fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Jerzy Pisuliński opowiada jak został prawnikiem

Jerzy Pisuliński, prodziekan Wydziału Prawa i Administracji UJ, zastępca przewodniczącego Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Cywilnego
Fotorzepa, Robert Gardziński
Jak zostałem prawnikiem... dla „Rzeczpospolitej”: Jerzy Pisuliński, prodziekan Wydziału Prawa i Administracji UJ, zastępca przewodniczącego Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Cywilnego

Rzeczpospolita: Podobno marzył pan o lataniu.

Jerzy Pisuliński: Rzeczywiście chciałem być pilotem i studiować na Politechnice Rzeszowskiej. Miałem wujka lotnika, który pilotował samoloty rolnicze. Bardzo mi się to podobało. Byłem dobry z nauk ścisłych. Niestety, zdrowie mi nie pozwoliło. Miałem problemy ze wzrokiem. Nie mogłem zostać zawodowym kierowcą, a co dopiero pilotem. Rodzice doradzili mi prawo. Mój ojciec jest prawnikiem, chociaż wówczas nie wykonywał tego zawodu.

Czy na studiach był pan zadowolony ze swojego wyboru?

Tak, byłem dość dobrym studentem, chociaż na samym początku miałem nieco słabsze oceny. Pamiętam mój egzamin z socjologii prawa. Miałem już do indeksu wpisaną czwórkę, kiedy mój kolega, zdający ze mną, nie odpowiedział na zadane mu pytanie. Pani profesor postanowiła zadać je mnie. Też nie znałem odpowiedzi. Otworzyła więc indeks i obniżyła ocenę.

Obecnie, gdy egzaminuję ustnie, co na Uniwersytecie Jagiellońskim jest rzadkie, nie traktuję w ten sposób studentów. Nie zdarzyło mi się zmienić oceny po zakończeniu egzaminu.

Czy na studiach prowadził pan bujne życie towarzyskie?

Zacząłem studiować w 1984 r., czyli niedługo po zniesieniu stanu wojennego. Nie było możliwości prowadzenia tak urozmaiconego życia towarzyskiego jak teraz. Po godz. 21 nie było otwartych pubów czy barów. Najczęściej spotykaliśmy się u znajomych wynajmujących mieszkanie. Do akademików ciężko było wejść ludziom z zewnątrz.

Czy od razu lubił pan prawo cywilne?

Pamiętam, że z pierwszego egzaminu z prawa cywilnego otrzymałem ocenę dostateczną z plusem. Piątkę dostałem dopiero z drugiej części. Od początku jednak interesował mnie ten dział prawa.

Jak to się stało, że został pan na uczelni?

Na studiach marzyła mi się kariera dyplomaty. Kiedy zdawałem egzamin z prawa dyplomatycznego i konsularnego, zostałem sprowadzony na ziemię. Profesor uświadomił mi, że nie mam szans na pracę w służbie dyplomatycznej, jeśli nie mam kogoś z rodziny w KC PZPR lub sam nie jestem w partii.

O tym, że zostałem na uczelni, zadecydował przypadek. Chodziłem na proseminarium z prawa cywilnego do profesor Janiny Preussner-Zamorskiej, kiedy okazało się, że dwie asystentki w Katedrze Prawa Cywilnego udają się na urlop macierzyński. Po ostatnim wykładzie i zdanym egzaminie pani profesor zapytała, czy nie chciałbym zostać asystentem stażystą. Kończyłem wówczas dopiero trzeci rok studiów. Warunkiem, by zostać stażystą, było studiowanie na piątym roku lub skończenie studiów. Musiałem więc przejść na tok indywidualny i studiować dwa lata w trakcie jednego roku.

Czy było ciężko to pogodzić?

Owszem. Byłem jednocześnie studentem czwartego i piątego roku studiów i od drugiego semestru prowadziłem ćwiczenia, także z moimi kolegami, którzy musieli powtarzać prawo cywilne. To była szalenie niekomfortowa sytuacja. Wołali na mnie magister, choć nim nie byłem.

Także obecnie ma pan wiele obowiązków.

Rzeczywiście – jestem kierownikiem Katedry Prawa Cywilnego UJ, prodziekanem Wydziału Prawa i Administracji UJ i zastępcą przewodniczącego Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Cywilnego.

Wystarcza panu czasu na odpoczynek?

Jest z tym dość ciężko. Uwielbiam podróżować, wtedy najlepiej odpoczywam. Zimą tego roku byłem na trzytygodniowej wyprawie w Nowej Zelandii i Australii (na drugiej półkuli był środek lata). Urzekła mnie tamtejsza roślinność – lasy deszczowe, a w nich drzewa paprociowe, przypominające te z „Parku Jurajskiego".

—rozmawiała Katarzyna Wójcik

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA