje próby wyślizgiwania się z objęć służb bezpieczeństwa i walki o własne niezależne twórcze życie. Nie chciał zostać „ich" człowiekiem, nie chciał naprawiać komunizmu, nie pisał na nakazane tematy – więc był niszczony, i to systemowo.

„Dwukrotnie los czy przeznaczenie postawiło mnie bez szans na istnienie, a jedyną drogą obrony było sięgniecie po siły Złego" – napisał w tej książce. I nie dlatego jej lektura jest wstrząsająca, że Krzysztof Kąkolewski opisuje swój los nastolatka z „biskupiego" liceum, w którym w obronie przed spodziewanym atakiem w szaleńczym porywie zakłada superreżimowy Związek Walki Młodych, czy swoje lata w „Sztandarze Młodych", kiedy jako 20-letni dziennikarz widzi próbę wmanewrowania go w tzw. sabotaż i idzie z tym do bezpieki.

Pisze po latach o stanie swej ówczesnej świadomości: „sam zastawiłem na siebie pułapkę i wpadłem w nią niczym kłusownik we własne wnyki". Jego ostatni reportaż – autoreportaż – dlatego jest tak mocny, tak wyrazisty, tak porażający, że szczegółowo pokazuje potworne, jakby wielokrotnie rozgałęzione, macki systemu. Kapitan SB mówi w książce: „Jeśli chcesz być szlachetny i być w opozycji, to za naszą zgodą i przy naszej pomocy". Kąkolewski nie chciał.

„Zawód, który uprawiałem, zawód reportażysty, był nieustannym ciągiem dramatycznych lub trudnych wydarzeń. Chociaż wojna skończyła się kilkadziesiąt lat temu, wiedziałem, że wciąż trwa w ludziach. Wręcz jej w nich szukałem. Nawet w tych, którzy nie walczyli, ale którym zmieniła trajektorię życia" – opowiadał w miesięczniku „Press" w 2010 roku.

W jego życiu wojna i jej następstwa poczyniły wielkie zmiany, ojciec zginął w obronie Warszawy, kiedy syn miał zaledwie dziewięć lat. Potem napisze, że od tamtej pory zaczął się czuć odpowiedzialny za siebie. Owszem, nikt nigdy nie wie, jak potoczyłoby się jego życie, gdyby nie wielkie wydarzenia dziejowe – wojna i komunizm ze straszliwymi skutkami – ale też nie każdy się nad tym zastanawia. Kąkolewski zrobił z tego program na całe pisarskie i dziennikarskie życie.

Tym właśnie – poszukiwaniem śladów wojny i zmian, których dokonała w człowieku, jego linii życia – fascynował czytelników, wśród nich także i nas, swoich studentów, i – przypuszczam – kolegów redakcyjnych. W tym, co pisał, były wojna i miłość, zdrada i śmierć, wolność i honor. Nie było ideologii ani bieżącej polityki. Ponieważ w genialnym reporterskim słuchu wyłuskiwał z ogromu informacji i niezliczonych opowieści najtrudniejsze sprawy (to dzięki niemu miliony czytelników poznały choćby słynnych szpiegów Blankę Kaczorowską i Ludwika Kalksteina, którzy m.in. wydali gestapo gen. Grota-Roweckiego, dowódcę AK), to prędzej czy później musiał trafić na sprawy ostateczne.

W bezprecedensowym „Reportażu po reportażu" napisanym do zbierającego teksty wojenne tomu „Węzły wojny" (Poznań 2010) Kąkolewski dopowiada po latach wątki, do których doszło nowe zakończenie. Także wątek św. Maksymiliana Kolbego – praca nad nim sprawiła, że wrócił do Boga, a potem także do Kościoła. Mówił o tym może powściągliwie, ale jednoznacznie: „Czułem, że operując dawnymi środkami, niczego nie pojmę. Zrozumiałem, że to nie była prosta wymiana życia za życie, ale uczestniczył w tym ktoś Trzeci. Dla Niego to było uczynione, na Jego pamiątkę".

Nigdy nie pracowałam z nim w jednej redakcji. Ale kiedy w latach 90. publikował w „Tygodniku Solidarność", w którym byłam dziennikarką, wciąż budził fascynację niebywałą umiejętnością docierania do najgłębszych tajemnic ludzkiego losu splątanego przez wojnę i jej skutki. Jak w życiu Stasia Kosickiego, uroczego starszego pana, który stał się bohaterem „Diamentu odnalezionego w popiele" drukowanego w odcinkach w „Tygodniku Solidarność". Kąkolewski napisał w książce „Za lustrem lustracji", że „analiza i opis historii, które zawarłem w »Diamencie...«, były elementem walki z najbardziej kłamliwym i niesprawiedliwym utworem propagandowym lat 1945–56". Tym utworem był „Popiół i diament" Jerzego Andrzejewskiego.

Rzeczywistość jak fikcja

Kąkolewski po raz kolejny ściągnął wtedy na siebie gniewne reakcje, ale i uwielbienie czytelników. Tak też było z niepowtarzalnym i niedościgłym – rewelacyjnie przygotowanym od strony dokumentacyjnej – zbiorem rozmów z hitlerowskimi zbrodniarzami „Co u pana słychać?" opublikowanym po raz pierwszy jeszcze w PRL, w 1975 roku, a wcześniej w odcinkach w tygodniku „Literatura". W niszczenie autora włączyło się wtedy grono zawodowych opluwaczy niewartych może tego, żeby wymieniać dziś ich nazwiska, ale książka wchodziła na szczyty poczytności.

Jednak największe ataki na Kąkolewskiego, w tym zmowa milczenia, poszły wtedy, gdy na dobre, bez żadnych już wymuszanych cenzurą zabiegów słownych, zajął się opisem skutków sowieckiego osaczenia, w jakim żyli Polacy od zakończenia wojny. Lata benedyktyńskiej pracy w archiwach i umiejętność wynajdywania świadków wydarzeń przynosiły plon. Wydany w 1996 roku „Umarły cmentarz. Wstęp do studiów nad wyjaśnieniem przyczyn i przebiegu morderstwa na Żydach w Kielcach dnia 4 lipca 1946 roku" jest precyzyjnym opisem obmyślonej i zrealizowanej przez NKWD zbrodni na kieleckich Żydach i jej rozciągniętych na lata straszliwych konsekwencji dla Polski i Polaków. Późniejsze tomy „Ksiądz Jerzy w rękach oprawców" i „Generałowie giną w czasie pokoju" były porażającą analizą rzeczywistości. Ale ich autor był na łamach i w recenzjach nieobecny. I nie zmienił tego przyznany mu w 2008 roku Laur Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

– Krzysztof Kąkolewski jest najbliższym mi reportażystą spośród wielkiej trójki polskiego reportażu: Kąkolewski, Kapuściński, Krall. Jego dążenie do prawdy – nie esencjonalnej, nie rozmytej czy konstruowanej, ale prawdy, którą każdy z nas intuicyjnie potrafi rozpoznać – jest unikatowe w kontekście współczesnej tendencji do relatywizacji. Co więcej, dzięki umiejętności odnajdywania niezwykłych postaci i tematów opisywał rzeczywistość równie fascynującą co fikcja. To w połączeniu z bezkompromisowością i szczerością pozwalało Kąkolewskiemu tworzyć reportaże nie tylko bardzo ciekawe, ale przede wszystkim budujące – mówi 20 maja na moich zajęciach Joanna Raflesz, studentka MISH na UW, a mnie dech zapiera z wrażenia. Minęło 40 lat i niemal w tej samej scenerii powtarza się ta sama radość z odkrywania wspaniałej twórczości i poznawania niezwykłego, wielkiego człowieka, chociaż już bez jego udziału.

Obiecuję, że wszystko powtórzę Joannie Kąkolewskiej, tak by w stosownym dla chorego męża momencie opowiedziała mu o tej ważnej deklaracji. Nie wiemy jeszcze, że Krzysztof Kąkolewski ma przed sobą trzy dni życia.

Ale wciąż jest obecny. I tak już zostanie.

Autorka jest sekretarzem redakcji tygodnika „Idziemy". Wykłada w Instytucie Dziennikarstwa UW

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA